Logo Przewdonik Katolicki

Fałszywe żale nad ''SOLIDARNOŚCIĄ''

Maciej Korkuć
Fot.

W latach 80. komuniści konsekwentnie dążyli do pogłębienia podziałów w "Solidarności" w celu jej osłabienia i wyłonienia grupy gotowej do daleko idących kompromisów. Rocznicowe wyrazy ubolewania nad brakiem jedności w dawnych środowiskach solidarnościowych w ustach byłych funkcjonariuszy PZPR powinny budzić głęboką nieufność i zażenowanie. Solidarność była prawdziwym pospolitym...

W latach 80. komuniści konsekwentnie dążyli do pogłębienia podziałów w "Solidarności" w celu jej osłabienia i wyłonienia grupy gotowej do daleko idących kompromisów. Rocznicowe wyrazy ubolewania nad brakiem jedności w dawnych środowiskach solidarnościowych w ustach byłych funkcjonariuszy PZPR powinny budzić głęboką nieufność i zażenowanie.



Solidarność była prawdziwym pospolitym ruszeniem, jednoczącym w walce z komunizmem liczne, często odległe od siebie środowiska polityczne. Zróżnicowanie było naturalną konsekwencją różnych rodowodów politycznych i odmiennych poglądów ideowych poszczególnych działaczy związku.
Sam sukces sierpniowych strajków był zasługą wielu osób. Od początku niekwestionowanym przywódcą strajkujących był znany w gdańskiej stoczni Lech Wałęsa. Bezpośrednim zarzewiem nadającym protestowi siłę i rozmach było żądanie przywrócenia do pracy popularnej suwnicowej, działaczki Wolnych Związków Zawodowych, Anny Walentynowicz. Możliwe, że ogłoszone 16 sierpnia 1980 roku przez Lecha Wałęsę zakończenie strajku w stoczni po podpisaniu porozumienia z dyrekcją spowodowałoby, iż strajk w stoczni zakończyłby się, tak jak ponad tysiąc innych strajków, które odbywały się w latach 70. Niewątpliwie miałoby to katastrofalny wpływ na podtrzymanie akcji protestacyjnych w kilkudziesięciu pozostałych zakładach pracy.
Był to jeden z najbardziej dramatycznych momentów Sierpnia '80. Spontaniczna reakcja tramwajarki Henryki Krzywonos, kioskarki Ewy Osowskiej, pielęgniarki Aliny Pieńkowskiej i samej Walentynowicz wymusiła na chwilowo zdezorientowanych Wałęsie i Borusewiczu szybką i odważną decyzję o kontynuacji strajku, mimo że w stoczni zostało zaledwie kilkuset robotników. Dopiero wtedy powstał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z Wałęsą na czele, którego determinacja znowu miała zasadnicze znaczenie dla dalszego przebiegu wydarzeń.
Już wówczas współzależność wielu zdarzeń i aktywności różnych osób rodziła rozbieżności i spory.
Po zdławieniu "karnawału wolności" 13 grudnia 1981 roku komuniści skwapliwie chcieli

wykorzystać istniejące różnice


i zachęcić - generalnie bez powodzenia - część znanych działaczy do udziału w nowych, ściśle uzależnionych od władzy związkach zawodowych. Jednocześnie rozbudowywali struktury agenturalnej penetracji społeczeństwa i podziemia, zbliżając się do rekordowej w skali dziejów PRL liczby 100 tysięcy zwerbowanych tajnych współpracowników. Jak wynika z dokumentów MSW z sierpnia 1985 roku, wśród zadań Służby Bezpieczeństwa wymieniano wykorzystanie istniejących w "S" sporów dla spowodowania "maksymalnie dużego zamieszania w obozie przeciwnika" i "sparaliżowania jednolitości działań programowych, organizacyjnych i propagandowych" w środowiskach opozycyjnych.
Narzędziem praktycznego stosowania starej zasady "dziel i rządź" miało być m.in. wykorzystanie różnorakich działań operacyjnych i agentury do "pogłębiania różnic i antagonizmów pomiędzy osobami i grupami spełniającymi rolę kierowniczą" oraz "nieprzerwanej dezinformacji grup o regionalnym i międzyzakładowym znaczeniu". Starano się podsycać wzajemne antagonizmy pomiędzy poszczególnymi działaczami podziemnej "Solidarności" (Wałęsa, Walentynowicz, Gwiazda, Wujec, Onyszkiewicz, Bujak), kreować rywalizację pomiędzy podziemnymi władzami związku a radykalną "Solidarnością Walczącą", a także konflikty między ośrodkami regionalnymi (Kraków, Wrocław, Gdańsk) a Warszawą.
Później Jaruzelski ukuł pojęcie "konstruktywnej opozycji", które w dobie gorbaczowowskiej pieriestrojki i kolejnych nieudanych "etapów reform" gospodarczych miało być fundamentem porozumienia z częścią opozycji na warunkach PZPR.
Na posiedzeniu Biura Politycznego KC PZPR 21 lutego 1989 roku ówczesny młody komunistyczny

aparatczyk Aleksander Kwaśniewski


(wtedy minister w rządzie Rakowskiego) z satysfakcją mówił o utrwalaniu "nieuniknionego podziału w "Solidarności" na część "Solidarności" Wałęsy, działającej bardziej umiarkowanie i skłonnej do kompromisu z władzą, i tej radykalnej, na czele której prawdopodobnie stanie [Andrzej] Gwiazda".
Gwiazda, jeden z pierwszych sygnatariuszy Deklaracji Wolnych Związków Zawodowych, były zesłaniec do Kazachstanu i niestrudzony działacz opozycji demokratycznej w ciągu całych lat 70. i 80., stał na stanowisku bezkompromisowej negacji "aktów prawnych" wprowadzonych w stanie wojennym. Uważał m.in., iż należy kategorycznie żądać od władz uznania ciągłości istnienia "Solidarności" oraz pełnego przywrócenia statutu związku z prawem do strajku włącznie. Żądał także przywrócenia demokratycznie wybranych władz pierwszej "Solidarności". Tymczasem komuniści podczas negocjacji na początku 1989 roku, chcąc zabezpieczyć się przed nadmiernym wzrostem siły "Solidarności" i jej roszczeniami majątkowymi, wyrażali zgodę na zupełnie nową legalizację związku. Gotowość "solidarnościowych" negocjatorów do ustępstw Kwaśniewski skomentował na wspomnianym posiedzeniu jako duży sukces, gdyż w innym wypadku nastąpiłoby "jakby podważenie decyzji podejmowanych zarówno 13 grudnia 1981 r., jak i w październiku 1982 r., kiedy wchodziła nowa ustawa delegalizująca". Pęknięcie w gronie dawnych przywódców "Solidarności" pogłębiło się po nowym zarejestrowaniu NSZZ 19 kwietnia 1989 roku, przy zgodzie Wałęsy na zawieszenie artykułów Statutu związku (w tym prawa do strajku) sprzecznych z "wojenną" ustawą o związkach zawodowych z 1982 roku. Kontestujący taki stan rzeczy działacze NSZZ zarejestrowali na początku 1990 roku odrębny związek pod nazwą "Solidarność '80". Czy to oznacza, że podziały zostały

sprowokowane przez komunistów?


Oczywiście - nie. Należy ponownie podkreślić, iż spory w demokratycznym ruchu były naturalne i dlatego ich istnienie komuniści starali się skutecznie wykorzystywać na różne sposoby.
Z perspektywy historycznej różnie można oceniać konsekwencje zwycięstwa środowisk daleko idącego kompromisu. W okresie Okrągłego Stołu wydawało się, że "Solidarność" w drodze negocjacji wywalczyła niewiarygodnie szeroki - jak na standardy komunizmu - zakres wolności i swobód politycznych. Możliwość sięgnięcia po 35 proc. mandatów sejmowych i wolne wybory do Senatu dawały środowiskom niekomunistycznym sposobność ograniczonego, acz realnego wpływu na rozwój wydarzeń po raz pierwszy od czasów Mikołajczyka, czyli od połowy lat 40. Sam fakt realnego liczenia głosów, dopuszczenia środowisk solidarnościowych do kontroli ich prawidłowości na wszystkich szczeblach komisji wyborczych nie miał precedensu w żadnych konsekwentnie fałszowanych wyborach parlamentarnych pod władzą komunistów.
Z drugiej strony rozpędzona machina przemian w krajach środkowoeuropejskich spowodowała, że w ciągu kilku miesięcy z pozycji lidera w odzyskiwaniu podmiotowości społeczeństwa (lato 1989 r.) Polska stała się jednym z ostatnich państw regionu, w którym nie przeprowadzono w pełni wolnych wyborów. To, co jeszcze wiosną '89 było dla komunistów trudnym kompromisem, nagle - po wydarzeniach w Czechosłowacji, na Węgrzech czy nawet w Rumunii - stało się dla nich gwarancją bezpieczeństwa i utrzymania zawłaszczonych majątków i de facto niemal nieprzerwanego wpływu na władzę.
Można stawiać tezę, że gdyby ci, którzy domagali się pełnej likwidacji komunizmu wraz z finansową dominacją środowisk popezetpeerowskich oraz żądali budowy podstaw nowego państwa, mieli wówczas realny wpływ na przebieg wydarzeń, III RP nie byłaby dzisiaj uwikłana w problemy z własną tożsamością i olbrzymimi wpływami spadkobierców nomenklatury PRL w gospodarce, polityce, mediach i służbach specjalnych. Faktem jest bowiem, że nastroje społeczne z lat 1989 i 1990 przy szybko urządzonych wolnych wyborach parlamentarnych gwarantowały komunistom

sromotną klęskę.


Dzisiejsze podziały po piętnastu latach od odzyskania niepodległości są równie naturalne jak te sprzed 25 lat. Wzmacniają je jednak wciąż niedopowiedziane wiadomości na temat życiorysów i kulisów zdarzeń zarówno tych poprzedzających powstanie NSZZ, jak i późniejszych, kiedy część środowisk solidarnościowych rozpoczęła bezproblemową koegzystencję z uwłaszczonymi, zmodernizowanymi komunistami. Wypowiadane dziś żale tych ostatnich nad podziałami w "Solidarności" brzmią szczególnie fałszywie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki