Logo Przewdonik Katolicki

Rozliczyć przeszłość

Mateusz Wyrwich
Fot.

W połowie ubiegłego miesiąca kilku polityków i naukowców spotkało się, by podjąć dyskusję o lustracji. Spotkanie zatytułowane - "Teczki IPN, jak rozliczać przeszłość" - zorganizowała Katolicka Agencja Informacyjna. Dyskusję poprowadził Tomasz Królak z KAI, a udział w niej wzięli: Jadwiga Staniszkis, Władysław Bartoszewski, Paweł Machcewicz, Krzysztof Kozłowski, Krzysztof Piesiewicz,...

W połowie ubiegłego miesiąca kilku polityków i naukowców spotkało się, by podjąć dyskusję o lustracji. Spotkanie zatytułowane - "Teczki IPN, jak rozliczać przeszłość" - zorganizowała Katolicka Agencja Informacyjna.
Dyskusję poprowadził Tomasz Królak z KAI, a udział w niej wzięli: Jadwiga Staniszkis, Władysław Bartoszewski, Paweł Machcewicz, Krzysztof Kozłowski, Krzysztof Piesiewicz, abp Józef Życiński.



Kontrowersyjność samego tematu znana jest od lat. Tym razem, być może, na atmosferze dyskusji dodatkowo zaciążyła niedawna sprawa Niezabitowskiej. Już na samym początku jeden z mówców postawił zarzut Krzysztofowi Kozłowskiemu, że za jego kadencji, jako ministra spraw wewnętrznych, nie została rozliczona przeszłość. - Siedem miesięcy, kiedy byłem ministrem, to zbyt mało, by zająć się lustracją i dekomunizacją. Dlaczego nie zajęli się tym inni przez następne czternaście lat? - bronił się były minister i dodawał z pretensją: - Przecież za moich czasów nie było ustawy dekomunizacyjnej. Jak więc można sobie wyobrazić ministra spraw wewnętrznych, który samowolnie otwiera archiwa i lustruje?
Były minister zapewnił też, że na początku lat dziewięćdziesiątych nie było klimatu do dekomunizacji czy lustracji. Pośrednio obwinił za to społeczeństwo. Jego zdaniem, nie wspomagało ono strony opozycyjnej podczas Okrągłego Stołu. Jednocześnie zarzucił mediom, że zbyt koncentrują się na "biednych tajnych współpracownikach, ofiarach reżimu, które w haniebny sposób zostały zmuszone do współpracy z SB". Wyjaśnił również, że "jeśli będziemy lustrować tylko TW, to zatrze się prawdziwa odpowiedzialność. Nie będzie wiadomo, kto wydawał rozkazy, zasiadywał w komitetach partyjnych". Podkreślił przy tym, że w żadnym z państw postkomunistycznych nie udała się dekomunizacja.
Zaprzeczył temu profesor Paweł Machcewicz z IPN. Według niego znakomicie z problemem poradzili sobie zarówno Czesi, jak i Litwini. Z ripostą prof. Machcewicza spotkał się też zarzut Kozłowskiego, że Instytut Pamięci Narodowej i "niektórzy pracownicy IPN" manipulują i "nieładnie prowadzą lustrację". Krzysztof Kozłowski, acz niechętnie, wycofał się w końcu ze swoich emocjonalnych uogólnień.

Przeszłość dzikiego kraju



Z kolei senator Krzysztof Piesiewicz, który jak sam mówił: "do czasu teczek Macierewicza wspierał lustrację i dekomunizację", dziś zastanawia się, czy lustracja powinna być prowadzona. - Trzeba się bowiem przyjrzeć, czy nie jest używana jako element w kampanii wyborczej - wyjaśniał. - Dziś otwiera się gazety, a w nich ciągle widać jakieś afery gospodarcze, ujawnianie teczek. To tworzy nieznośny obraz, że oto żyjemy w jakimś dzikim kraju.
Dalej jednak senator przekonywał, że dzisiejsza ustawa o lustracji jest wystarczająca. Jednocześnie wyraził wątpliwość, czy dekomunizacja ma obecnie jeszcze jakikolwiek sens. - Po tym, jak komuniści otrzymali legitymację do władzy w latach dziewięćdziesiątych, a jeszcze później Aleksander Kwaśniewski w dwóch kadencjach... - zastanawiał się senator o solidarnościowym rodowodzie.
Senatora oraz byłego ministra spraw wewnętrznych, a dziś zastępcę redaktora naczelnego krakowskiego "Tygodnika Powszechnego", wspierał arcybiskup Józef Życiński. Zarazem jednak bronił IPN przed nieokreślonymi zarzutami kierowanymi pod jego adresem przez współdyskutantów. Przestrzegał też, by lustrując, nie dopuścić do wyrządzenia krzywdy niewinnemu, a ludziom, którzy zawinili, donosząc - należałoby przebaczyć. Jednakże pod warunkiem, że o to poproszą.
Przed "zbyt pochopnym" wybaczaniem przestrzegał z kolei Władysław Bartoszewski i pytał. - Co zrobić z tymi, którzy nie wyrazili wątpliwości, co do tego, że źle robili? Że kapowali i do dziś uważają, że nie robili nic złego.
Nieco odmienne zdanie od poprzedników miała Jadwiga Staniszkis. Stwierdziła, że niezwykle ważną sprawą jest dziś dostęp do teczek wszystkich obywateli, jak również zlustrowanie dziennikarzy, a w szczególności ludzi, którzy dziś działają w strategicznych sektorach gospodarczych, a pracowali w SB i podobnych służbach. Profesor Staniszkis proponowała w szczególności zlustrowanie kilku tysięcy prezesów bądź ludzi z kierownictwa spółek, które są często strategicznymi w polskiej gospodarce. Do dziś kierują nimi ludzie, którzy na początku lat osiemdziesiątych, często przechodząc ze służb specjalnych, tworzyli spółki joint ventures. I również ci sami: "Około sześciu tysięcy osób, ciągle wchodzi w ten kierowniczy układ i nadal kieruje spółkami bądź zasiada w radach nadzorczych. Jakby innych ludzi nie było". Jej zdaniem, kiedyś ci ludzie mogą stać się dla Polski niebezpieczni.

Rozmowa z prof. Pawłem Machcewiczem, IPN

Odniosłem wrażenie, że podczas spotkania dyskutanci bronili tych, których można dziś winić za brak dekomunizacji w Polsce. Powiało demoralizacją.

- W początku lat dziewięćdziesiątych popełniono wiele błędów. Gdyby w Polsce w 1992 r. powołano IPN, a to było możliwe, wielu problemów z przejrzystością życia polityków by dziś nie było. A przecież nie byłoby to na tamte czasy rewolucyjne posunięcie. W tym kierunku działali już Niemcy, Litwini. Oczywiście, dużo trudniej jest teraz, choćby prowadzić śledztwa w sprawie funkcjonariuszy SB, którzy w stanie wojennym torturowali ludzi. Znęcali się nad nimi psychicznie. U nas zabrakło wyobraźni, a czasem woli politycznej.

Czy nie chroniono w ten sposób solidarnościowych kolegów, których członkowie postsolidarnościowych rządów mogli podejrzewać, że współpracowali z SB, lecz dziś tego żałują?

- Jestem ostrożny w ferowaniu wyroków. Ale rzeczywiście jest wielu ludzi w postsolidarnościowych ekipach, którzy nie tworzyli klimatu społecznego do dekomunizacji. Na przykład nie wypadało mówić o zbrodniach Kiszczaka, bo traktowano go jako architekta Okrągłego Stołu, a nie jako człowieka, który jest odpowiedzialny za pacyfikację kopali "Wujek". Ale z drugiej strony, jak mówił premier Buzek, trudniej było wprowadzać dekomunizację w Polsce po Okrągłym Stole, gdy doszło do jakiegoś porozumienia pomiędzy opozycją a obozem władzy. To porozumienie otworzyło drogę do wyborów 4 czerwca i później do wolnej Polski. Możemy różnie oceniać to porozumienie. Może można było uzyskać więcej, może nie.

Kiedy, Pana zdaniem, powinien się skończyć "okres ochronny" dla komunistycznych współtwórców Okrągłego Stołu?

- Myślę, że w roku 1989 szliśmy po ziemi nieznanej, ale po pierwszych demokratycznych wyborach w 1991 roku, kiedy obóz solidarnościowy miał większość, trzeba było myśleć o dekomunizacji. Być bardziej aktywnym w rozliczeniu PRL-u. W ściganiu zbrodni. W domaganiu się lustracji. To wszystko mogło być wprowadzone w roku 1991, a nie z opóźnieniem 6-7 lat. Dziś za to wszyscy płacimy.

Rozmawiał M.W.


Rozmowa z Jerzym Buzkiem, premierem desygnowanym przez AWS

Czy nie uważa Pan, że to właśnie brak ustawy dekomunizacyjnej, której nie wprowadziły rządy Solidarności, spowodował, że dziś społeczeństwo jest takie pobłażliwe wobec komunistów?

- Na pewno na początku lat dziewięćdziesiątych było moralne przyzwolenie i możliwość przeprowadzenia wyraźnego rozdziału między tym, co było przed rokiem 1989 a wolną Polską. Tego rządy solidarnościowe nie zrobiły w ciągu roku, dwóch, trzech lat. Później komuniści otrzymali legitymizację w wyborach. I trudno było już wracać do dekomunizacji. Z perspektywy lat trzeba stwierdzić, że jest to złe doświadczenie dla milionów Polaków. Bo mówi ono, że warto zachowywać się nieuczciwie wobec własnego narodu przez prawie pół wieku i nie ponosić za to żadnej kary.

Spotkałem się z opinią, po wyborach pierwszej kadencji Sejmu i drugiej Senatu, że to właśnie zachowanie elit solidarnościowych dało moralne przyzwolenie do głosowania na komunistów. Na przykład bywanie na wspólnych bankietach z komunistami, bratanie się z nimi.

- Za bardzo bym tego nie uogólniał. Kto się bratał, ten się bratał, ale nie wszyscy. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli ktoś w wolnej Polsce był wybrany do najwyższych godności państwowych, to jeśli szanujemy wolną Rzeczpospolitą, to uznajemy, że trzeba bez uprzedzeń przyjmować każdą osobę, którą naród wybrał na dane stanowisko. Nikt nie jest upoważniony, żeby rozsądzać decyzję Polaków.

W II Rzeczpospolitej ludzie z towarzystwa nie bywali wśród podejrzanych o jakieś niegodne zachowania.

- Kiedyś były inne kryteria oceny. Sądzę jednak, że dążymy do tego, by wszystko było jasno powiedziane obywatelom, kto kim był.

I dlatego Lesław Maleszka, który był kapusiem, dziś nadal pracuje w "Gazecie Wyborczej". W piśmie, które pretenduje do określania standardów etycznych...

- Uważam, że większa była odpowiedzialność tych, którzy powodowali, że taka czy inna osoba była tajnym agentem. Ale o tych nie pytamy. Nie pytamy, kto popierał system, w ramach którego byli agenci. I twórców systemu nie stawiamy przed osądem moralnym. To jest duża dysproporcja, bo ścigamy agentów, ale już nie twórców systemu, którym zniewalano ludzi.

Ma Pan pomysł na nową ustawę lustracyjną ?

- Pozostałbym przy obecnej ustawie z pewnymi poprawkami. Na przykład z dostępem do teczek większej ilości ludzi. Jednak pod kontrolą pracowników z IPN. Dużo decyzji, także w zakresie ustawodawczym, pozostawiłbym ludziom z IPN. Bo zauważmy, że oni się sprawdzili w ciągu ostatnich lat. To, co się działo w Instytucie, nie było kwestionowane. I to jest bardzo ważne.

Rozmawiał M.W.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki