Logo Przewdonik Katolicki

Klerycy - chłopcy malowani?

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Z ks. dr Stanisławem Morgallą SJ, dyrektorem krakowskiej Szkoły Formatorów przy WSFP Ignatianum, rozmawia Łukasz Kaźmierczak Bardzo młody człowiek rozpoczyna naukę w seminarium. Jego sytuacja przypomina nieco tę, w jakiej znajduje się cywil, który przekracza bramę koszar... To dość łatwe porównanie, ale moim zdaniem chybione, a nawet niebezpieczne i to dla...

Z ks. dr Stanisławem Morgallą SJ, dyrektorem krakowskiej Szkoły Formatorów przy WSFP „Ignatianum”, rozmawia Łukasz Kaźmierczak


Bardzo młody człowiek rozpoczyna naukę w seminarium. Jego sytuacja przypomina nieco tę, w jakiej znajduje się cywil, który przekracza bramę koszar...

– To dość łatwe porównanie, ale moim zdaniem chybione, a nawet niebezpieczne i to dla obu stron. Seminarium to nie koszary, a poborowy to nie kleryk. I nawet jeśli pod wieloma względami można dopatrzeć się podobieństw, to efekt końcowy „wyszkolenia” musi być w obu sytuacjach radykalnie różny. W przeciwnym razie grozi nam katastrofa. Wyobraźmy sobie żołnierza, który pokornie „nadstawia drugi policzek”, albo księdza, który niesie ludziom wiarę na ostrzu bagnetu? Trudno o większą karykaturę powołania tak żołnierskiego, jak i kapłańskiego.

Ale jedno i drugie zaczyna się od powołania? Gdzieś na początku trzeba więc rozpoznać, o jakie powołanie chodzi?
Kiedy kandydat mówi, że „ma powołanie do kapłaństwa”, to na pewno nie trzyma go w ręku niczym karty powołania do wojska. Raczej używa języka symbolicznego i odwołuje się do jakiegoś wewnętrznego głosu czy też znaku, który odczytuje jako przynaglenie ze strony samego Boga. Chyba że naciska go ktoś lub coś innego - rodzina, proboszcz albo własne wybujałe ambicje. Ale te wpływy można i należy odkryć, by następnie oczyścić z nich powołanie i ukierunkować je we właściwą stronę. Temu służy formacja. W każdym razie to właśnie w przestrzeni między pierwszym znakiem powołania a momentem święceń trzeba zweryfikować jego boskie pochodzenie.

Często nie da się tego zrobić od razu na początku, bo powołanie nie jest czymś niezmiennym i danym raz na zawsze. Wręcz przeciwnie - ono z natury jest wyzwaniem, prowokacją, zaproszeniem do czegoś niezwykłego, dlatego rozwija się i zmienia, niekiedy zupełnie nie do poznania. Przypomina w tym ewangeliczne ziarno, które wypuszcza źdźbło, tworzy kłos i w końcu wydaje plon. Ale podobnie jak w przypowieści, może ono też zostać podeptane, zagłuszone i zmarnowane, jeśli padnie na nieprzygotowany grunt.

Powołanie jest bazą, fundamentem. To jednak przecież nie wszystko; jakie jeszcze cechy powinien posiadać przyszły kapłan - dobry kapłan?
Powinien być święty – o ile to pojęcie jeszcze coś znaczy w dzisiejszym świecie. Samego głosu powołania nie należy nigdy mylić z deklaracją heroiczności cnót, nawet jeżeli większość alumnów przez kilka pierwszych lat formacji do złudzenia przypomina św. Stanisława Kostkę albo św. Dominika Savio.

Specjalistyczne badania wykazały, że wszyscy adepci do kapłaństwa na początku bardzo wysoko podciągają swoje morale (przynajmniej w słownych deklaracjach), ale już po 3 lub 4 latach spadają znacznie poniżej deklarowanego pierwotnie poziomu. I to jest normalny proces. Co najwyżej można go trochę wydłużyć, wprowadzając cieplarniane lub koszarowe warunki w seminarium, ale wtedy rzecz wybucha w pierwszych latach kapłaństwa. Kryzys, który musi nastąpić, jest elementem wzrostu i oczyszczenia motywacji. Ona nie może opierać się jedynie na pięknych deklaracjach, ale przede wszystkim na konkretnych życiowych postawach, które wyrażają wartości Ewangelii bardziej czynem niż słowem.

Alter Christus, czyli drugi Chrystus, którym ma stać się kapłan, to nie bierna czy mechaniczna powtórka oryginału, ale jego oryginalna i twórcza interpretacja. Kapłan nie ma recytować na pamięć Ewangelii, on ma ją napisać na nowo. Dlatego, moim zdaniem, możemy mówić np. o Ewangelii wg Karola z Wadowic lub Teresy z Kalkuty.

Powołanie nie jest czymś niezmiennym i danym raz na zawsze. Z natury jest ono wyzwaniem, prowokacją, zaproszeniem do czegoś niezwykłego


Zgoda, błądzić jest rzeczą ludzka, a co cię nie zabije, to wzmocni. Tyle mądre ludowe porzekadła. Ale seminarium to prawdziwa ogniowa próba. I nie każdy ją przechodzi...
Seminarzyści to też ludzie, choć bardzo łatwo i chętnie wszyscy o tym zapominamy, pewnie dlatego, że tak bardzo spragnieni jesteśmy dobra i piękna. Powoli jednak mijają te czasy, gdy seminarzysta czy młody ksiądz był odruchowo idealizowany przez lokalne społeczności tylko dlatego, że „taki piękny, młody i tak się poświęca Bogu i ludziom”. Wystarczy pójść z katechezą do szkoły, by usłyszeć kilka otrzeźwiających słów ze strony młodzieży, na której ani uroda, ani poświęcenie nie robią już wrażenia, że o Panu Bogu nawet nie wspomnę.

W konfrontacji ze światem ideał bardzo łatwo sięga bruku, a piękne słowa nic nie znaczą w zderzeniu z obojętnością niektórych subkultur. Ale na przekór temu warto otwierać seminaria i konfrontować je ze światem, z sekularyzującym się społeczeństwem, z obojętnością religijną młodych ludzi, przy jednoczesnych podwyższonych oczekiwaniach co do duchowości z ich strony. A przecież kryzysy przeżywają wszyscy, także rówieśnicy seminarzystów i to w sposób znacznie bardziej drastyczny, bo często nie mają wsparcia ze strony ojca duchowego czy otoczenia. Oczywiście, takie otwarcie czy konfrontacja są niebezpieczne, ale mogą też stać się elementem jakościowego skoku wiary.

Ewangelia nie jest dobrą nowiną dla grzecznych i schludnych chłopaków z eleganckim przedziałkiem we włosach, ale dla tych, co źle się mają. Zamykanie się z nią w seminariach, a później na plebaniach czy w domach zakonnych, jest zupełnym nieporozumieniem.

Kluczowego znaczenia dla formacji przyszłego kapłana nabiera zatem osoba wspomnianego już ojca duchownego czy też kierownika duchowego. Surowy nauczyciel, przewodnik, przyjaciel, a może wnikliwy psycholog - kim przede wszystkim powinien być dobry formator?
Z takiego zestawu możliwości z pewnością wybrałbym określenie: przewodnik. To ktoś, kto idzie pierwszy, bo zna drogę oraz ma doświadczenie. Stał się zaś przewodnikiem, dlatego, że sam kiedyś był uczniem i też się formował jako kapłan, nierzadko w tym samym miejscu i u tych samych profesorów. To tworzy od razu klimat zaufania opartego na długiej tradycji, której nie sposób pominąć, ale też i nie trzeba przeceniać. Sama tradycja i magia miejsca nie wystarczą, nawet jeśli ukształtowały kiedyś świętych czy męczenników za wiarę.

Ważne są też inne atrybuty formatora - jego wiedza teologiczna i psychologiczna, umiejętności pedagogiczne czy doświadczenie duszpasterskie, które zazwyczaj nie są owocem łaski czy osobistego uroku, ale wynikiem solidnej pracy i wysiłku. By zostać dobrym formatorem, nie wystarczy być absolwentem własnego seminarium, nawet tym najzdolniejszym i najbardziej lubianym. Do tej odpowiedzialnej roli trzeba się wszechstronnie przygotowywać przez dłuższy czas.

Załóżmy więc, że formatorzy są dobrymi fachowcami. Mimo to zdarza się, że seminarium opuszczają księża „bujający w obłokach”, nierozumiejący problemów świata zewnętrznego albo zadowoleni z siebie narcyzi, którym, w ich mniemaniu, należą się pokłony już tylko z racji noszenia sutanny. W obu przypadkach tacy księża nie są w stanie dobrze wypełniać swojej służebnej roli wobec wiernych...
Nawet najlepsze seminarium nie jest w stanie przewidzieć i przygotować swoich adeptów na wszystkie możliwe scenariusze. Choć to zawsze na formację seminaryjną spogląda się, gdy zaczyna się dziać coś złego. Ale takie myślenie jest zbytnim uproszczeniem. Seminarium może i powinno przygotować kompetentnych, wiernych nauczaniu Kościoła kapłanów, a jednocześnie ciepłych i wyrozumiałych wobec konkretnych ludzi. Wierność i elastyczność to cechy współczesnego kapłana, których mnie uczono już w nowicjacie. I one wydają mi się być wciąż bardzo aktualne.

Głęboko wierzę, że Kościół ma do zaoferowania współczesnemu światu ogromny skarb, ale jednocześnie w sobie samym doświadczam trudności w prezentowaniu tego skarbu - w nowej formie i do ludzi, których umysły i serca kształtowane są przez zupełnie inne wartości niż te ewangeliczne. Ale dzięki temu przeżywam swoje powołanie jako niezwykłą przygodę. A co do narcyzmu kapłanów – szczypta narcyzmu nikomu nie zaszkodzi, zwłaszcza gdy głosi się kazania lub znosi gorzką samotność. Ale przesada jest oczywiście niebezpieczna.

Pojawiają się niekiedy krytyczne głosy, że do seminariów przyjmuje się zbyt młodych kandydatów. Przy tym nie brakuje przykładów wybitnych kapłanów, którzy swoje powołanie odkryli dość późno. Może rzeczywiście seminarium powinno być dla ludzi dojrzalszych, posiadających już jakieś niezbędne doświadczenie życiowe...
To zależy. Przecież można spotkać zarówno dojrzałych nastolatków, jak i niedojrzałych absolwentów poważnych wyższych uczelni, nawet takich z doktorskimi dyplomami. Dojrzałości nie można mierzyć liczbą lat. Poza tym dojrzałość niejedno ma imię i osiąga różny stopień w różnych sferach życia. Wysoki iloraz inteligencji może iść w parze z emocjonalnym analfabetyzmem, a wdzięczne modlitwy przed figurą mogą kryć diabła za skórą. Dlatego zamiast studiować metryki seminarzystów, co jest najłatwiejsze, może lepiej byłoby wnikliwie przeegzaminować ich sytuację rodzinną oraz osobistą historię. Takie podejście jest znacznie trudniejsze i bardziej czasochłonne, ale daje o wiele wymierniejsze wyniki w ocenie ich dojrzałości emocjonalnej, intelektualnej czy moralnej. Od razu też koncentruje formację na konkretnym człowieku, a nie na masie, do której sprowadzają się liczby czy statystyki. Przy czym mówiąc o wnikliwym egzaminie, mam na myśli nie tyle zdrowy rozsądek, co raczej fachowe umiejętności z dziedziny psychologii, socjologii czy pedagogiki. Tu otwierają się jeszcze szerzej drzwi seminariów dla kompetentnych ludzi świeckich, których wpływ na kształtowanie duchowieństwa powinien wzrastać i dotyczyć nie tylko wstępnej selekcji, ale również formacji seminaryjnej oraz wejścia w pracę duszpasterską.

Czy ideałem kapłana koniecznie musi być ktoś, kto zna się tak samo na liturgii jak na budownictwie, dziennikarstwie, psychologii czy marketingu? Stać się wszystkim dla wszystkich oznacza życie Ewangelią, a nie kolejne specjalizacje i odchodzenie od tego, co istotne w życiu kapłańskim. Przed czymś takim przestrzegał nas Benedykt XVI w Warszawie. Dlatego uczmy kleryków współpracy ze świeckimi, a nie zarządzania ich zasobami.

ks. dr Stanisław Morgalla - jezuita, ojciec duchowny kleryków w Kolegium oo. Jezuitów w Krakowie; kierownik duchowy; psycholog; psychoterapeuta; rekolekcjonista; adiunkt na Wydziale Filozoficznym Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum” i dyrektor działającej przy tej uczelni Szkoły Formatorów. Więcej na temat Szkoły Formatorów na stronie www.ignatianum.edu.pl/studium

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki