Logo Przewdonik Katolicki

Światło, które czyni cuda

Joanna Sopyło
Fot.

Chcesz sprezentować komuś lampę witrażową? Wybierz się do warsztatu na Kruczej w Warszawie. Przy okazji dowiesz się, jak powstają witraże.


Chcesz sprezentować komuś lampę witrażową? Wybierz się do warsztatu na Kruczej w Warszawie. Przy okazji dowiesz się, jak powstają witraże.

 

 

 

Ulica Krucza w Warszawie, przy której obok nowoczesnych biurowców i hoteli, można znaleźć stare kamienice. W ich wnętrzach warto szukać tajemnic, które coraz częściej odchodzą w zapomnienie. Jedna z nich kryje się w piwnicy pod numerem 13. Z ulicy można zajrzeć przez okna do środka. Chłopiec do idącej z nim mamy mówi: „Patrz, jak dużo fajnych rzeczy”. Oni idą dalej, ale na wizytę w piwnicy decydują się inni goście – zagraniczni turyści, Polacy, czasami znane osoby – była Joanna Trzepiecińska, był Marek Perepeczko. Po co? Żeby podziwiać pracę Mieczysława Nowalskiego, który zajmuje się tworzeniem witraży, a dokładnie lamp witrażowych. Przy okazji słuchają, jak te kolorowe cuda powstają.

 

Prawie jak Tiffany

Słowa klucze to technika Tiffany’ego, czyli sposób wytwarzania witraży i lamp metodą jej twórcy Louisa Comfort Tiffany’ego, który swoje pierwsze dzieło stworzył pod koniec 1895 r. Dzisiaj jego tradycje kontynuuje wielu rzemieślników i firm na świecie, a pośród nich pan Mieczysław. Coraz częściej można również spotkać witraże robione tą metodą w kościołach, gdzie zastępują one tradycyjne dzieła sztuki wytwarzane tzw. metodą średniowieczną.

Pierwsza z nich jest bardziej skomplikowana, ponieważ trzeba zdobyć jedną szybę, która kolorystycznie będzie odpowiadała całemu wzorowi witrażu czy lampy, czyli np. zachodowi słońca albo nadmorskiemu widoczkowi. Natomiast w drugiej, starszej technice, w zależności od wykonawcy wygląda to różnie. Można wybrać wersję, w której wszystkie elementy malowane są na szkle i dopiero potem opalane, a można też niektóre elementy wyciąć z kolorowych szyb, a te wymagające więcej dokładności jak np. twarze, pomalować samodzielnie.

Sposób tworzenia wykorzystywany przez Mieczysława Nowalskiego wymaga więcej pracy, ale przeciętnie jedną lampę wykonuje się w czasie 2-3 dni, choć są i takie, które wymagają miesiąca. Przykładem drugiego rodzaju jest Duża Bisteria, która składa się z 2,5 tys. elementów wielkości paznokcia. Połączenie ich wszystkich w jeden wzór to nie lada wyzwanie. Ceny takich dzieł są również odpowiednio większe. Średnia cena lampy to kilka tysięcy złotych – najtańsze kosztują ok. 500 zł, a najdroższe ponad 10 tys. zł. Te dane dotyczą polskich standardów – oryginalne lampy Tiffany’ego sprzedawane są na aukcjach za miliony dolarów.

W przypadku pana Mieczysława prostych zamówień jest więcej, bo Polakom trudno wyjść poza schemat: jasne tło i kilka charakterystycznych wzorów to wszystkie ich wymagania. Są jednak i tacy klienci, którzy pozwalają popuścić twórcy wodze fantazji. – Niektóre osoby przychodzą z własnymi projektami, ale najczęściej proponują, żebym ja coś wymyślił. Wtedy mogę stworzyć oryginalny projekt – opowiada Mieczysław Nowalski. – Jedna pani zażyczyła sobie kiedyś lampę, na której znajdą się borsuk i czapla, inna chciała mieć abażur w kształcie skrzydeł motyla. A najbardziej oryginalne zamówienie, które dotychczas zrealizowałem to było drzewo, które zawierało pięć lamp w jednym. Klient przyniósł korzeń z pięcioma odgałęzieniami i na każdym miała być lampa. Musiałem poprowadzić elektryfikację do każdej gałęzi, a jako podstawę dałem tzw. kamień filmowy, który nazwę wziął stąd, że „występuje” w filmach – dodaje. Zdarza się też, że lampa przeznaczona na dodatek do innego dzieła sztuki, przyciąga większą uwagę. – Dla jednej z klientek zrobiłem kinkiet. Po pewnym czasie przyszła do mnie i powiedziała, że jej goście bardziej przyglądają się temu kinkietowi niż obrazowi, nad którym wisi – przyznaje z uśmiechem.

 

Widok zza szyby

Prace nad każdą lampą zaczynają się od stworzenia projektu w formie rysunku. Nakłada się go na formę w kształcie abażuru. W warsztacie pana Mieczysława takich form można znaleźć wiele – szersze, węższe, wyższe, niższe, bardziej lub mniej spłaszczone. Można wybierać. Jednak rzeczywistą podstawą lampy jest szyba. – Z szybami jest jak z innymi produktami – są takie za 300 zł, a są i takie za 800 zł czy 1 tys. zł za metr kwadratowy – mówi pan Mieczysław. Żeby pokazać różnicę podstawia droższą i tańszą do światła – pierwsza jakby gromadzi światło, dając niesamowity efekt głębokich kolorów, a przez drugą to samo światło jakby przechodzi i się rozprasza, a szyba wygląda jakby była plastikowa. - Oczywiście klienci wolą tańsze, bo teraz świat zalewa tandeta – przyznaje z żalem pan Mieczysław. - Ale są i tacy, którzy wiedzą, co dobre – dopowiada. Na koniec szybę tnie się na drobne elementy, każdy fragment okłada się specjalną taśmą i wszystko razem lutuje.

 

Artysta rzemieślnik

Wydaje się, że to nic skomplikowanego, ale od projektu do przekazania lampy klientowi daleka droga. Do pracy potrzebna jest nie tylko rzemieślnicza precyzyjna ręka, ale i zmysł artystyczny.

Pan Mieczysław zanim zaczął tworzyć lampy, zajmował się m.in. lepieniem talerzy. - Zacząłem pracować w 1983 r., a w 1990 r. otworzyłem własną firmą – raz z jednym wspólnikiem, raz z drugim – wspomina. Rodzinna tradycja? – pytam, bo to najczęstszy sposób na przygodę z rzemieślniczym biznesem. - Żadna rodzinna tradycja, kolega mnie namówił. Skończyłem technikum chemiczno-ceramiczne. Kiedyś talerze kleiłem i jakoś tak wyszło – przyznaje.

On, rzemieślnik z prawdziwego zdarzenia, przyznaje, że nie może patrzeć na tandetę sprzedawaną w supermarketach. – Łańcuch jak od krowy. Wykończone nie wiadomo czym. To nie są lampy, tylko koszmary jakieś – załamuje ręce. U niego łańcuch jest mosiężny. Podstawy solidne. Nie może sprzedać klientowi byle czego, bo więcej nie wróci. W swoim warsztacie indywidualnie doradza każdemu, kto przyjdzie, dopytuje o szczegóły. – Teraz dla klientki robię lampę z ważką, ale mam dylemat, którą szybę wybrać – mówi pan Mieczysław. Obie podstawia pod światło. Ja sugeruję tę bardziej kolorową, on ciemniejszą. – Będę musiał do niej zadzwonić, bo się nie zdecyduję – uśmiecha się.

Pytam o historię każdej lampy – niektóre nie mają typowo lampianych kształtów – jedna to ślimak, inna wygląda jakby była zrobiona z bursztynu. Najciekawszy jest jednak efekt. Zgaszona lampa wydaje się mieć zupełnie inne kolory niż zapalona, która ukazuje swe piękno w całości. Zgaszony pomarańczowy to zapalony różowy, a zielony okazuje się niebieskim. To, co widać na pierwszy rzut oka nie musi być prawdziwe. Tak jak piwnica – z zewnątrz prawie niezauważalna, a wewnątrz kryje wiele skarbów i historii. Warto nie przejść obok nich obojętnie.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki