Logo Przewdonik Katolicki

Defibrylator postępu

Renata Krzyszkowska
Fot.

Zksiędzem Piotrem Sadkiewiczem, proboszczem parafii pw. św. Michała Archanioła w Leśnej koło Żywca, który promuje trwającą obecnie kampanię informacyjną Zostaw serce na ziemi. Lżej będzie trafić do nieba, rozmawia Renata Krzyszkowska Księdza parafia, jako jedyna w Polsce, ma własny bank, ito od razu bank szpiku. To dość wyjątkowe. Tak to...

Z księdzem Piotrem Sadkiewiczem, proboszczem parafii pw. św. Michała Archanioła w Leśnej koło Żywca, który promuje trwającą obecnie kampanię informacyjną „Zostaw serce na ziemi. Lżej będzie trafić do nieba”, rozmawia Renata Krzyszkowska


Księdza parafia, jako jedyna w Polsce, ma własny bank, i to od razu bank szpiku. To dość wyjątkowe.


– Tak to ujęły media, ale rzeczywistość jest trochę inna. To, co udało się nam zorganizować, jest tylko skromną grupą osób gotowych podzielić się swym szpikiem z innymi. Wszyscy są zgłoszeni w ogólnopolskim Rejestrze Dawców Szpiku Kostnego PL3. Sami nie jesteśmy bankiem, nie mamy w parafii żadnych kartotek ani baz danych. Współpracujemy jednak z Fundacją przeciw Leukemii w Warszawie, organizujemy akcje informacyjne, zachęcamy wiernych do wyrażenia gotowości podzielenia się szpikiem z potrzebującymi oraz wykonania niezbędnych badań genetycznych. W naszej parafii zrobiło to już 270 osób. Wszyscy są gotowi, by choćby zaraz, bezinteresownie, oddać szpik innym. Z tej grupy już trzy osoby swym darem uratowały życie trzem chorym na białaczkę.


Łatwo było zachęcić parafian?

– Wszystko zaczęło się od promowania honorowego krwiodawstwa. Entuzjazm parafian i liczba chętnych do oddania krwi były tak duże, że od razu pomyślałem, iż trzeba to jeszcze lepiej spożytkować. By przybliżyć ideę stworzenia „banku” szpiku, najpierw przedstawiałem wiernym naukę Kościoła na temat idei transplantacji, mówiłem nawet o aspektach medycznych, a wszystko poparłem swoim przykładem. Wcześniej nie wszyscy wiedzieli, że oddałem szpik chorej na białaczkę siostrze. Własny przykład podziałał najbardziej.


Czy oddając szpik, miał Ksiądz jakieś obawy?


– Nie, choć było to już dwadzieścia lat temu, a wtedy takie zabiegi nie były częste. Szpitale w Polsce nie dysponowały odpowiednim sprzętem. Leczenie nawet najbardziej zaawansowanych białaczek polegało jedynie na podawaniu tabletek. Moja siostra po dwóch latach takiej terapii była już umierająca. Bardzo kosztowne leki, zdobywane z wielkim trudem, nie skutkowały. Ratunkiem był więc przeszczep, wtedy możliwy jedynie za granicą. Takie zabiegi kosztowały 100 tys. dolarów. Pieniądze trzeba było zebrać, ale najpierw znaleźć dawcę. Przebadała się cała rodzina. Okazało się, że mój szpik będzie najbardziej odpowiedni. Na wieść o tym po prostu się ucieszyłem, zgoda była automatyczna. W zbiórce pieniędzy pomógł nam Kościół, w tym kardynał Franciszek Macharski. Lekarze ze szpitala w Paryżu, do których zwróciliśmy się o pomoc, po zapoznaniu się z historią choroby siostry nie od razu chcieli podjąć się operacji. Jej stan był już bardzo poważny. Z pewnymi obawami zgodzono się jednak na przeprowadzenie przeszczepu.


Jak wyglądał sam zabieg pobrania szpiku?

– Wiem tylko z opowiadań, bo w czasie jego trwania smacznie sobie spałem. Przyjechałem do szpitala wieczorem dnia poprzedzającego zabieg. Wcześnie rano dostałem zastrzyk, tzw. głupiego jasia, i pojechałem na salę operacyjną. Pod narkozą pobrano mi szpik z kości miednicy i klatki piersiowej. Zabieg trwał ok. dwóch godzin. Ale najważniejsze, że siostra jest zdrowa. Dzisiaj istnieją dwie procedury pobrania szpiku. Jedna polega na pobraniu szpiku z kości miednicy (z klatki piersiowej już się nie pobiera), a druga jest o wiele prostsza i polega na wyizolowaniu komórek szpiku z krwi. By było ich we krwi więcej niż zwykle, dawca kilka dni wcześniej otrzymuje odpowiednie leki. Dwóch z trzech wspomnianych moich parafian oddało szpik właśnie przy użyciu tej metody; jeden, w narkozie, przez nakłucie kości miednicy. Wszyscy trzej dawcy czują się bardzo dobrze. Pracują zawodowo, dwóch nawet za granicą, nie mają żadnych kłopotów ze zdrowiem, cieszą się, że mogli uratować komuś życie.


Promując obecną akcję, a wcześniej zostając Proboszczem Roku 2005 i w zeszłym roku laureatem Nagrody im. Brajana Chlebowskiego, stał się Ksiądz osobą rozpoznawalną. Czy to nie przeszkadza?

– W czynieniu dobra nie, ale zupełnie prywatnie to tak. Niektórzy krytykują mnie za to, że jestem medialny, uważają, że osobie duchownej nie wypada działać aż tak aktywnie. Jednak myślę, że dzisiejsze czasy wymagają takiej ewangelizacji. Kilkuletni Brajan Chlebowski zginął w pożarze, ale wcześniej zadzwonił po pomoc, przez co uratował ojca i mieszkańców kamienicy. Mimo przeszkód, robił co należało. Za zgodą rodziców jego organy po śmierci przeszczepiono pięciorgu dzieciom. Twórcy tej nagrody zaprosili mnie do udziału w trwającej właśnie kampanii informacyjnej. Po konsultacji z bp. Tadeuszem Rakoczym zgodziłem się. Krytyka nigdy i nikomu nie powinna przeszkadzać w czynieniu tego, co pożyteczne i słuszne.


Niestety, wokół transplantacji nadal panuje w naszym kraju wiele fałszywych przekonań. Wydaje mi się, że niewiele pomógł nawet ubiegłoroczny, wrześniowy list Episkopatu Polski do wiernych, zachęcający do wyrażania zgody na pobranie narządów po śmierci. Wiem, że fałszywe stereotypy panują jeszcze także wśród niektórych księży. Słyszałem, że były kościoły, w których list Episkopatu nawet nie został odczytany. Ale ci księża biorą to już na własne sumienie.


Po zachęceniu parafian do zgody na podzielenie się szpikiem, kolejnym etapem Księdza działalności było propagowanie wyrażenia zgody na pobranie narządów od zmarłych dawców.


– Tak, deklaracje takiej zgody są u nas dostępne w kościele, na specjalnym stojaku. Każdy, kto przychodzi do świątyni, może je zabrać, wypełnić i nosić przy sobie w dokumentach. Oczywiście wcześniej rozmawiałem z wiernymi, przeszczepianie narządów było tematem wielu kazań. Efekt jest taki, że prawie połowa parafian wyraziła pisemnie zgodę na pobranie narządów po śmierci. Kto miał wyrazić zgodę, pewnie już to zrobił, ale deklaracje nadal są wyłożone i zauważyłem, że w czasie ostatnich świąt trochę ich ubyło. Zapewne zostały wzięte przez osoby, które przyjechały do parafian w odwiedziny. Takie specjalne karteczki są na terenie Żywiecczyzny dostępne także w aptekach i sklepach, a nawet widziałem je w kwiaciarni.


Słyszałam, że Księdza parafia jest pierwszą w Polsce, która ma w kościele własny defibrylator.


– Tak. Urządzenie to może uratować życie osobie z problemami sercowymi, bo działając na mięsień sercowy, przywraca jego pracę. W naszym kraju, na wzór Stanów Zjednoczonych, coraz częściej mówi się o potrzebie takich urządzeń w miejscach publicznych. W kościołach, niestety, statystycznie dość często dochodzi do zasłabnięć i ataków serca. Postanowiliśmy więc postarać się o takie urządzenie. Znalazł się sponsor i udało się. Defibrylator mamy już od października ubiegłego roku. Oczywiście nie chcemy wyręczać karetki pogotowia, ale czasami naprawdę liczą się minuty i nim przyjedzie lekarz, urządzenie może być bardzo pomocne. Może je obsługiwać tylko osoba przeszkolona, dlatego kilku parafian wzięło udział w kursie udzielania pierwszej pomocy i obsługi defibrylatora. Wszyscy w gminie wiedzą, że takie urządzenie posiadamy, i zanim przyjedzie karetka, a zimą to, niestety, czasem trochę trwa , można szukać ratunku w kościele.


Pozostaje mi zatem już tylko życzyć, aby nigdy defibrylator nie był potrzebny.


– Wszyscy sobie tego życzymy, ale jak mówi przysłowie: Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Z postępu trzeba korzystać, jeśli służy człowiekowi.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki