Logo Przewdonik Katolicki

Słowo wyzwala

Jadwiga Knie-Górna
Fot.

Z Jeanem Vanierem, założycielem i wieloletnim dyrektorem Wspólnoty Arki, rozmawia Jadwiga Knie-Górna Ponad czterdzieści lat temu po raz pierwszy spotkał się Pan z osobami upośledzonymi umysłowo. Jak dziś wspomina Pan tamto spotkanie? Po raz pierwszy z osobami upośledzonymi umysłowo spotkałem się w niewielkim zakładzie, w którym kapelanem był ojciec Thomas Philippe. Spotkanie...

Z Jeanem Vanierem, założycielem i wieloletnim dyrektorem Wspólnoty Arki, rozmawia Jadwiga Knie-Górna

Ponad czterdzieści lat temu po raz pierwszy spotkał się Pan z osobami upośledzonymi umysłowo. Jak dziś wspomina Pan tamto spotkanie?
– Po raz pierwszy z osobami upośledzonymi umysłowo spotkałem się w niewielkim zakładzie, w którym kapelanem był ojciec Thomas Philippe. Spotkanie z tymi trzydziestoma dwoma chorymi było jednocześnie bardzo piękne, a zarazem wysoce niepokojące. Piękne, ponieważ osoby te jakby całe sobą krzyczały, by wzbudzić zainteresowanie, które zaowocowałoby wejściem z nimi w kontakt. Wysoce niepokojące, ponieważ było w tym dużo chaosu. Potem odwiedzałem bardzo wiele instytutów, zakładów i ośrodków dla osób upośledzonych umysłowo, w których rzecz wyglądała tak samo: z jednej strony ogromne wołanie o kontakt i więź, a z drugiej jakiś ogromny zamęt. To samo odkryłem później także w leprozoriach, a nawet w więzieniach. Trudno mi to wytłumaczyć, ale w zderzeniu tych dwóch rzeczywistości – niezwykłego piękna z ogromnym chaosem – wyczuwało się jakby obecność Boga.

Najważniejszym przykazaniem, jakie pozostawił nam Jezus, jest przykazanie miłości. Czy my właściwie rozumiemy i wypełniamy je, szczególnie w odniesieniu do osób niesprawnych intelektualnie?
– W Kościele istnieje tendencja, żeby czynić dobro, ale jest to trochę na zasadzie, aby to dobro czynić maluczkim, ubogim i biednym. Natomiast brakuje w nim takiej świadomości, która uzmysłowi nam, że właśnie w tych osobach Bóg rzeczywiście jest obecny i że Kościół może się czegoś od nich nauczyć. Myślę, że mamy przed sobą długą drogę do uświadomienia sobie, że osoby z upośledzeniem umysłowym mają nam coś ważnego do powiedzenia. Owszem, prowadzi się dla nich katechizację i podejmuje wiele różnych dzieł, jednak nie one są najważniejsze. Najistotniejszą sprawą jest to, abyśmy potrafili uczyć się od osób z upośledzeniem umysłowym, a myślę, że jesteśmy od tego bardzo dalecy. Św. Paweł mówi, że osoby najsłabsze są niezbędne dla Kościoła i muszą być otoczone szacunkiem. Słowa te nie tylko warto często przypominać, ale przede wszystkim umiejętnie je odczytywać.

Powiedział Pan kiedyś, że jedną ręką mamy trzymać osoby upośledzone umysłowo, a drugą biskupów. Jak rozumieć te słowa?
– Biskupi nie tylko są zbyt mocno obciążeni obowiązkami, ale również zaangażowani w sprawy bardzo złożonego świata; są osobami publicznymi, co powoduje, że stawia się ich na niełatwym piedestale. Stwarza on bowiem niebezpieczeństwo, że człowiek przestanie być sobą, a zacznie odgrywać jakąś rolę. Przez pierwsze trzy wieki istnienia Kościoła większość biskupów była męczennikami, a potem nastał czas, kiedy biskupi zaczęli zamieszkiwać w pałacach. Broń Boże, nie jest to z mojej strony żadna krytyka, jest to kwestia socjologiczna, wewnątrzkościelna. Tradycji Kościoła nie można ot tak zmienić z dnia na dzień. Jednak dotykamy tutaj bardzo zasadniczego pytania: jaki priorytet wyznacza sobie biskup podczas sprawowania swojej posługi? Nie wiem. Wiem tylko, że dla biskupa na pierwszym miejscu powinna być jego komunia z Jezusem i komunia z ubogim. Kościół powinien być dla ludzkości Samarytaninem gotowym do zatrzymania się przy każdym, bez wyjątku, wołającym o pomoc człowieku.

Czego nas uczą, czym ubogacają, a czego oczekują od nas osoby niepełnosprawne intelektualnie?
– W osobach z upośledzeniem umysłowym przede wszystkim uderza ich niezwykła prostota. Używają prostych, serdecznych słów, które powodują szybkie nawiązywanie więzi. W osobach tych nie ma rozdźwięku między ideą a sercem. Nie ma w nich także rozdźwięku między sposobem myślenia o tym, co inni myślą o mnie, a tym, kim naprawdę jestem. Jeżeli się zdenerwują, to krzyczą, jeśli kochają, to kochają, istnieje w nich pewna jedność. Bardzo rzadko zdarza się, żeby osoba z upośledzeniem umysłowym używała słów: Pan, Chrystus. Oni mówią o Jezusie, bo to jest imię osoby, jest to także słowo, które od razu pozwala nawiązać więź. Oczekują od nas, abyśmy weszli w te proste relacje z nimi, żebyśmy się nie bali, żebyśmy sami stali się prostszymi. My, niestety, bardzo często zatrzymujemy się w świecie intelektualnym, w świecie idei, pojęć, a powinniśmy zejść jakby na niższy pułap – „wejść” w nasze ciało i w nasze serce.

Zbliżamy się do czasu, który skłania nas do rozmyślań o sprawach ostatecznych. Śmierć jest dla człowieka niezwykle trudnym tematem zarówno do rozmyślań, jak i rozmów. W jaki sposób o niej rozmawiać z osobami upośledzonymi umysłowo?
– Tak narodziny, jak i śmierć są w naszym życiu rzeczą naturalną, a tego co naturalne nigdy nie należy ukrywać. Mamy taki zwyczaj, że jeżeli ktoś w naszej wspólnocie umiera, to wszyscy wtedy zbieramy się wokół jego łóżka i rozmawiamy. Panuje silne przeświadczenie o tym, że osoby niepełnosprawne intelektualnie niczego nie rozumieją, ale jest zupełnie odwrotnie, one rozumieją wszystko. Trzeba więc rozmawiać z nimi o wszystkim w sposób naturalny i tak też się zachowywać. Kiedy umierają ich dziadkowie, nie tylko trzeba o tym rozmawiać, ale także trzeba razem z nimi płakać, bo płacz zmniejsza ból. Utworzyliśmy takie grupy, w których rozmawiamy także o tym, że przyjdzie również czas umierania ich rodziców. Ten fakt bardzo trudno czasem trafia do ich świadomości, ale ważne jest to, że następuje wymiana słów, że podejmuje się ten trudny temat. Największym niebezpieczeństwem w kontakcie z osobą upośledzoną umysłowo, tak samo jak w kontakcie z dziećmi, jest odrzucenie słowa, odrzucenie możliwości rozmowy, a słowo zawsze wyzwala.

Bardzo wiele osób, szczególnie w starszym wieku, trudno przechodzi okres żałoby po śmierci najbliższej osoby. Jak możemy im pomóc?
– Żałoba, tak jak narodziny i śmierć, jest czymś naturalnym i musimy w czasie jej trwania towarzyszyć osobie, która straciła kogoś bliskiego. Bardzo trudno radzi sobie osoba, której umiera ktoś, z kim związana była bardzo piękną i szczególną więzią; nam pozostaje tylko towarzyszenie jej w bólu. Nie należy udawać, że go nie ma. Jakiś czas temu do naszej wspólnoty przyjęliśmy dwie osiemnastoletnie kobiety, które miały bardzo głębokie upośledzenie umysłowe: nie mówiły, nie chodziły, nie jadły samodzielnie. Gdy jedna z nich zmarła, druga odbywała po niej żałobę. Otoczyliśmy ją bardzo troskliwą opieką, co nie znaczy, że chcieliśmy unikać żałoby czy utrudniać jej przeżywanie. Trzeba przyjąć depresję danej osoby, gdyż żałoba jest właśnie pewną formą depresji, a kiedy mamy do czynienia z osobą pogrążoną w tym stanie, nie możemy jej powiedzieć: weź się w garść! Depresja jest naturalną przypadłością i rządzi się swoimi własnymi planami, wymaga też czasu. Niewątpliwie bardzo trudno jest towarzyszyć osobie, która jest w depresji. To towarzyszenie nie może też polegać tylko i wyłącznie na podawaniu dużej ilości leków, ale przede wszystkim na cierpliwym przeczekaniu. Naszej chorej potrzebne były aż trzy lata na wydostanie się z tego stanu, teraz ta kobieta jest znacznie piękniejsza niż przedtem.

Serdecznie dziękuję Barbarze Pestce i Agnieszce Kuryś za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki