Logo Przewdonik Katolicki

Impresjoniści w Berlinie

Natalia Budzyńska
Fot.

Całkiem niedaleko, bo w Berlinie, do 7 października można obejrzeć obrazy, które rzadko opuszczają Nowy Jork. Wystawa w Neue Nationalgalerie reklamowana hasłem: Najpiękniejsi Francuzi pochodzą z Nowego Jorku obejmuje ponad 150 dzieł najsłynniejszych francuskich impresjonistów. Kolekcja należąca do Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku (MoMA) nie ustępuje niczym tej...

Całkiem niedaleko, bo w Berlinie, do 7 października można obejrzeć obrazy, które rzadko opuszczają Nowy Jork. Wystawa w Neue Nationalgalerie reklamowana hasłem: „Najpiękniejsi Francuzi pochodzą z Nowego Jorku” obejmuje ponad 150 dzieł najsłynniejszych francuskich impresjonistów.

Kolekcja należąca do Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku (MoMA) nie ustępuje niczym tej z Musee d’Orsay z Paryża, uważanej za największy zbiór impresjonistów francuskich na świecie. MoMA jednak może poszczycić się większą liczbą płócien Maneta niż paryskie muzeum. Nowojorska kolekcja rzeczywiście robi wrażenie: jest obszerna i reprezentatywna. Rzadko wypożycza swoje dzieła, niektóre z nich nigdy nie opuściły murów MoMA. Nigdy też aż tyle cennych obrazów naraz nie wywieziono za granicę. W Berlinie wiszą niemal wszystkie płótna należące do kolekcji, z wyjątkiem kilku, których rozmiary uniemożliwiły podróż samolotem. Co więcej, wystawa w Berlinie nigdzie więcej nie zostanie pokazana. 7 października obrazy zostaną zapakowane w skrzynie i wrócą do odnowionych pomieszczeń Metropolitan Museum of Art. Właśnie gruntowny remont i przebudowa budynku nowojorskiego muzeum były powodem, dla którego kolekcja XIX-wiecznego francuskiego malarstwa odwiedziła Europę. Jak powiedział kurator wystawy z ramienia muzeum w Nowym Jorku, Gary Tintrow, szkoda byłoby pozbawić miłośników sztuki możliwości obejrzenia tego malarstwa przez prawie rok. Dlaczego w takim razie nie wypożyczyć dzieł na jakiś czas? Doskonały pomysł i wszyscy bardzo się cieszymy. Tym bardziej że Berlin jest tak niedaleko.


Edouard Manet, „W łodzi” (1874)

Manet, który zanim spotkał Moneta i kolegów, malował w pracowni, zaczął również zabierać sztalugi w plener. Ten obraz powstał w jednym z modnych podparyskich letnisk. Zaprzyjaźnieni malarze przyjeżdżali tam ze swoim sprzętem dorożkami lub tanią kolejką podmiejską. Często malowali ten sam temat, poddając się wakacyjnej i niemal rodzinnej atmosferze.


Odrzuceni przez Salon
W XIX-wiecznym Paryżu mieszczańskimi gustami rządził Salon – zbiorowa wystawa trwająca sześć tygodni. Jury dwa razy w roku oglądało i oceniało zgłoszone obrazy i decydowało o tym, które dostąpią zaszczytu publicznej prezentacji. Krytycy rozpisywali się o wystawie w gazetach, w niedzielne przedpołudnia całe rodziny zwiedzały sale Palais de l’Industrie. Zamieszczenie swojego obrazu w Salonie było dla każdego młodego malarza celem, od tego zależało jego być albo nie być. Tylko tam mógł być zauważony. W 1863 roku jednak sporo obrazów (ponad dwa i pół tysiąca z pięciu tysięcy zgłoszonych!) zostało odrzuconych przez jury, więc cesarz Napoleon III pozwolił, aby te prace wystawiono w Palais des Champ-Élysée. Znalazł się wśród nich skandalizujący obraz Edouarda Maneta „Śniadanie na trawie”. Tak powstał Salon Odrzuconych – manifestacja przeciw artystycznemu establishmentowi. Manet szokował, pokazując nagą kobietę bez mitologicznego kontekstu, jednak jego obraz, który również zadziwiał lekkością, powstał w atelier. Pod wpływem Maneta i jego palety barw był Claude Monet, jednak zrobił krok naprzód. Wyszedł bowiem ze sztalugami poza ściany atelier. Coś, co dzisiaj zbylibyśmy wzruszeniem ramion, wówczas było nie do pomyślenia. Oczywiście dawni malarze wychodzili na zewnątrz, ale z notatnikami, by robić szkice. Potem wracali do pracowni i przenosili szkice na płótno. Zabranie z pracowni sztalug i walizeczki z farbami w ogóle nie mieściło się w głowie. Fakt malowania w plenerze zmusił malarzy do nowego spojrzenia na otaczający świat, który mienił się wszystkimi kolorami. Malowanie w plenerze wymuszało na artyście reakcję na ciągle zmieniające się światło, ruch powodowany przez wiatr i zmieniające się pod wpływem chmur kolory. Powstawały obrazy wprawdzie inne niż dotychczas, jednak dziś patrząc na nie, trudno nam zrozumieć, dlaczego były krytykowane i rokrocznie odrzucane przez Salon.

„Słabe szkice”
Grupa rówieśników niezrozumiałych przez społeczeństwo trzymała się razem: Claude Monet, Alfred Sisley, Pierre-Auguste Renoir, Paul Cézanne, trochę starsi Kamille Pissarro i Edgar Degas. Dziesięć lat odrzucenia w końcu każdego może zdenerwować. Postanowili utworzyć coś w rodzaju artystycznej kooperatywy i w 1874 roku zorganizowali całkowicie niezależną wystawę w pustym atelier słynnego fotografa Feliksa Nadara. Nie odnieśli sukcesu: w tym samym czasie oficjalny Salon zwiedzało codziennie niemal 10 tysięcy osób, wystawę niezależną zobaczyło w sumie około 200 widzów. Porażka? Pewnie tak, gdyby nie fakt, że dzięki tej wystawie grupa Moneta i Renoira otrzymała nazwę. Jeden z dziennikarzy zatytułował swój niepochlebny artykuł: „Wystawa impresjonistów”, zapożyczając słowo z tytułu jednego z obrazów Moneta „Impresja, wschód słońca”. Warto przytoczyć, co też ów zasłużony dziennikarz wypisywał: „Impresja – to zbyt prawdziwe! Właśnie mówiłem sobie, że jeśli mam znaleźć się pod wpływem impresji, to coś musi ją wywołać. Jaka swoboda i łatwość w ruchach pędzla! Niepomalowana tapeta jest bardziej skończona niż ten marynistyczny pejzaż!”. Jednak inny, bardziej przychylny dziennikarz, wyjaśnił: „Jeśli ich celem było określenie się jednym słowem, musimy użyć słowa impresjoniści. Są impresjonistami, gdyż nie reprodukują krajobrazu, ale utrwalają impresję, jaką wywołuje w widzu”. Słusznie zauważył, że można to osiągnąć właśnie poprzez szkicowość i brak wykończenia obrazów. A to szokowało. Dla publiczności były to niedbałe i niedokończone szkice, a nie „prawdziwa sztuka”. To ich obrażało, znaczyło, że nie są traktowani poważnie.


Claude Monet, „Japoński most” (1899)

„Był tylko okiem, ale jakim okiem!” – powiedział o nim Paul Cézanne. Na berlińskiej wystawie zobaczyć można także jego słynne „Nenufary”, które malował w urządzonym przez siebie pięknym ogrodzie. Ten malarz dożył 86 lat, paradoksem losu jest, że od 1908 roku zaczął tracić wzrok. Przeżył dwie operacje, dzięki którym tworzył właściwie do śmierci w 1926 roku.


Wielka okazja!
Dzisiaj oglądając obrazy impresjonistów możemy się tylko dziwić takim reakcjom. Przede wszystkim okazuje się, że te kolory, których zastosowanie ponad 150 lat temu wzbudzało takie kontrowersje, wcale nie są szokujące. Niektóre obrazy, znane nam doskonale z reprodukcji, w oryginale są jakby przygaszone i nie robią aż takiego wrażenia. A jednak był to wielki przełom w sztuce. Migotanie traw w słoneczne popołudnie, odblask wschodzącego słońca na falach, plamy światła na sukni, twarz ukryta w cieniu, ulotność i chwilowość ukryte są w każdym obrazie. Impresjoniści patrzyli na świat, jakby go chcieli ujrzeć po raz pierwszy, pragnęli zachować i utrwalić to pierwsze wrażenie.

W berlińskiej Neue Nationalgalerie zobaczyć można dzieła m.in. Moneta, Degasa, Pissarro, Cézanna, Gauguina, Matisse’a, van Gogha i Picassa. Dyrektor Metropolitan Museum of Modern Art w Nowym Jorku już zapowiedział, że niektóre dzieła, w tym „Odaliska” Ingresa, „Kobieta z papugą” Couberta, „W łódce” Maneta, „Lekcja tańca” Degasa, „La Grenouillère” Moneta czy „Ia Orana Maria” Gauguina opuściły Nowy Jork po raz ostatni. Jeśli więc nie planujemy podróży za ocean, to warto spędzić dzień w Berlinie.

Szczegóły dotyczące zwiedzania na stronie:
http://www.smb.spk-berlin.de/smb/sammlungen/
details.php?lang=en&objID=20&p=4

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki