Logo Przewdonik Katolicki

Adopcja czy in vitro?

PK
Fot.

Niemożność zostania rodzicami to problem dotykający coraz większej liczby małżeństw. Różnie sobie ludzie z nim radzą.



Wachlarz postaw jest tu naprawdę olbrzymi, od pełnej (choć niekoniecznie radosnej) akceptacji, przez radość, że oto „antykoncepcja z głowy” (przepraszam, cytuję), po naprawdę wielki ból, a nawet rozpacz. Nie zamierzam tu nikogo oceniać, ale żyję już na tyle długo, by wiedzieć, że ta różnorodność jest wypadkową naszego rozumienia sensu życia, postawy wobec świata i (rzecz jasna) Stwórcy.

Nasze marzenia i starania
Niepłodność, niestety, stała się również zmorą mojego życia. Chcę opowiedzieć o swoich z nią zmaganiach. Powoduje mną nie ekshibicjonizm, a nadzieja, że być może pokazanie mojej drogi okaże się komuś pomocne. Zaczęło się jakieś piętnaście lat temu. Byliśmy już parę lat po ślubie. Przez pierwsze lata próbowaliśmy się czegoś dorobić, ale stwierdziliśmy, że jak będziemy z poczęciem dziecka czekać na mieszkanie, to może być zbyt późno. Zbliżałam się do trzydziestki, a wiadomo... zegar biologiczny tyka. Ponieważ jako katolicy trzymaliśmy się naturalnego planowania rodziny, pierwszy rok „starań” minął bezstresowo, wszak wiadomo, że poczęcie nie musi nastąpić natychmiast. W drugim roku pojawiły się wątpliwości. Doradzono nam zmianę klimatu. Wyjechaliśmy na zagraniczne wakacje. Były świetne, ale my pozostaliśmy nadal tylko we dwoje. Minął drugi rok. Problem zaczął wyglądać poważnie. Prawie wszyscy znajomi mieli dzieci. Nawet ci, z którymi łączył nas ból bezdzietności, zostali rodzicami, a u nas - nic. Zaczęły się pielgrzymki po lekarzach. Badania. Szpitale. Ustalanie przyczyn niepłodności, próby zaradzenia im, z zabiegiem operacyjnym włącznie. Czas mijał.

Ból, żal i złość
Paraliżowało mnie wzruszenie na widok kolejnego niemowlęcia u znajomych i narastał we mnie żal, który osiągał kosmiczne rozmiary, gdy ktoś mówił; „ach, to wpadka, ale dobre te wpadki". Żal ów zmieniał się we wściekłość, gdy ktoś mówił z dumą, że postanowił, by jego dziecko urodziło się w kwietniu i tak doskonale to obliczył i zaplanował, że właśnie dwunastego przyszło na świat. Jak to? Skąd ta pewność? A Stwórca nie miał tu nic do powiedzenia? A co z moimi obliczeniami, doskonałą znajomością cyklu i niezłą wiedzą w tej materii? W końcu operacja niby zakończyła się sukcesem, tak więc przynajmniej przez jakiś czas istniała możliwość poczęcia. (Później pojawiły się komplikacje w zasadzie je uniemożliwiające). Chętnie bywaliśmy wówczas na Mszach św. zwanych rodzinnymi, bo spotykaliśmy tam mnóstwo znajomych, ale w końcu stało się to dla mnie zbyt bolesne. Nie dlatego, żebym komuś zazdrościła dzieci, to nie to. Zawsze cieszyły mnie wieści o narodzinach, zwłaszcza kiedy wiedziałam, że ktoś, tak jak ja, miał problemy z zostaniem rodzicem. Po prostu nie mogłam się tam odnaleźć wśród radosnego szczebiotu maluchów. W końcu potomstwo to błogosławieństwo, a ja czułam się paskudnie, czułam się wybrakowana jakbym była jakimś „bublem”, zastanawiałam się, czy nie jestem przeklęta i może lepiej nie przypominać sobie, jakie bardzo złe myśli pojawiały się w mojej głowie. Wybrałam inną Mszę. Uciekłam. Mijały kolejne lata, w sumie pięć. Zbudowaliśmy dom z trzema sypialniami, w nadziei, że się jednak kiedyś przydadzą. Błagałam o cud. Zadręczałam Boga pytaniem: dlaczego? Dlaczego właśnie ja? Dlaczego jestem gorsza? Czy proszę o coś złego?

Usłyszałam Boga
I zdumiała mnie odpowiedź Stwórcy. Wprawdzie nie do końca potrafię wytłumaczyć, w jaki sposób do mnie dotarła, ale wiem, że jest prawdziwa. To, w jaki sposób Bóg do nas mówi, zawsze pozostaje tajemnicą. Nagle zaczynamy np. w jakiejś niby zwykłej rzeczy odkrywać inny sens, zaczynamy widzieć coś, na co byliśmy dotąd ślepi... Wszak dziecko jest darem, a jego brak nie musi oznaczać niczego złego, skoro On tak chce. Czy wolno mi osądzać Boga? Choć tego nie rozumiem, może tak jak jest, jest lepiej? A może to rodzaj wybrania?! Czyż nie ukochanego Syna posłał na ukrzyżowanie?
Tak, moje cierpienie jest darem! I zadaniem. Przecież On dobrze wie, że byłabym niezłą mamą. Może z jakiegoś powodu raczył uznać, że normalne, jakże upragnione przeze mnie macierzyństwo, jest nie dla mnie. To co? To po co zbudowaliśmy dom? Mamy starzeć się we dwoje? Znalazłam w Katechizmie odpowiedź, że to nic złego (KKK2379), ale jakoś mi to nie pasuje. Zawsze sami... Nie do pomyślenia! Skoro tak, to może mam zostać mamą jakichś dzieci, które nie mają rodziców? To dopiero wyzwanie!
Tak wyglądała moja droga do adopcji z perspektywy wiary. Jest też inna perspektywa, bardziej przyziemna, biologiczna i, o dziwo, doprowadzająca do tego samego wniosku.

A może in vitro?
Wróćmy do pierwszych, po roku starań, wizyt u lekarza. Kolejny lekarz, bo wiadomo, że poważne problemy trzeba szerzej konsultować. Gabinet prywatny, a w nim polecana znakomitość z tytułem profesorskim. Wyłuszczam swój problem: rok bezowocnych starań o dziecko. Lekarz jeszcze przed rozpoczęciem badania mówi mi o możliwościach, zwłaszcza o in vitro. Jak to? Jeszcze nie wie co mi dolega i czy w ogóle coś mi dolega, a już porusza ten temat? To mi się nie podoba. Katechizm wyraźnie mówi, że oddzielenie aktu prokreacyjnego od aktu płciowego jest moralnie niedopuszczalne (KKK2377), nie mówiąc już o tragicznym losie zarodków, które nie miały szczęścia trafić do łona matki. Dziękuję za taką pomoc…
Pytałam wielu ludzi, dlaczego wybierają in vitro a nie adopcję. Mówią, że przecież chcą mieć swoje własne dziecko, a nie jakieś obce. Tak, „swoje" im się należy. Skąd to przekonanie, co się komu należy? Pozwolę sobie przytoczyć tu pewną historię. Na początku lat 90. przebywałam dłuższy czas w Niemczech. Obiegła tam wówczas prasę dziwna wiadomość, opatrzona rzecz jasna wielkimi fotografiami. Otóż parze Holendrów urodziły się z in vitro bliźnięta, i właśnie one z rodzicami były na tych fotografiach. Może nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie pewien szczegół. Jedno z dzieci było zupełnie czarniutkie. Z artykułu wynikało, że rodzice nie mieli żadnych ciemnoskórych przodków. Ot, drobna pomyłka przy in vitro. Trudno uwierzyć w coś takiego, ale myślę, że wiadomość mogła być prawdziwa, bo w przeciwnym wypadku gazety nie wypłaciłyby się z odszkodowań, o jakie klinika mogłaby pozwać je do sądu za oszczerstwo. Spodziewam się, że dzisiejsze kliniki zapewniają swoich klientów, że do takich pomyłek nie dochodzi. I gdyby nawet przytoczona tu historia nie była prawdziwa, to całkowicie obnaża prawdę o in vitro, bez uciekania się do pomocy Katechizmu. Jeśli za aktem płciowym nastąpi akt prokreacyjny, to rodzice nie mają wątpliwości, że są rodzicami. Czy pewność ta może być nadal stuprocentowa, jeśli ów tajemniczy akt prokreacji spróbujemy odrzeć z jego tajemniczości i kreować w laboratorium? Przecież zawsze wtedy istnieje ryzyko pomyłki(!!!), po prostu z natury rzeczy. Tam, gdzie działa człowiek, zawsze mamy do czynienia z możliwością popełnienia błędu. A może zdarza się ich więcej? W opisanej sytuacji i mamy do czynienia z pomieszaniem ras, gdyby jednak ta pomyłka nastąpiła w ramach jednej rasy może pozostałaby niezauważona?
Podsumowując, skoro Holendrom urodziło się obce dziecko, to jaki sens ma wtedy in vitro? Po co ryzykować, że urodzi się „obce" dzieci, skoro w domach dziecka są już urodzone i czekają na rodziców?

MAMA ANI I JASIA

Niemożność zostania rodzicami to problem dotykający coraz większej liczby małżeństw. Różnie sobie ludzie z nim radzą.

 

Wachlarz postaw jest tu naprawdę olbrzymi, od pełnej (choć niekoniecznie radosnej) akceptacji, przez radość, że oto ?antykoncepcja z głowy? (przepraszam, cytuję), po naprawdę wielki ból, a nawet rozpacz. Nie zamierzam tu nikogo oceniać, ale żyję już na tyle długo, by wiedzieć, że ta różnorodność jest wypadkową naszego rozumienia sensu życia, postawy wobec świata i (rzecz jasna) Stwórcy.

 

Nasze marzenia i starania

Niepłodność, niestety, stała się również zmorą mojego życia. Chcę opowiedzieć o swoich z nią zmaganiach. Powoduje mną nie ekshibicjonizm, a nadzieja, że być może pokazanie mojej drogi okaże się komuś pomocne. Zaczęło się jakieś piętnaście lat temu. Byliśmy już parę lat po ślubie. Przez pierwsze lata próbowaliśmy się czegoś dorobić, ale stwierdziliśmy, że jak będziemy z poczęciem dziecka czekać na mieszkanie, to może być zbyt późno. Zbliżałam się do trzydziestki, a wiadomo... zegar biologiczny tyka. Ponieważ jako katolicy trzymaliśmy się naturalnego planowania rodziny, pierwszy rok ?starań? minął bezstresowo, wszak wiadomo, że poczęcie nie musi nastąpić natychmiast. W drugim roku pojawiły się wątpliwości. Doradzono nam zmianę klimatu. Wyjechaliśmy na zagraniczne wakacje. Były świetne, ale my pozostaliśmy nadal tylko we dwoje. Minął drugi rok. Problem zaczął wyglądać poważnie. Prawie wszyscy znajomi mieli dzieci. Nawet ci, z którymi łączył nas ból bezdzietności, zostali rodzicami, a u nas - nic. Zaczęły się pielgrzymki po lekarzach. Badania. Szpitale. Ustalanie przyczyn niepłodności, próby zaradzenia im, z zabiegiem operacyjnym włącznie. Czas mijał.

 

Ból, żal i złość

Paraliżowało mnie wzruszenie na widok kolejnego niemowlęcia u znajomych i narastał we mnie żal, który osiągał kosmiczne rozmiary, gdy ktoś mówił; ?ach, to wpadka, ale dobre te wpadki". Żal ów zmieniał się we wściekłość, gdy ktoś mówił z dumą, że postanowił, by jego dziecko urodziło się w kwietniu i tak doskonale to obliczył i zaplanował, że właśnie dwunastego przyszło na świat. Jak to? Skąd ta pewność? A Stwórca nie miał tu nic do powiedzenia? A co z moimi obliczeniami, doskonałą znajomością cyklu i niezłą wiedzą w tej materii? W końcu operacja niby zakończyła się sukcesem, tak więc przynajmniej przez jakiś czas istniała możliwość poczęcia. (Później pojawiły się komplikacje w zasadzie je uniemożliwiające). Chętnie bywaliśmy wówczas na Mszach św. zwanych rodzinnymi, bo spotykaliśmy tam mnóstwo znajomych, ale w końcu stało się to dla mnie zbyt bolesne. Nie dlatego, żebym komuś zazdrościła dzieci, to nie to. Zawsze cieszyły mnie wieści o narodzinach, zwłaszcza kiedy wiedziałam, że ktoś, tak jak ja, miał problemy z zostaniem rodzicem. Po prostu nie mogłam się tam odnaleźć wśród radosnego szczebiotu maluchów. W końcu potomstwo to błogosławieństwo, a ja czułam się paskudnie, czułam się wybrakowana jakbym była jakimś ?bublem?, zastanawiałam się, czy nie jestem przeklęta i może lepiej nie przypominać sobie, jakie bardzo złe myśli pojawiały się w mojej głowie. Wybrałam inną Mszę. Uciekłam. Mijały kolejne lata, w sumie pięć. Zbudowaliśmy dom z trzema sypialniami, w nadziei, że się jednak kiedyś przydadzą. Błagałam o cud. Zadręczałam Boga pytaniem: dlaczego? Dlaczego właśnie ja? Dlaczego jestem gorsza? Czy proszę o coś złego??

 

Usłyszałam Boga

I zdumiała mnie odpowiedź Stwórcy. Wprawdzie nie do końca potrafię wytłumaczyć, w jaki sposób do mnie dotarła, ale wiem, że jest prawdziwa. To, w jaki sposób Bóg do nas mówi, zawsze pozostaje tajemnicą. Nagle zaczynamy np. w jakiejś niby zwykłej rzeczy odkrywać inny sens, zaczynamy widzieć coś, na co byliśmy dotąd ślepi... Wszak dziecko jest darem, a jego brak nie musi oznaczać niczego złego, skoro On tak chce. Czy wolno mi osądzać Boga? Choć tego nie rozumiem, może tak jak jest, jest lepiej? A może to rodzaj wybrania?! Czyż nie ukochanego Syna posłał na ukrzyżowanie?

Tak, moje cierpienie jest darem! I zadaniem. Przecież On dobrze wie, że byłabym niezłą mamą. Może z jakiegoś powodu raczył uznać, że normalne, jakże upragnione przeze mnie macierzyństwo, jest nie dla mnie. To co? To po co zbudowaliśmy dom? Mamy starzeć się we dwoje? Znalazłam w Katechizmie odpowiedź, że to nic złego (KKK2379), ale jakoś mi to nie pasuje. Zawsze sami... Nie do pomyślenia! Skoro tak, to może mam zostać mamą jakichś dzieci, które nie mają rodziców? To dopiero wyzwanie!

Tak wyglądała moja droga do adopcji z perspektywy wiary. Jest też inna perspektywa, bardziej przyziemna, biologiczna i, o dziwo, doprowadzająca do tego samego wniosku.

 

A może in vitro?

Wróćmy do pierwszych, po roku starań, wizyt u lekarza. Kolejny lekarz, bo wiadomo, że poważne problemy trzeba szerzej konsultować. Gabinet prywatny, a w nim polecana znakomitość z tytułem profesorskim. Wyłuszczam swój problem: rok bezowocnych starań o dziecko. Lekarz jeszcze  przed rozpoczęciem badania mówi mi o możliwościach, zwłaszcza o in vitro. Jak to? Jeszcze nie wie co mi dolega i czy w ogóle coś mi dolega, a już porusza ten temat? To mi się nie podoba. Katechizm wyraźnie mówi, że oddzielenie aktu prokreacyjnego od aktu płciowego jest moralnie niedopuszczalne (KKK2377), nie mówiąc już o tragicznym losie zarodków, które nie miały szczęścia trafić do łona matki. Dziękuję za taką pomoc?

Pytałam wielu ludzi, dlaczego wybierają in vitro a nie adopcję. Mówią, że przecież chcą mieć swoje własne dziecko, a nie jakieś obce. Tak, ?swoje" im się należy. Skąd to przekonanie, co się komu należy? Pozwolę sobie przytoczyć tu pewną historię. Na początku lat 90. przebywałam dłuższy czas w Niemczech. Obiegła tam wówczas prasę dziwna wiadomość, opatrzona rzecz jasna wielkimi fotografiami. Otóż parze Holendrów urodziły się z in vitro bliźnięta, i właśnie one z rodzicami były na tych fotografiach. Może nie byłoby to nic nadzwyczajnego, gdyby nie pewien szczegół. Jedno z dzieci było zupełnie czarniutkie. Z artykułu wynikało, że rodzice nie mieli żadnych ciemnoskórych przodków. Ot, drobna pomyłka przy in vitro. Trudno  uwierzyć w coś takiego, ale myślę, że wiadomość mogła być prawdziwa, bo w przeciwnym wypadku gazety nie wypłaciłyby się z odszkodowań, o jakie klinika mogłaby pozwać je do sądu za oszczerstwo. Spodziewam się, że dzisiejsze kliniki zapewniają swoich klientów, że do takich pomyłek nie dochodzi. I gdyby nawet przytoczona tu historia nie była prawdziwa, to całkowicie obnaża prawdę o in vitro, bez uciekania się do pomocy Katechizmu. Jeśli za aktem płciowym nastąpi akt prokreacyjny, to rodzice nie mają wątpliwości, że są rodzicami. Czy pewność ta może być nadal stuprocentowa, jeśli ów tajemniczy akt prokreacji spróbujemy odrzeć z jego tajemniczości i kreować w laboratorium? Przecież zawsze wtedy istnieje ryzyko pomyłki(!!!), po prostu z natury rzeczy. Tam, gdzie działa człowiek, zawsze mamy do czynienia z możliwością popełnienia błędu. A może zdarza się ich więcej? W opisanej sytuacji i mamy do czynienia z  pomieszaniem ras, gdyby jednak ta pomyłka nastąpiła w ramach jednej rasy może pozostałaby niezauważona?

Podsumowując, skoro Holendrom urodziło się obce dziecko, to jaki sens ma wtedy in vitro? Po co ryzykować, że urodzi się ?obce" dzieci, skoro w domach dziecka są już urodzone i czekają na rodziców?

 

MAMA ANI I JASIA

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Jaś
    14.08.2018 r., godz. 23:43

    Jestem ateistą, serio adoptuj sobie nawet 5 dzieci, może ci podziękują a może będziesz cierpieć. Twoja sprawa. Ale nie podawaj nie racjonalnych argumentów, bo ilu ojców wychowuje nie swoje dzieci, bo laski puszczalskie i kłamliwe. Raczej więcej szans na taki przypadek niż pomyłkę Holenderskiej kliniki. Bądź sobie oszołomem, ale nie przekonuj ludzi których nie znasz, że to jedyna słuszna droga, bo buk...

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki