Logo Przewdonik Katolicki

Pan jest moim Sędzią

Tomasz Królak
Fot.

Z abp. Henrykiem Muszyńskim, metropolitą gnieźnieńskim, rozmawia Tomasz Królak (KAI) Przy okazji decyzji Stolicy Apostolskiej w sprawie nominacji nowego metropolity warszawskiego musi rozstrzygnąć się także sprawa tytułu Prymasa Polski, a więc m.in. tego, czy będzie on związany z Gnieznem. Jakie są oczekiwania Księdza Arcybiskupa w tej sprawie? Od prawie sześciuset lat prymasostwo...

Z abp. Henrykiem Muszyńskim, metropolitą gnieźnieńskim, rozmawia Tomasz Królak (KAI)

Przy okazji decyzji Stolicy Apostolskiej w sprawie nominacji nowego metropolity warszawskiego musi rozstrzygnąć się także sprawa tytułu Prymasa Polski, a więc m.in. tego, czy będzie on związany z Gnieznem. Jakie są oczekiwania Księdza Arcybiskupa w tej sprawie?
– Od prawie sześciuset lat prymasostwo związane jest nieodłącznie z Gnieznem, więc wyrażam nadzieję i przekonanie, że tak pozostanie również w przyszłości. Prymasi mieszkali w różnych miejscach, wielu z nich w Łowiczu, który wówczas należał do archidiecezji gnieźnieńskiej, ale dotychczas nikt nie kwestionował faktu, że stolicą prymasowską było i jest Gniezno. W moim rozumieniu ks. Prymas Glemp otrzymał tytuł „Kustosza Relikwii św. Wojciecha” właśnie po to, aby nadal wiązać prymasostwo ze stolicą św. Wojciecha.

Ojciec Święty Jan Paweł II niejednokrotnie prywatnie, a także publicznie pozdrawiając mnie jako „arcybiskupa stolicy prymasowskiej” dawał wyraz temu, że tak właśnie należy rozumieć ten dodatkowy tytuł prymasa. Chodzi więc w tym wypadku o rolę i miejsce Gniezna, jako kolebki Kościoła i państwa, a nie o osobę arcybiskupa gnieźnieńskiego, kimkolwiek by on był. Dzisiaj tytuł prymasa ma charakter czysto honorowy, nie wiążą się z nim żadne uprawnienia jurysdykcyjne. Jest to więc pewne wyrównanie do podobnych stolic prymasowskich w Europie, jak Lyon we Francji, Armagh w Irlandii czy Toledo w Hiszpanii.

Czy w tej sytuacji, zdaniem Księdza Arcybiskupa, kard. Józef Glemp, metropolita warszawski, pozostanie prymasem?
– Osobiście wyrażam przekonanie, że ksiądz kard. Glemp nadal powinien zachować tytuł prymasa. Jeżeli Bóg pozwoli doczekać, za półtora roku przechodzę na emeryturę. W nowej sytuacji mój następca – jeżeli taka będzie wola Ojca Świętego – jako prymas będzie nadal rezydował w Gnieźnie. W ten sposób zostanie podtrzymana wielowiekowa tradycja, która ma swój głęboki wymiar nie tylko dla archidiecezji gnieźnieńskiej, ale także dla całej Polski.

Kard. Stefan Wyszyński umierając wyraził swoją jednoznaczną wolę, aby także po jego śmierci prymasostwo nadal zostało związane z Gnieznem. Powiedział tak: „Pamiętajcie, tradycją polskości jest powiązanie prymatury z Gnieznem, wbrew jakimkolwiek myślom i zamierzeniom”.

Jak w takim razie postrzega Ksiądz Arcybiskup swoją misję jako „arcybiskupa stolicy prymasowskiej”? Co było jej istotą?
– Z perspektywy mojej czternastoletniej posługi w Gnieźnie widzę coraz jaśniej, że przypadła mi rola „pomostu” pomiędzy dawnymi i nowymi czasy. Moje zadanie wiązało się wyraźnie z przygotowaniem i przeprowadzeniem kolejnych jubileuszy św. Wojciecha i z podjęciem europejskiego dziedzictwa, które pozostawił nam Jan Paweł II właśnie w Gnieźnie, i które znajduje swój wyraz w kolejnych zjazdach gnieźnieńskich. Wiem również, że Janowi Pawłowi II zależało na tym, by skończyć z dziedzictwem zaborów i umożliwić także archidiecezji gnieźnieńskiej funkcjonowanie na wzór innych diecezji, których biskup powinien rezydować w stolicy własnej diecezji. Chociaż funkcja prymasa jest dzisiaj honorowa, oczekiwania kapłanów i wiernych świeckich w odniesieniu do prymasa są ogromne i wymagają dodatkowego zaangażowania w życie Kościoła.

Sądzę też, że długoletnie doświadczenie ks. Prymasa Glempa pozwoli mu nadal z wielkim pożytkiem pełnić dotychczasową funkcję prymasa bardziej niż komuś, kto miałby ją rozpoczynać na czas krótki od nowa.

Czy Kościół w Polsce nie cierpi przypadkiem na kryzys przywództwa?
– W tym pytaniu wyczuwam jak gdyby nostalgię za wielkimi charyzmatycznymi autorytetami religijnymi w dalekiej i bliższej przeszłości. Zwłaszcza w osobie Karola Wojtyły – Jana Pawła II i Stefana kard. Wyszyńskiego. Ich rola jest rzeczywiście trudna do przecenienia. W okresie najsroższych powojennych prześladowań prymas Wyszyński wziął na siebie całą odpowiedzialność za Kościół w Polsce, z wszystkimi konsekwencjami, z gotowością męczeństwa włącznie. Jest to dla mnie znak, że na trudne czasy Bóg daje także właściwych charyzmatycznych „przywódców”.

Dzisiaj wkraczamy coraz bardziej w normalność, która powinna się wyrażać w głębokiej równowadze, jaka istnieje pomiędzy hierarchicznością a kolegialnością Kościoła. Jedno i drugie jest jego istotnym znamieniem, począwszy od czasów apostolskich. Wyrazem zwyczajności jest dla mnie także fakt, że cieszymy się w Kościele coraz większą liczbą świadomych i odpowiedzialnych wiernych świeckich, którzy przejmują odpowiedzialność w różnych dziedzinach życia w duchu Vaticanum II. Główne zadanie Kościoła hierarchicznego polega na formowaniu wiernych świeckich tak, by nie poddawali się klerykalizacji, a duchowieństwa, by nie laicyzowało się.

Jak ocenia Ksiądz Arcybiskup podejście hierarchii Kościoła do bolesnego problemu lustracji? Prawidłowe, spóźnione, nieodpowiednie?
– Sprawa lustracji w ogólności, a zwłaszcza tzw. lustracja duchowieństwa jest dziś bez wątpienia problemem, który najbardziej bulwersuje społeczeństwo i Kościół. Głównym zagadnieniem jest – w moim przekonaniu – brak przejrzystych zasad, którymi powinien kierować się proces uczciwej lustracji, zmierzający do ujawnienia całej bolesnej i złożonej prawdy o inwigilacji i krzywdach dokonywanych przez służby bezpieczeństwa systemu komunistycznego. Lustracja ogólna dotyczy przede wszystkim ludzi życia publicznego, którzy piastowali lub piastują ważne funkcje społeczne. Duchowieństwo zostało słusznie wyłączone spod tak pojętej lustracji, ponieważ duchowni nie są osobami życia publicznego w rozumieniu ustawodawstwa państwowego.

Są jednak bez wątpienia ludźmi zaufania społecznego.
– Właśnie, i dlatego każdy przypadek dotyka nie tylko konkretnego księdza, ale także pośrednio instytucji Kościoła. Kryteria stosowane przez IPN dotyczą głównie inwigilacji opozycji politycznej. W wypadku duchownych nie mają one pełnego zastosowania, gdyż duchowni byli w pierwszym rzędzie przeciwnikami ideowymi i każdy ksiądz był przedmiotem inwigilacji, a nierzadko także różnych form nacisku, indagacji oraz szantażu.

Papież Benedykt XVI w swoim przemówieniu do kapłanów w katedrze warszawskiej zwrócił uwagę, że w osądzie należy uwzględnić odmienne okoliczności minionych czasów. Dzisiaj, z perspektywy 30, a nawet 40 lat, gdy znamy całą prawdę o metodach i sposobach werbowania ludzi, wiele spraw skłonny jestem osądzić inaczej.

Funkcjonariusze służb bezpieczeństwa występowali podówczas jako oficjalni przedstawiciele komunistycznej władzy, zachowując wszelkie pozory troski stróżów porządku i ładu społecznego i nie musieli się przed nikim legitymować. Dopiero dziś, znając całą prawdę o zbrodniczym systemie, jesteśmy w pełni świadomi, że były to prawdziwe „wilki w owczej skórze”. W przypadku kapłana sytuacja była szczególnie trudna i delikatna. Troska o dobro Kościoła nakazywała szczególną ostrożność i obronę Kościoła, z drugiej strony chrześcijanin, a zwłaszcza kapłan, powinien w duchu Ewangelii potraktować nawet swego wroga.

Jaką dziś należałoby przyjąć perspektywę do właściwej oceny kontaktów z „wilkami”?
– Głównym kryterium powinny być kryteria moralne, które mają doprowadzić do oceny i – tak dalece, jak to jest możliwe – do nawrócenia i naprawienia zła tam, gdzie to jeszcze nie nastąpiło, a jest wciąż możliwe.

Jak sądzę, wymiar tej inwigilacji od początku nie był w sposób należyty doceniony przez biskupów. Być może nawet jeszcze dzisiaj nie zdajemy sobie sprawy, jakie są jej rzeczywiste rozmiary. Na wzór innych krajów postkomunistycznych, jak Czechy, Węgry, także Kościół w Polsce, po ustaleniu przejrzystych zasad, powinien wziąć tę sprawę w swoje ręce. Pierwszym krokiem we właściwym kierunku jest bez wątpienia Memoriał w sprawie współpracy niektórych duchownych z organami bezpieczeństwa w Polsce w latach 1944-1989, przyjęty przez Episkopat. Przy respektowaniu podstawowych zasad godności człowieka, osoby ludzkiej i prawa do dobrego imienia, pełnego wglądu do materiałów zgromadzonych przez UB i SB oraz możliwości ustosunkowania się do treści w nich zawartych, zainteresowany powinien poddać się osądowi właściwego przełożonego kościelnego: biskupa lub przełożonego zakonnego.

Wierni biblijnej zasadzie, którą znajdujemy w opisie procesu Jezusa, mówiącej, że prawo nasze nie potępia człowieka, zanim go wpierw nie przesłucha i zbada, co czyni (J 7,51), cała ta procedura powinna zmierzać do tego, by dać szansę oskarżonemu do ustosunkowania się wobec zarzutów i umożliwiać mu nawrócenie i naprawienie popełnionych krzywd. W zależności od stopnia winy przełożony podejmuje decyzję, która umożliwia naprawienie popełnionego zła.

A jak widzi Ksiądz Arcybiskup rozwiązanie tzw. lustracji duchowieństwa na terenie własnej archidiecezji?
– Uwzględniając strukturę Kościoła, tzw. lustracja duchowieństwa diecezjalnego powinna się rzeczywiście odbywać w ramach poszczególnych diecezji. W archidiecezji gnieźnieńskiej, po zasięgnięciu opinii Kolegium Konsultorów, już 20 maja 2005 r. ustanowiłem komisję złożoną na razie z trzech kapłanów: historyka, prawnika i pracownika administracji kościelnej, należących do różnych pokoleń kapłańskich. Komisja zajmuje się opracowaniem sposobów inwigilacji i infiltracji przez służby specjalne PRL duchowieństwa archidiecezji gnieźnieńskiej w latach 1945-1989. Działalność komisji, moim zdaniem, nie może ograniczać się wyłącznie do tzw. lustracji, ale powinna być dochodzeniem do pełnej, obiektywnej prawdy zawartej w dokumentach komunistycznych służb specjalnych i obiektywnej ich oceny.

Dochodzenie do tej prawdy musi się odbywać oczywiście w ścisłej współpracy z pracownikami IPN, którzy w tym względzie mają już pewne doświadczenia. Wiadomo bowiem, że celem dokumentacji nie było dochodzenie do jakiejkolwiek prawdy, lecz służba zbrodniczej ideologii, której chodziło nie tylko o podporządkowanie Kościoła, ale także o zdobywanie ludzi dla tej przestępczej działalności. Najważniejszym kryterium była użyteczność i służba systemowi z pogwałceniem najbardziej elementarnych praw ludzkich, obłuda i zakłamanie, pięknym deklaracjom odpowiadały nierzadko nieludzkie metody łamania ludzi i ich sumień. Wszystko to trzeba uwzględnić w dochodzeniu do obiektywnych faktów, by odróżnić wiarygodność dokumentów od prawdy w nich zawartej. Chodzi przecież o ukazanie także wielu pozytywnych przykładów, a nawet heroizmu w wierności Kościołowi. Powołana przed ponad rokiem komisja niedawno otrzymała dostęp do akt IPN. Wcześniej, jak wiadomo, zgodnie z decyzją Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, obowiązywał zakaz udostępniania dokumentów osobom spoza IPN.

Czy komisja zajmuje się teczkami personalnymi kapłanów?
– Na obecnym etapie jeszcze nie. W przygotowaniu do tego niełatwego zadania omawiałem formy i sposoby tej oceny z radą kapłańską, która służy biskupowi pomocą w ważnych i trudnych sprawach diecezji, do których należy omawiany problem.

A czy interesował się Ksiądz Arcybiskup zasobami IPN na swój temat?
– Pragnąc być wiarygodnym, muszę rozpocząć od samego siebie, od wglądu i oceny zawartości własnych teczek. W tej kwestii podjąłem już konkretne działania w IPN. Należę przecież do pokolenia, którego działalność duszpasterska przypadała na okres PRL-u i w tym czasie spotykałem się z wszystkimi możliwymi formami nakłaniania do współpracy. Miało to z reguły miejsce przy składaniu wniosku o paszport lub przy jego odbiorze. Bogu dzięki, miałem światłych biskupów, których każdorazowo informowałem o tych spotkaniach. Dziś żyje z nich jedynie mój były ordynariusz ówczesnej diecezji chełmińskiej, abp Marian Przykucki, który – jestem tego pewny – gotów jest poświadczyć ten fakt.

Jaką strategię przyjmował Ksiądz Arcybiskup podczas spotkań z SB?
– Już przy pierwszym staraniu o paszport otrzymałem od swego biskupa bardzo mądrą radę: „Staraj się, ale nie za wszelką cenę”. Doskonale wiedziałem, co to oznacza. Jestem pewny, że wierność tej zasadzie uchroniła mnie od najgorszego, że w żaden sposób nie wyraziłem zgody na jakąkolwiek formę współpracy. Nie oznaczało to jednak końca mojej udręki, gdyż nadal w różnych formach byłem nękany, naciskany i inwigilowany. Z całym krytycyzmem, na jaki mnie stać, usiłuję osądzać najpierw samego siebie wobec Boga i ludzi. Cały czas towarzyszy mi jednak świadomość nemo iudex in causa sua – nikt nie jest sędzią we własnej sprawie. Religijny wymiar tej sprawy bardzo trafnie oddaje stwierdzenie św. Pawła: sam siebie nie sądzę. Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim Sędzią. Zdaję sobie sprawę, że niezależnie od takiego czy innego osądu ludzkiego, będę musiał sprawę zdać w obliczu Boga i przez Niego będę sądzony, ale niezależnie od tego pragnąłbym poznać treści pisane przez tych, którzy służyli zwalczaniu Kościoła. Bogu dzięki, te bolesne doświadczenia nie odebrały mi zaufania do ludzi, na których buduję wszelkie relacje międzyludzkie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki