Logo Przewdonik Katolicki

Wypędzone demony

Adam Suwart
Fot.

Minął wrzesień, który w Polsce tradycyjnie jest miesiącem pamięci narodowej. Daty 1 i 17 września przywodzą na myśl hitlerowską i sowiecką agresję na nasz kraj. Trudno jednak nie zauważyć, że w tym roku było nieco inaczej zamiast spokojnej refleksji i wyciszenia towarzyszyły nam butne i aroganckie pokrzykiwania Eriki Steinbach i kolejne roszczenia niemieckich wypędzonych....

Minął wrzesień, który w Polsce tradycyjnie jest miesiącem pamięci narodowej. Daty 1 i 17 września przywodzą na myśl hitlerowską i sowiecką agresję na nasz kraj. Trudno jednak nie zauważyć, że w tym roku było nieco inaczej – zamiast spokojnej refleksji i wyciszenia towarzyszyły nam butne i aroganckie pokrzykiwania Eriki Steinbach i kolejne roszczenia niemieckich „wypędzonych”.

Działalność ziomkostw „wypędzonych” i ich przywódczyni Eriki Steinbach skutecznie przyczyniła się do pogorszenia stosunków polsko-niemieckich. Podczas gdy do 1998 roku układały się one względnie poprawnie, a nawet były nazywane „najlepszymi w dziejach obu państw”, to po tym czasie zaczęły się stopniowo pogarszać.

Kto jest „wypędzonym”?
Jednym z węzłowych problemów coraz bardziej narastającego konfliktu jest sprawa „wypędzonych”, ich roszczeń, zarówno materialnych, jak i symbolicznych. W Polsce niemieckie słowo „wypędzony” nie ma racji bytu i wywołuje jednoznacznie negatywne konotacje; zamiast niego mówi się o „wysiedlonych” lub „przesiedlonych”. W samych Niemczech określenie „wypędzeni” (Vertriebene) nie jest jedynie umowne, ale ma charakter formalny i umocowanie w prawie Republiki Federalnej.

Status „wypędzonego” jest w myśl federalnego prawa niemieckiego przyznawany każdemu obywatelowi niemieckiemu, który „z jakiegokolwiek powodu opuścił tereny zajmowane przez III Rzeszę podczas wojny”. „Wypędzonym” może więc zostać nie tylko Niemiec, który zamieszkiwał do lat 1944-45 tzw. Ziemie Odzyskane, należące od 1945 roku do Polski, ale także np. żołnierz Wehrmachtu, funkcjonariusz SS, gestapo i innych zbrodniczych organizacji hitlerowskiego reżimu, jeśli jako okupant znajdował się na terenach dzisiejszej Polski czy Czech. Ponadto przyznawany przez niemieckie urzędy status „wypędzonego” jest dziedziczny, przechodzi na następne pokolenia, pozwalając potomkom rzeczywistych przesiedleńców na domaganie się „prawa do ziem ojczystych” – sztandarowego hasła niemieckich ziomkostw „wypędzonych”.

„Bóg dał nam prawo”
Według niemieckich ziomkostw, „wypędzenie” Niemców z miejsca ich dotychczasowego zamieszkania na wschodzie Rzeszy było jaskrawym pogwałceniem „nadanego przez Boga prawa do stron ojczystych”. W dokumencie z 1950 roku środowiska te napisały: „Utraciliśmy nasze strony ojczyste. A pozbawieni stron ojczystych stają się obcymi na tej ziemi. Bóg umieścił ludzi w ich stronach ojczystych. Oddzielenie przemocą ludzi od ich stron ojczystych oznacza zabicie w nich ducha. Doznaliśmy i doświadczyliśmy tego losu. Dlatego czujemy się powołani domagać się uznania i urzeczywistnienia prawa do stron ojczystych jako przez Boga ofiarowanego podstawowego prawa ludzkości”. Ten kuriozalny, nieomal „mistyczny” tekst, stanowiący swoistą sakralizację niemieckich żądań wobec Polski, nie jest wcale wyjątkiem, ale funkcjonuje także współcześnie jako stały składnik mentalności pewnej części Niemców, szczególnie tych, których korzenie sięgają polskich Ziem Zachodnich i Północnych.

Alexander von Waldow, emerytowany profesor architektury z Kilonii i działacz Powiernictwa Pruskiego, organizacji zajmującej się restytucją mienia poniemieckiego pozostawionego na terenach polskich i czeskich, jeszcze w 2004 roku liczył na odzyskanie swoich majątków na terenie dzisiejszego województwa lubuskiego. Odwiedzał nie tylko pałac w Mierzęcinie, ale także niemal pięć tysięcy hektarów dawnego majątku, czując się jego spadkobiercą. W końcu, jak twierdził, „dobra te pozostają jedynie w przejściowym zarządzie polskim”. W wywiadzie udzielonym dziennikarzowi „Rzeczpospolitej” von Waldow stwierdził m.in.: „Niemcy nie napadły na Polskę bez powodu. Po pierwsze, związana traktatami z Francją i Anglią Polska zagrażała Niemcom. Po drugie, nie respektowała praw mniejszości niemieckiej. Po trzecie, pragnęła włączyć zamieszkane przez Niemców Wolne Miasto Gdańsk do swego terytorium. Odpowiedzialność za wybuch wojny ponoszą nie tylko Niemcy”. Na końcu rozmowy niemiecki profesor stwierdził też: „Niech pan nie zapomina, że Rzesza istnieje nadal w granicach z 1937 r. i zjednoczone Niemcy, które są jedynie częścią Rzeszy, nie mogą zawierać porozumień międzynarodowych w imieniu całych Niemiec. Z tych przyczyn nieważny jest także polsko-niemiecki traktat graniczny z 1990 r.”. Niestety, poglądy takie w samym środowisku „wypędzonych” nie są odosobnione.

Specjaliści od „wypędzeń”
Niemieccy badacze szacują liczbę wszystkich swoich obywateli przesiedlonych ze Wschodu na niemal 12 mln osób, w tym z samej Polski – ponad 7 mln. W tej, jak się wydaje, zawyżonej statystyce Niemcy łączą wszystkie kategorie osób, a więc także żołnierzy okupujących zajęte przez Niemcy terytoria innych państw. Dziś Niemcy czują się coraz bardziej ofiarami drugiej wojny światowej, wskazując na powojenne przesiedlenia jako koronny dowód winy mocarstw zwycięskich oraz Polski i Czech, które na mocy postanowień z Poczdamu prowadziły akcje przesiedleń. Niemcy nie pamiętają, że to oni zapoczątkowali ideę przesiedleń i przymusowych migracji w Europie Środkowej i Wschodniej. Już w 1885 roku niemiecki filozof Eduard von Hartmann uderzył na alarm z powodu „cofania się niemczyzny” i zawezwał do wytępienia ludności słowiańskiej w granicach imperium wielkoniemieckiego. „Ideały” te znalazły odbicie w hitlerowskim planie „Generalplan Ost”, postulującym germanizację rozległych obszarów wschodnioeuropejskich aż po Krym i jezioro Ładoga. W ramach tej akcji Polacy mieli być przesiedleni na teren zachodniej Syberii – te „wypędzenia” miały dotknąć aż 85 proc. całej ludności Polski. W tym okresie Niemcy dokonywali też masowych przesiedleń własnej ludności, m.in. z terenu Łotwy, Estonii, Rumunii i Włoch.

Władze niemieckie, po inwazji 1 września 1939 roku, wysiedliły prawie dwa miliony Polaków, a trzy miliony skierowały na przymusowe, niewolnicze roboty. Dziś uwaga Niemców koncentruje się jednak wyłącznie na przesiedleniach z lat 1945-1949. Niemcy chcą włączyć się do europejskiej wspólnoty ofiar, ukazując powojenną niedolę części swoich obywateli jako niezawinione cierpienia podczas drugiej wojny światowej. Prezydent Niemiec Horst Köhler bierze udział w „Dniu Stron Ojczystych” organizowanym przez stowarzyszenie Eriki Steinbach i choć stwierdza tam, że „nie ma żadnych wątpliwości, co było przyczyną ucieczki i wypędzenia Niemców: narodowosocjalistyczny reżim oraz wywołana przez Niemcy wojna”, to jednak federalny budżet nadal dotuje ziomkostwa, które głoszą poglądy całkowicie odmienne niż niemiecki prezydent. Stosunki polsko-niemieckie ulegają zaś konsekwentnemu pogorszeniu, a na horyzoncie nie widać na razie szansy na zażegnanie kryzysu.

Korzystałem m.in. z najnowszej książki wydanej przez Instytut Zachodni: Zbigniew Mazur „Centrum przeciwko Wypędzeniom (1999-2005)”

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki