Wszyscy jesteśmy poruszeni niedawną katastrofą samolotu wojskowego CASA. Dla Pana było to jednak szczególnie bolesne wydarzenie, bo pod Mirosławcem zginął Pański kolega, gen.Andrzej Andrzejewski...
Poznaliśmy się jeszcze wDęblinie. Ja byłem tam instruktorem, aAndrzej...
Z ekspilotem wojskowym kpt. Jurandem Kamińskim rozmawia Łukasz Kaźmierczak
Wszyscy jesteśmy poruszeni niedawną katastrofą samolotu wojskowego CASA. Dla Pana było to jednak szczególnie bolesne wydarzenie, bo pod Mirosławcem zginął Pański kolega, gen. Andrzej Andrzejewski...
– Poznaliśmy się jeszcze w Dęblinie. Ja byłem tam instruktorem, a Andrzej jako podchorąży latał w moim kluczu. Wie pan, po iluś tam latach szkoleń pamięta się jedynie tych najlepszych i tych najgorszych, a reszta się zaciera. I spośród tych 60-70 podchorążych, których dane mi było wyszkolić w ciągu dziesięciu lat, Andrzej należał z pewnością do najlepszych kursantów – inteligentny, spokojny i wyważony, chyba rzeczywiście bardziej dojrzały od innych – idealny kandydat na myśliwskiego asa. I rzeczywiście świetnie latał. Wiem, że dane mu było zasiąść za sterami F-16. Ale na co dzień jego domeną był SU 22 – samolot myśliwsko-bombowy, służący przede wszystkim do lotów szturmowych. Na SU 22 latała właśnie jego Brygada Lotnictwa Taktycznego ze Świdwina.
Kiedy widzieliście się po raz ostatni?
– Los chciał, że spotkałem go 1 listopada, w dniu Wszystkich Świętych, na trasie z Warszawy do Poznania. Podszedł do mnie na parkingu, ja go oczywiście nie poznałem, i mówi: dzień dobry, melduje się Andrzej Andrzejewski!
Zaczęliśmy rozmawiać; pytam, czy nadal lata w wojsku, on na to: no tak, latam, bo wiesz, ostatnio dostałem generała. I widać było, że cały czas żyje lataniem, że to jest nadal jego wielka pasja. Andrzej mógł przecież już dawno przejść na wojskową emeryturę...
Na pożegnanie dał mi swoją wizytówkę. To była już wersja nieaktualna, bo widniał na niej jako pułkownik Andrzejewski. Mówił, że generalskiej nie zdążył sobie jeszcze wyrobić...
A potem usłyszał Pan o katastrofie...
– W pewnym momencie podano informację, że chodzi o samolot, który leciał do Świdwina. Wtedy przestraszyłem się, że Andrzej może być w tej maszynie. A potem zaczęli podawać nazwiska ofiar i on jako najstarszy stopniem został wyczytany jako pierwszy...
Kiedy myślę o tych dwudziestu chłopakach z CASY, to dla mnie, jako byłego pilota, najbardziej przygnębiające są okoliczności ich śmierci. Bo to jest trochę tak, jakby kierowca Formuły 1 jechał dobrym ciężarowym samochodem z tyłu na pace i spadł z tą ciężarówką w przepaść. Oni też zginęli tak jakoś prozaicznie – a przecież wcześniej robili w powietrzu różne niebezpieczne ewolucje, kozaczyli, szarżowali, niejednokrotnie naprawdę na granicy życia i śmierci...
Tymczasem w momencie katastrofy byli tylko „zwykłymi” pasażerami wojskowego transportowca...
– Mogę się tylko domyślać, co musieli czuć... Bo kiedy zdarza mi się lecieć samolotem pasażerskim, mam podobne odczucia do tych, jakie towarzyszą kierowcy samochodu posadzonemu na fotelu pasażera. W takiej sytuacji odruchowo wdusza się zawsze wyimaginowane pedały w podłodze. Tak samo jest w samolocie. Zasypiam dopiero wtedy, gdy samolot wystartuje i ustawi obroty silnika na 10 tysięcy. Wystarczy jednak, że obroty spadają, natychmiast budzę się podekscytowany i zaczynam podświadomie wchodzić w rolę pilota.
Co, Pańskim zdaniem, wydarzyło się tak naprawdę pod Mirosławcem?
– Jakiekolwiek spekulacje na temat przyczyn katastrofy CASY są w tej chwili bezsensowne.
Wiadomo jedynie, że rozbił się nowiutki samolot, który dopiero niedawno wszedł do służby i przeleciał zaledwie trzysta godzin. To jest nic, biorąc pod uwagę potencjalny czas eksploatacji maszyny tego typu.
Nie wiadomo więc, czy zawiódł sprzęt, czy winna była pogoda, czy też może w grę wchodzi błąd pilotów. A w powietrzu nie ma zbyt wiele czasu na myślenie. Niekiedy o nieszczęściu decyduje jakaś błahostka albo ciąg niekorzystnych wydarzeń, który sumuje się i dochodzi do tragedii. Coś więcej na temat tego wypadku będziemy wiedzieli dopiero po odczytaniu zapisu z czarnej skrzynki.
Czyli?
– Czarna skrzynka to urządzenie, które zapisuje parametry danego lotu – prędkość, wysokość, prędkość zniżania, wychylenie lotek, parametry silnika, jego temperaturę – słowem bardzo rozbudowane dane, gromadzone właśnie na okoliczność katastrofy maszyny. Dlatego każda taka skrzynka jest dobrze zabezpieczona i nie powinna w zasadzie ulec zniszczeniu. Dzięki temu zaś można sekunda po sekundzie odtworzyć przebieg lotu, w tym także rozmowy między pilotami.
W Mirosławcu, według tego, co podano do opinii publicznej, piloci nie przekazali do wieży kontrolnej żadnych informacji o spodziewanym zagrożeniu. Musiało się jednak wydarzyć coś, o czym jeszcze nie wiemy, a co być może będzie nagrane właśnie na tych rozmowach.
Statystyki są jednak nieubłagane
– 90 proc. wypadków lotniczych zdarza się podczas lądowania...
– Często powtarzana jest taka słynna historyjka o matce, która przed każdym lotem mówiła do swojego syna – pilota: synku, lataj nisko i powoli. A to jest właśnie najgorsze, co się może lotnikowi przytrafić. Tak wygląda każde podchodzenie do lądowania. I rzeczywiście jest to najbardziej niebezpieczny element z całego lotu. Weźmy choćby słynnego Czecha Františka, pilota z Dywizjonu 303, asa lotnictwa myśliwskiego, który zabił się właśnie podczas lądowania...
Ot, typowa lotnicza śmierć...
– Ludzie, którzy wybierają taki sposób na życie, w pewnym sensie wkalkulowują w ten zawód także i śmierć; są więc na nią jakoś podświadomie przygotowani. Choć oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo nie każdy z pilotów ma lotnictwo we krwi. Niektórzy moi koledzy, po kilkunastu latach służby zbliżający się już do pełnej emerytury wojskowej, starali się jak najmniej i jak najbardziej zachowawczo latać. Robili to trochę na siłę, żeby tylko dosłużyć do emerytury. Znałem nawet takiego instruktora, który podczas lądowania trzymał stery za kursantów, bo bał się, że spowodują wypadek. A przecież takie szkolenie nie ma sensu, bo się przez to jedynie wyrządza krzywdę młodym pilotom. Nie można za nich latać, oni prędzej czy później muszą się nauczyć samodzielności za sterami.
Miałem też kiedyś ucznia, który bardzo dobrze latał i sam w końcu został instruktorem. Ale któregoś dnia wystraszył się czegoś w powietrzu i to tak bardzo, że więcej już nie wsiadł do samolotu. Piloci to tylko ludzie, oni nie są herosami o nadprzyrodzonych umiejętnościach...
Ale piloci wojskowi stanowią elitę...
– Na samolotach pasażerskich lata się delikatnie – delikatny start, małe przechylenia, małe przeciążenia – wszystko po to, by pasażerowie zostali bezpiecznie dowiezieni do celu podróży. Lotnictwo wojskowe jest inne – piloci myśliwców są szkoleni na wypadek wojny: ćwiczą akrobacje, walki powietrzne, atakowanie celów naziemnych itp. To są niebezpieczne zadania, wykonywane w niebezpiecznych warunkach. Bo choć pilot ma fotel katapultowy i spadochron, zawsze jednak istnieje jakieś ryzyko. To jest praca dla pasjonatów. I tylko tacy osiągają w niej jakieś sukcesy.
Taternicy zwykli mówić: nie w domu, nie w szpitalu, nie na łóżku, tylko w butach, w śniegu – obyś tak skończył swój żywot. Czego życzą sobie lotnicy?
– Jest taki lotniczy toast: oby nam trumny piaskiem nie doważali. Bo w lotnictwie rzadko się zdarza, żeby pilot był znajdowany w jednym kawałku i można go było normalnie pochować. Pamiętam śmierć jednego z podchorążych, który poleciał na samodzielny lot i wykonując na małej wysokości beczkę – czego w ogóle nie powinien robić – wbił się w ziemię pod kątem 10-15 stopni. Jedyna rzecz, jaka z niego pozostała w całości, to kawałek buta z piszczelą. Tak samo było teraz pod Mirosławcem. Została tylko miazga...
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













