Logo Przewdonik Katolicki

Kłótnie o "Solidarność"

Jarosław Stróżyk
Fot.

Minęło 30 lat od podpisania Porozumień Sierpniowych. A my zaprzepaściliśmy właśnie kolejną okazję, by przypomnieć światu, jaką rolę odegrała Polska w obaleniu komunizmu.


 

Rok temu zmarnowaliśmy 20. rocznicę wyborów 4 czerwca. Teraz zmarnowano obchody 30-lecia powstania „Solidarności”. Zamiast wielkiego święta mieliśmy znowu polityczne spory i kłótnie o to, kto w sierpniu 1980 roku odgrywał ważniejszą rolę, kto się bał, a kto nie.

Zaczęło się jeszcze na długo przed rocznicą podpisania Porozumień. Były przywódca „Solidarności” Lech Wałęsa już od pół roku zapowiadał, że nie zamierza brać udziału w obchodach. Mimo podejmowanych prób przekonania go do zmiany zdania Wałęsa pozostał przy swoim stanowisku. Przy okazji zaatakował obecną „Solidarność” jako związek, który ma niewiele wspólnego z tym, który on tworzył. Dostało się „Solidarności” m.in. za mieszanie się do polityki. To tylko podgrzało atmosferę.

Sporo kontrowersji wywołał też fakt, że na rocznicowe obchody podpisania porozumień w Jastrzębiu tamtejsza „Solidarność” nie zaprosiła obecnego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Apogeum nastąpiło jednak podczas uroczystego zjazdu „Solidarności” w Gdyni. Na tę uroczystość zaproszono wielu gości, w tym obecnego prezydenta Polski, premiera, biskupów i samych twórców 10-milionowego ruchu społecznego. Główny cel tego spotkania, o którym dało się słyszeć, był szczytny; wspomnienie wydarzeń sprzed 30 lat, ukazanie jedności, a przede wszystkim danie świadectwa słowu „Solidarność”. Niestety, niewiele z tego wyszło.

 

Politycy na rocznicy

Głównymi bohaterami obchodów po raz kolejny stali się politycy. Najpierw premier Donald Tusk wytknął obecnym związkowcom kierowanie się nienawiścią. - Fenomen pierwszej „Solidarności” polegał na tym, że wszyscy u każdego i każdy u wszystkich szukał tego, co dobre w nim, a nie tego, co złe. I dlatego wtedy w „Solidarności” było 10 milionów ludzi – mówił Tusk. Premier mówił, że ówczesna „Solidarność” była jak człowiek z otwartymi ramionami, który nie odrzuca nikogo. Zaznaczył, że każdy, bez względu na swoje poglądy, mógł bez obaw głośno wypowiedzieć, co myśli. Premier pytał też zgromadzonych w Gdyni gości, dlaczego z 10 milionów ludzi, których zrzeszyła pierwsza „Solidarność”, ogromna większość odeszła. Zgromadzeni na sali związkowcy słowa premiera przyjęli buczeniem, gwizdami i okrzykami.

Zarzuty premiera co do obecnej liczebności „Solidarności” były dziwne, gdyż jak przyznają historycy, nie da się porównywać pierwszej „Solidarności” z obecną. Nie da się ukryć, że w PRL-u miała ona zupełnie inny wymiar. Zjednoczyła 10 milionów ludzi pomimo realnego zagrożenia interwencją Wielkiego Brata. Był to związek zawodowy, ale przede wszystkim potężny ruch obywatelski i prąd kulturowy. Dziś żyjemy w demokratycznym kraju i obecna „Solidarność” jest normalnym związkiem zawodowym.

Polityczne było też wystąpienie lidera PiS Jarosława Kaczyńskiego. - Nie wolno ludźmi manipulować, nie wolno ludzi oszukiwać. Trzeba mówić jak jest. Nie wolno zmieniać znaczenia słów, bo to też jest manipulacja, a tak często się z nią spotykamy i w tej sali – mówił Kaczyński. Jak dodał, „Solidarność” była społecznym buntem przeciwko wielkiej niesprawiedliwości, przeciwko haniebnemu traktowaniu pracy i pracowników, domaganiu się, by prawa pracownicze były przestrzegane. Zarzucił też części doradców rodzącej się wówczas „Solidarności”, że byli gotowi do zbyt daleko idących kompromisów z władzami PRL. Mówił, że do stoczni przybyła wówczas grupa ludzi o znanych nazwiskach, mających autorytet, którzy „mieli plan kompromisu, który gdyby go realizować, okazałby się pozorem”.

To przemówienie z kolei spowodowało wyjście na mównicę jednej z uczestniczek strajku w stoczni - Henryki Krzywonos. W bardzo emocjonalny sposób zaatakowała ona Kaczyńskiego.

 

Kto zawinił?

Zamiast więc świętowania, mieliśmy olbrzymią awanturę oraz dyskusję w mediach, kto za nią odpowiada. - Donald Tusk może być zadowolony. Zepsuł obchody „Solidarności”, umocnił wizerunek związkowców jako awanturników, a jeszcze wyszedł na człowieka odważnego – uważa Krzysztof Świątek z „Tygodnika Solidarność”.

- Ze zjazdu z okazji 30. rocznicy powstania „Solidarności" wszyscy zapamiętaliśmy tylko, że premier został wybuczany, Jarosław Kaczyński wywołał konflikt swoim wystąpieniem, w którym wspomniał o doradcach Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, a na koniec wystąpiła Henryka Krzywonos. Wniosek nasuwa się jeden – miał być radosny zjazd, a wyszła kompromitacja – polemizuje z nim polityk i były opozycjonista Bogdan Lis.

Dostało się obecnej „Solidarności”. Pojawiły się głosy, że związek nie powinien już więcej organizować rocznicowych obchodów.

Problem leży chyba jednak gdzie indziej. Od wielu bowiem lat byli przywódcy „Solidarności” są ze sobą pokłóceni i nie potrafią nawet ze sobą rozmawiać. Niezależnie od tego, czy obchody będą organizowane przez państwo, czy przez związek, wielu z nich się na nich nie pojawi. Dopóki będą oni przedkładać swoje wzajemne urazy nad godne celebrowanie powstania „Solidarności”, dopóty nic tego nie zmieni.

 

Polacy chcą wspólnego świętowania

A Polacy chcą, by rocznicę powstania „Solidarności” obchodzono godnie. Jak pokazały badania opinii publicznej, niemal 80 proc. z nas chciałoby, aby wszyscy historyczni liderzy "Solidarności" wzięli udział w obchodach 30. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych.

- Większość społeczeństwa traktuje „Solidarność” jako symbol wspólnego zrywu wolnościowego i pojednania. Dlatego trudno jest nam zrozumieć, że przywódcy nie mogą razem celebrować święta. To też stwarza rysę na pomniku „Solidarności” – uważa psycholog społeczny Konrad Maj. Jego zdaniem kłótnie wokół "Solidarności” mogą zaszkodzić legendzie związku - zwłaszcza wśród najmłodszych Polaków. - Oni nie rozumieją istoty tych kłótni i mogą przestać oceniać "Solidarność” jednoznacznie pozytywnie - wyjaśnia psycholog.

- Sierpień '80 to największe polskie zwycięstwo. Polacy dokonywali wówczas czegoś niesłychanie ważnego. Celebrujemy nasze wielkie zwycięstwa jak Grunwald czy Bitwę Warszawską. Jednak to dzięki „Solidarności” mapa Europy, ale również Azji (odzyskanie niepodległości przez republiki radzieckie), wygląda dziś zupełnie inaczej - mówił w jednym z wywiadów o. Maciej Zięba, dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku - 30 lat temu wydawało się, że Europa jest podzielona na wieki. Z obu stron żelaznej kurtyny straszyły nas tysiące głowic nuklearnych i wisząca w powietrzu wojna atomowa. Tylko Polacy odważyli się powiedzieć NIE. W sposób bezkrwawy pomogliśmy pokonać najbardziej krwawe imperium w dziejach świata. „Solidarność” jest chyba jedyną wysokiej jakości marką rozpoznawalną na całym świecie - polską Nokią – dodawał.

Trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Niestety, ludzie, którzy przyczynili się do tego olbrzymiego sukcesu, dziś sami wiele robią, by nie był on właściwie zapamiętany. Być może dla tego dla świata symbolem upadku komunizmu stał się upadek muru berlińskiego, a nie powstanie „Solidarności”. Niestety, niewiele robimy, by to zmienić.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki