Logo Przewdonik Katolicki

Miłość przyjmie każdy, mądrość – niekoniecznie

Michał Bondyra
Fot.

ZJanem Budziaszkiem, perkusistą Skaldów, współpracującym zMarylą Rodowicz, Tomaszem Stańką igrupą Pod Budą, świeckim rekolekcjonistą iautorem kilku książek, w tym m.in. Dzienniczka perkusisty, rozmawia Michał Bondyra Jako znany iceniony perkusista, od dziesiątków lat podróżuje Pan,...

Z Janem Budziaszkiem, perkusistą „Skaldów”, współpracującym z Marylą Rodowicz, Tomaszem Stańką i grupą „Pod Budą”, świeckim rekolekcjonistą i autorem kilku książek, w tym m.in. „Dzienniczka perkusisty”, rozmawia Michał Bondyra



Jako znany i ceniony perkusista, od dziesiątków lat podróżuje Pan, głosząc rekolekcje, przy tym wciąż mocno tkwi w tzw. światku muzycznym. Nie ma Pan problemów z nawracaniem tego specyficznego i wystawionego na ciągłe pokusy środowiska?


– Nie mam, bo w ogóle my, chrześcijanie, nie jesteśmy od nawracania, tylko od kochania. Ostatnio biskup Tadeusz Rakoczy spytał: „Jak toleruje Cię Twoje środowisko?”. A ja mu na to: „Gdyby koledzy muzycy i koleżanki aktorki najpierw zobaczyli we mnie człowieka pobożnego, skreśliliby mnie natychmiast”. Oni muszą zobaczyć kogoś, na kim mogą polegać dzień i noc, z którym jest przyjemnie usiąść do stołu, zjeść kolację, pobiesiadować. Kogoś, z kim radośnie jest obcować. Pan Bóg mówi: „Musisz być moją radością. Spełniaj wolę Bożą”. Jak będziesz Jego radością, to ludzie będą się do Ciebie przyklejać, jak nie, to odejdą.

Nigdy w życiu nie odważyłbym się kogoś do czegoś nakłaniać. Rozmawiam o wierze dopiero wówczas, gdy ktoś się do mnie z taką prośbą zwróci. Wtedy trzeba wejść na poziom jego oczekiwań i nie narzucać mu swojej woli. Nawet najmądrzejsze nauki opowiadane bez miłości nic nie dają. Będą tylko zaporą nie do przeskoczenia. Miłość przyjmie każdy, mądrość – niekoniecznie. Zresztą człowiek więcej się uczy, gdy słucha. Nie powiem słowa, dopóki ktoś „nie wystartuje” do mnie z jakimkolwiek problemem. Potem okazuje się, co tak naprawdę znaczy: „Nie martw się o to, co będziesz mówić, bo przyjdzie czas, gdy będzie ci podane, co masz mówić”. Czasem można zrobić więcej, przytulając, głaszcząc, pocieszając kogoś, niż mówiąc mu wprost o Bogu...



Gesty i codzienne życie są lepszym świadectwem niż „snucie pobożnych mądrości”?


– Na ostatniej Mszy papieskiej, gdy Jan Paweł II był w Krakowie, napisałem w swoim „Dzienniczku perkusisty” grubym flamastrem wielkimi literami: „Jeżeli ktokolwiek z was zobaczy we mnie więcej pobożności niż miłosierdzia i miłości, proszę odstrzelić mnie w pierwszej kolejności”. Wiele lat temu usłyszałem też zdanie, które wciąż powtarzam: „Jeżeli człowiek, do którego mówisz, nie poczuje, że jesteś w stanie oddać za niego swoje życie, to szkoda twojej mowy. Szkoda czasu. Lepiej nic nie mów”. Tę ideę wcielała w życie Matka Teresa z Kalkuty, ona nie nawracała, nie pytała: „Czy jesteś chrześcijaninem, ateistą czy komunistą?”, ale w każdym cierpiącym widziała cierpiącego Chrystusa. Świadectwem wiary jest więc miłość i miłosierdzie...



Był okres, gdy Jan Budziaszek nie był wcale taki „święty”...


– Proszę popatrzeć na życiorys św. Pawła. To jest łaska. Każdy ma swój czas spotkania z Bogiem. Jeden ma go w kołysce, inny na łożu śmierci. Każdy kiedy indziej. Inaczej. Mnie wymodliła go moja mama, która

w tej intencji dzień i noc przez czterdzieści lat spędzała z Matką Bożą na Różańcu.



Nawrócenie św. Pawła było bardzo spektakularne, Pana również?


– Nie. Ani nie spadłem z konia, ani koń nie kopnął mnie w głowę. Całe życie Bóg dawał mi znaki, a ja ciągle szukałem czegoś zupełnie innego. Pierwszy z nich był zupełnie wariacki: usłyszałem, że odbędzie się pielgrzymka do Częstochowy i dobrze by było, gdyby parafianie udostępnili trochę miejsca dla pielgrzymów, którzy przyjadą wcześniej do Krakowa. Nigdy tego nie robiłem. Byłem sam w domu. Żona wyjechała z dziećmi na wakacje, więc mówię: „Co mi zależy”. Cztery dni przed wyjściem krakowskiej pielgrzymki zgłosiłem, że mam dosyć duże mieszkanie i mogę przyjąć nawet kilka osób. I odbieram telefon z duszpasterstwa... To był rok 1984. Rok odkupienia. Przyjechała siedemnastoosobowa grupa Niemców, którzy chcieli mieszkać razem. Spytali, czy mogą się u mnie zatrzymać. Nie zdążyłem odpowiedzieć, a już zaczęły do mnie wchodzić starsze panie, których, jak się później okazało, mężowie służyli w Wehrmachcie. Zanim zaczęliśmy się witać, jedna z nich mówi: „Musisz nas zaprowadzić na grób siostry Faustyny Kowalskiej”. Zrobiłem wtedy dziwną minę i powiedziałem: „No tak, oczywiście”, myśląc przy tym: „On chyba rzeczywiście jest tu gdzieś w Krakowie”. Niesamowite, że musiały przejechać 1300 km z Münster, by mnie zaprowadzić na grób siostry Faustyny.

Potem pod pretekstem pomocy w noszeniu ciężkich walizek odprowadziłem je na Wawel. Krok po kroku i tak po sześciu dniach wylądowałem w... Częstochowie. W klapkach, podkoszulku i bez kromki chleba. Jakby ktoś mnie wtedy zapytał, po co idę, nie potrafiłbym sensownie odpowiedzieć. Ktoś podrzucił koc, trochę się przespałem, po prostu fajnie się szło.



Ta niezwykła pielgrzymka jaskrawo kontrastowała z Pańskim wcześniejszym życiem. Czy po Częstochowie wszystko się zmieniło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki?


– Potem był taki moment, że grałem z Marylą Rodowicz trasę koncertową. Zaczynaliśmy od Wilna. Pamiętam, że codziennie po drugim koncercie szliśmy na jakąś balangę, kolację obficie zakrapianą alkoholem, a nad ranem wracaliśmy do hotelu. Wszyscy szli spać, a mnie wbrew mojej woli coś „wyciągało” do maleńkiej kapliczki, mówiąc: „Ubieraj się, idziemy”. Wchodziłem po 44 stopniach w towarzystwie starszych pań w wiejskich chustach na głowie, ja, wyrośnięty model, z włosami do połowy pleców i jeszcze niekoniecznie trzeźwy, nie wiedząc jeszcze, że to Matka Boża Miłosierdzia. Przed Jej obrazem w Ostrej Bramie, pytając co mam robić, do głowy przyszła mi myśl: „absolutnie zostajesz w tym środowisku, posyłam cię do ludzi, którzy niosą podobne krzyże jak ty, a moje wybranie polega na tym, że to ty masz im pomagać, a nie szukać u nich pomocy”. Zostałem.

Tego samego roku w „Piwnicy pod Baranami” z Januszem Muniakiem – wybitnym saksofonistą jazzowym – graliśmy cykl koncertów. Po którymś z nich ktoś zaproponował nam grę na weselu. Przyjęliśmy to jako żart, ale zaproponowali nam olbrzymie pieniądze. To były dwa połączone wesela ludzi z Odnowy w Duchu Świętym. Zaraz potem wziąłem udział w seminarium Odnowy i tam na zakończenie w czasie modlitwy wstawienniczej modlono się nade mną i proszono o słowo. Otworzyła się Ewangelia Mateusza, o setniku rzymskim, który prosił Jezusa, by ten uzdrowił mu sługę. Gdy Jezus chciał do niego pójść, ten mu powiedział: „Nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a sługa mój będzie uzdrowiony”. Jezus odparł mu na to: „Takiej wiary nie spotkałem w całym Izraelu”... To był mój fragment.



Dziś wciela go Pan w życie m.in. poprzez wspomniane wcześniej rekolekcje. Czym one tak naprawdę są dla nawróconego perkusisty?


– Rekolekcje głoszę po całym świecie. Wszędzie tam, gdzie mnie zapraszają. Raz jest to więzienie, innym razem seminarium duchowne, ośrodek dla narkomanów, kościół, szkoła. Bez nich nie potrafię żyć. Nawet żona, z którą jestem już 34 lata, gdy siedzę w domu dłużej niż trzy dni, mówi: „Pojechałbyś już, bo jesteś nie do zniesienia”.

One są pretekstem do wyciągnięcia z ludzi ich przygód, często sto razy ciekawszych niż moja, z tą różnicą, że ja pokazuję im tylko mój punkt widzenia na każdą sytuację. Przecież w każdym domu ktoś choruje, umiera ktoś bliski. Patrząc po ludzku – tragedia. Później analizując to przez pryzmat Słowa Bożego okazuje się, że to najlepsza wersja, jaka mogła mnie spotkać. Tak było z moim ojcem, który poszedł do lasu i tam umarł, na grzybach. Nie ma przypadku.

W pierwszej tajemnicy bolesnej rozważamy słowa: „Możesz odsunąć ode mnie ten kielich, ale nie Moja, lecz Twoja wola niech się stanie”. Nie ma nic lepszego jak wola Boża. Choćbym nie wiem jak bardzo się z nią nie zgadzał, to zawsze będzie dla mnie zbawienna. Tylko czy my prawdziwie ufamy Bogu i Mu wierzymy? Wierzymy politykom, temu co widzimy w telewizji, a niestety nie potrafimy uwierzyć w to, co zapisane zostało na 1400 stronach Pisma Świętego. A to naprawdę nie jest trudne!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki