Logo Przewdonik Katolicki

Sojusz dwóch Wiktorów

Maria Przełomiec
Fot.

Z Ukrainy nadeszły ostatnio dwie wiadomości. Jedna dobra, druga gorsza. Dobra to ta, że po czterech miesiącach kłótni i parlamentarnych awantur Ukraińcy mają wreszcie rząd. Gorsza, że na czele tego gabinetu stanął Wiktor Janukowycz polityk ze wschodniej Ukrainy, w młodości sądzony za chuligańskie wybryki. Dwa lata temu Janukowycz był rywalem Juszczenki w wyborach prezydenckich;...

Z Ukrainy nadeszły ostatnio dwie wiadomości. Jedna dobra, druga gorsza. Dobra to ta, że po czterech miesiącach kłótni i parlamentarnych awantur Ukraińcy mają wreszcie rząd. Gorsza, że na czele tego gabinetu stanął Wiktor Janukowycz – polityk ze wschodniej Ukrainy, w młodości sądzony za chuligańskie wybryki.

Dwa lata temu Janukowycz był rywalem Juszczenki w wyborach prezydenckich; to Janukowycza bezwarunkowo wsparła Rosja i to on przegrał sromotnie z pomarańczową rewolucją.

Późniejsze spory w pomarańczowym obozie, rosnąca niechęć pomiędzy prezydentem Juszczenką a piękną „żelazną damą” ukraińskiej rewolucji Julią Tymoszenko spowodowały, iż marcowe wybory parlamentarne wygrała Janukowyczowska Partia Regionów. Wygrała pod hasłami zrównania statusu języka rosyjskiego z ukraińskim, ściślejszych związków z Moskwą. Zwycięstwo było jednak zbyt słabe, by samodzielnie stworzyć rząd. Dopiero gdy po ciągnących się w nieskończoność negocjacjach okazało się, że pomarańczowe ugrupowania, czyli BJUT Julii Tymoszenko, proprezydencka Nasza Ukraina oraz socjaliści, nie są w stanie się dogadać, Partia Regionów wróciła do gry. Ostatecznie pod auspicjami dwóch Wiktorów, dotychczasowych przeciwników, czyli Juszczenki oraz Janukowycza, powstał rząd składający się z przedstawicieli wschodnioukraińskiej Partii Regionów i prozachodniej Naszej Ukrainy.

Czynnik rosyjski
Moskwa, która od początku pilnie przyglądała się ukraińskiemu kryzysowi, oficjalnie nie ukrywa satysfakcji. Znany politolog, doradca prezydenta Putina, Gleb Pawłowski, oznajmił, iż powrót Janukowycza jest klęską pomarańczowej rewolucji i fiaskiem prób rozszerzenia na Wschód euroatlantyckich instytucji. W podobnym duchu wypowiadają się media białoruskie. Jak napisał największy tamtejszy dziennik „Sowietsskaja Biełarussja”, ostatnie wydarzenia na Ukrainie „to nokaut dla Kwaśniewskiego i ambasadora Stanów Zjednoczonych, którzy konstruowali pomarańczowy Majdan i przekonywali świat, że dzięki nim zwycięży sprawiedliwość”.

Bardziej umiarkowana w komentarzach jest prasa rosyjska. Nic dziwnego, mianowanie Janukowycza premierem wcale nie musi oznaczać zmiany prozachodnich dążeń Ukrainy. Poprzedzające nominację negocjacje zaowocowały bowiem tzw. Uniwersałem Zgody Narodowej. Zapisano w nim m.in. niezmienność ukraińskich dążeń do Unii Europejskiej i gwarancje jak najszybszego dostosowania ukraińskiego prawodawstwa do norm Światowej Organizacji Handlu, do której Ukraina ma nadzieję wstąpić jeszcze w tym roku.

Gorzej wygląda sprawa z NATO. Uniwersał deklaruje co prawda dalszą współpracę z Sojuszem, zaznacza jednak wyraźnie, że o członkostwie w Pakcie zadecydować ma ogólnoukraińskie referendum. Tymczasem obecnie do NATO chce tylko 12 procent Ukraińców. W tej sytuacji bardzo wiele będzie zależało od polityki nowego rządu, a ściślej od tego, na ile zechce on propagować NATO, tłumacząc współobywatelom, jak niewiele wspólnego z rzeczywistością ma wyniesiony z czasów radzieckich czarny obraz imperialistycznego smoka czyhającego na niewinne socjalistyczne państwa. Może to być niełatwe, zważywszy, że w Partii Regionów działa kilku prominentnych działaczy, pozostających pod wyraźnym wpływem Moskwy.

Czynnik ukraiński
„Wszyscy musimy razem pracować, inaczej przegramy naszą historyczną szansę” – oznajmił podczas ukraińskich negocjacji prezydent Juszczenko. W ostatnich miesiącach Ukraińcy zgodną współpracą specjalnie się nie popisali. Przy czym sporo winy leży po stronie prezydenta. To niechęć Juszczenki do mianowania Julii Tymoszenko premierem przeciągała w nieskończoność „pomarańczowe” negocjacje. To strach przed podejmowaniem radykalnych decyzji powodował, że w ostatnich tygodniach Juszczenko nie mógł się zdobyć ani na rozwiązanie parlamentu, ani na zaakceptowanie Janukowycza. Oczywiście winę ponoszą także Tymoszenko i dosyć obraźliwie zachowujący się Janukowycz, niemniej piłka była na prezydenckim polu.

Juszczenko zapewnia w tej chwili, iż jego osoba jest gwarancją utrzymania prozachodniego kursu kraju. Rzeczywiście, prezydent dopilnował odpowiednich zapisów w Uniwersale, utrzymał także na dotychczasowych stanowiskach prozachodnich polityków – ministra spraw zagranicznych Borysa Tarasiuka oraz szefa resortu obrony Anatolija Hrycenkę. Tyle że wprowadzona w tym roku reforma polityczna znacznie ogranicza prezydenckie uprawnienia. Czy Wiktor Juszczenko potrafi twardo forsować swoje stanowisko? Dotychczasowe doświadczenia nie napawają optymizmem.

Zawarty kompromis ma natomiast jedną niewątpliwą zaletę – może połączyć podzieloną na prozachodni Zachód i prorosyjski Wschód Ukrainę. Połączyć tym łatwiej, że jak podkreśla większość obserwatorów, stanowiący podstawę Partii Regionów biznesmeni swoje interesy chcą prowadzić na Zachodzie, Rosjan traktując raczej jak konkurentów niż partnerów. Z drugiej strony, jeżeli ci sami biznesmeni będą utrudniali zachodnie inwestycje u siebie w kraju (miało to miejsce za pierwszego premierowania Janukowycza), Ukraina będzie skazana na Rosję.

Czynnik europejski
Bruksela nigdy nie była specjalnym entuzjastą członkostwa Ukrainy w Zjednoczonej Europie. O ile NATO oferowało ścisłą współpracę i przewidywalną perspektywę wejścia w skład Sojuszu, o tyle unijni urzędnicy robili wszystko, by Kijów zniechęcić. Jak powiedział mi jeden z eurodeputowanych, ostatnio można było odnieść wrażenie, że UE cieszy panujący na Ukrainie bałagan, gdyż ten pozwala bez wyrzutów sumienia przekreślać europejskie ambicje Ukraińców. Teraz sytuacja nieco się zmieniła. W Kijowie zapanował spokój, a unijna komisarz do spraw polityki zagranicznej Benita Ferrero Waldner zapewniła, że Bruksela myśli o opracowaniu nowego planu współpracy z Ukrainą, przy czym nowe umowy przewidują np. stworzenie strefy wolnego handlu. Zawarta zgoda zaowocowała więc bardzo wątłą, ale jednak nadzieją.

W tej sytuacji dużą rolę może znowu odegrać Polska. Do ostatniego kijowskiego konfliktu Warszawa się nie mieszała i niektórzy mieli jej to za złe. Moim zdaniem, postąpiono słusznie. W przeciwieństwie do roku 2004, marcowe wybory na Ukrainie przebiegały w sposób demokratyczny i Ukraińcy sami musieli uporać się z wynikłą z nich sytuacją. Teraz jednak Polska może i powinna wrócić do swej roli ukraińskiego orędownika. Pierwszy krok został zrobiony, w dniu mianowania Janukowycza premierem w Kijowie przebywał polski wiceminister spraw zagranicznych Paweł Kowal. Obecność na Ukrainie to jednak za mało. Warszawa musi pamiętać, że jej skuteczność jest wypadkową pozycji Polski w Brukseli i tę pozycję próbować jak najszybciej umocnić. I dla swojego, i dla ukraińskiego dobra.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki