Logo Przewdonik Katolicki

Czyżby lustracja dziennikarzy?

Mateusz Wyrwich
Fot.

Środowisko dziennikarzy lubi nazywać siebie czwartą władzą. I rzeczywiście. "Władza" potrafi stworzyć lobby, by wykryć jakąś aferę czy wyeliminować polityka bądź banalnemu zjawisku nadać rozmiar katastrofy. Jednak jak do tej pory "władza" nie umiała stworzyć lobby dla lustracji swojego środowiska. A według nie w pełni potwierdzonych informacji - ponad 60 procent dziennikarzy...

Środowisko dziennikarzy lubi nazywać siebie czwartą władzą. I rzeczywiście. "Władza" potrafi stworzyć lobby, by wykryć jakąś aferę czy wyeliminować polityka bądź banalnemu zjawisku nadać rozmiar katastrofy. Jednak jak do tej pory "władza" nie umiała stworzyć lobby dla lustracji swojego środowiska. A według nie w pełni potwierdzonych informacji - ponad 60 procent dziennikarzy to byli współpracownicy służb specjalnych.



Sprawa potrzeby lustracji dziennikarzy od piętnastu lat kilkakrotnie wracała na łamy prasy, przede wszystkim katolickiej i prawicowej. Lewicowe media lustrację uznały za "ściganie czarownic" i niepotrzebne "wyjmowanie trupa z szafy". Wtórowała tej antylustracyjnej histerii swym kilkusettysięcznym nakładem "Gazeta Wyborcza", która zatrudniała, i zatrudnia, jako dziennikarza Lesława Maleszkę - byłego tajnego współpracownika SB.
Po raz pierwszy apele w sprawie lustracji dziennikarzy pojawiły się w środowisku na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, podczas ujawnienia tak zwanej listy Macierewicza, przede wszystkim w otoczeniu dziennikarzy skupionych w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Nie wzbudziły jednak większego zainteresowania środowiska. Jedynie ówczesne kierownictwo SDP zwróciło się do niemieckiego Instytutu Gaucka o sprawdzenie, którzy polscy dziennikarze współpracowali ze Stasi. Wówczas pastor przysłał listę kilkunastu współpracowników, ale w większości z zaczernionymi nazwiskami. Znaczyło to tyle, że są oni nadal współpracownikami. Tyle że już… polskich służb specjalnych. Mimo to przez piętnaście lat III Rzeczpospolitej ani razu środowisko dziennikarzy nie zwróciło się do parlamentu, by wniósł projekt ustawy lustracyjnej wobec wszystkich dziennikarzy. Lustrowane są tylko kierownictwa mediów publicznych.

Samolustracja


Kolejny raz problematyka lustracji dziennikarzy trafiła do mediów za przyczyną dwojga byłych redaktorów. Jednego, który inwigilował i drugiego, który był inwigilowany. W "czwartej władzy" podniosło się larum. Wkrótce potem, w styczniu tego roku, podczas wyborczego zjazdu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich podjęto dwie istotne uchwały. Obie zobowiązują dziennikarzy kandydujących do władz SDP, by wystąpili do IPN o samolustrację. Niebawem pojawiła się druga w III RP "czarna lista". Tym razem nazwana listą Wildsteina. Szybko też okazało się, że na liście udostępnionej w Internecie przez dziennikarza "Rzeczpospolitej", korzystającego z zasobów IPN, znalazło się wiele dziennikarskich nazwisk. I znów pojawiły się oskarżenia pod adresem tych, którzy ujawniając listę IPN, rozpętali lustracyjną nagonkę.
Wreszcie, w lutym, odbyła się w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Warszawie dyskusja zatytułowana "Dziennikarze a lustracja". W panelu, w roli inicjujących dyskusję, wystąpili: metropolita lubelski abp Józef Życiński, prof. Leon Kieres, socjolog z UW prof. Ireneusz Krzemiński, dr Barbara Fedyszak-Radziejowska z PAN, redaktorzy Barbara Rogalska, Grzegorz Miecugow, Tomasz Wołek i Piotr Zaremba. Wszyscy oni, jak zapewniali, byli zawsze za lustracją. Mimo to, choć w trakcie kilkugodzinnego spotkania ponad setka znanych dziennikarzy zastanawiała się, dlaczego ich środowisko nie zostało zlustrowane - odpowiedzi nie znaleziono. Podobnie jak i na pytanie: w jaki sposób dziennikarze, jako całe środowisko, mogą się zlustrować. Prezes IPN Leon Kieres przyznał, że wprawdzie nie ma ustawy stwarzającej możliwość lustracji dziennikarzy, ale istnieje okazja zlustrowania dziennikarzy poprzez tytuł pisma, w którym pracują. Podał przykład redakcji "Tygodnika Powszechnego", która zwróciła się o "ocenę inwigilacji wobec "Tygodnika Powszechnego"". I tą niedoskonałą drogą, jak podkreślił Kieres, można dokonać lustracji dziennikarzy.
Zgoła odmienny, bardzo emocjonalny charakter miały wypowiedzi abp. Józefa Życińskiego. Wprawdzie, jak zapewnił, nie jest przeciwnikiem lustracji, jednakże nie popiera tych, którzy "mówią, że robią rewolucję lustracyjną". Nieufnie odniósł się również do ujawnienia listy IPN przez Bronisława Wildsteina: "Gdyby ktoś dwadzieścia lat temu mi powiedział, że ludzie uczciwi znajdą się na liście z ubekami, to bym nie uwierzył". Według arcybiskupa na liście znalazły się nazwiska osób, które nie powinny tam figurować. Jednocześnie abp Życiński potępił "internetowe głosy lewicy", które nawołują do spalenia listy.
Obaw arcybiskupa o los ludzi, którzy znaleźli się na liście, a nie są współpracownikami służb, nie podzielała dziennikarka Janina Jankowska: "Moje nazwisko występuje na liście pięć razy. Ale to nie wywołało mojej paniki, bo wiem, co robiłam". Obecność na liście Wildsteina nie sprawiła też, że dziennikarkę objęto środowiskową anatemą.
Polemicznie wobec głosu biskupa Życińskiego odniosła się również Barbara Fedyszak-Radziejowska. Jak wyjaśniła, bierze udział w tej dyskusji panelowej, ponieważ podpisała list w obronie Wildsteina. Podkreśliła, że jako obywatel oczekuje od dziennikarzy postawy, dzięki której może się dowiedzieć "kto jest kim". Jej zdaniem "społeczeństwo powinno wiedzieć o elitach politycznych swojego narodu. Tymczasem elity robiły wszystko, by naród nie dowiedział się, kto figuruje na listach donosicieli". A tymczasem, co podkreślała dr Fedyszak, "tajni współpracownicy to ludzie, którzy położyli fundamenty pod korupcję, bo stali się obiektem szantażu niemoralnych zabiegów. Bo piszą teksty pod zamówienia szantażujących. Pod zamówienie sponsorów".
Poglądów arcybiskupa Józefa Życińskiego nie podzielił też profesor Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. Stwierdził, że tak długo elity czekały z lustracją, że w końcu lista Wildsteina musiała wybuchnąć, bowiem: "Kiedy rządy objęła ekipa Millera, zaczęła wprowadzać metody rządzenia podobne do tych, które istniały w PRL". Ludzie więc mogli się obawiać, że komuniści zamkną im dostęp do akt, co próbowano już robić, zabierając Instytutowi fundusze. Profesor uspokoił też biskupa Życińskiego, mówiąc, że Polacy nie są narodem mściwym i nie będą prześladować kapusiów. Podał przykład Oleksego, wobec którego sąd stwierdził kłamstwo lustracyjne i nic złego mu się nie stało, a w niektórych środowiskach uchodzi nawet za autorytet. Krzemiński krytycznie odniósł się do braku lustracji wśród dziennikarzy. Zastanawiał się też, za czyją to przyczyną, jak nie dziennikarzy, ponownie uwiarygodniani są Jaruzelski, Wiatr czy ostatnio pretendujący do walczącego o demokrację - Jerzy Urban.
Tomasz Wołek, redaktor naczelny nieistniejącej już gazety "Życie", na wstępie zapewnił, że jest za lustracją, ale od razu też dodał, że: "podobnie jak moi koledzy redaktorzy naczelni, wyrzuciłbym redaktora Wildsteina z gazety". Dlaczego - nie wyjaśnił. Jednocześnie, tak jak i wielu uczestników dyskusji, upomniał się o ofiary reżimu, które znalazły się na liście wraz ze swoimi prześladowcami. Teresa Bochwic, polemizując z redaktorem Wołkiem, zauważyła, że nie widziała go w gronie "lustratorów". Nie podpisał się bowiem na żadnej liście na przestrzeni piętnastu lat, która by nawoływała do lustracji. Nie tylko środowiska dziennikarskiego. Lustracja dziennikarzy, podkreślała, to jedno z podstawowych narzędzi, które może pomóc w oczyszczeniu środowiska. Zauważyła też, że może właśnie dzięki temu naród nie będzie w przyszłości głosował na Kwaśniewską i jej podobnych, których tak bardzo lansuje jedna ze znanych dziennikarek telewizyjnych.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki