Logo Przewdonik Katolicki

Od Pawła i od Apollosa

Ks. Mariusz Pohl
Fot.

Problem wzajemnego zrozumienia i komunikacji między różnymi "światami" w jednym Kościele dotyczy często duszpasterstwa parafialnego i ruchów ewangelizacyjnych, daje o sobie znać także wewnątrz tych ostatnich, gdy ludzie z dwóch różnych wspólnot nie potrafią się ze sobą porozumieć w kwestiach dotyczących podstawowych tematów egzystencjalnych. Kościół jest wspólnotą dialogu i...

Problem wzajemnego zrozumienia i komunikacji między różnymi "światami" w jednym Kościele dotyczy często duszpasterstwa parafialnego i ruchów ewangelizacyjnych, daje o sobie znać także wewnątrz tych ostatnich, gdy ludzie z dwóch różnych wspólnot nie potrafią się ze sobą porozumieć w kwestiach dotyczących podstawowych tematów egzystencjalnych. Kościół jest wspólnotą dialogu i żadną miarą nie powinien przypominać wieży Babel.



Spokojny rytm życia


Jestem proboszczem małej wiejskiej parafii. Życie toczy się w niej leniwym, spokojnym rytmem: coniedzielna Msza św., codzienne nabożeństwa w maju i październiku, pierwszopiątkowe spowiedzi, okresowa mobilizacja z okazji Wielkanocy, Bożego Ciała i innych świąt. Dochodzi do tego całoroczne przygotowanie rodziców i dzieci do Pierwszej Komunii Świętej, Roraty, kolęda, spotkania dla narzeczonych, młodzieży, gdy ktoś umrze - pogrzeb.
Frekwencja niedzielna mieści się na poziomie pięćdziesięciu procent. I chociaż staram się służyć dobrze, codziennie głosić homilię itp., to jednak nie jest to nic nadzwyczajnego, nic, czym można by zaimponować, poszczycić się czy pochwalić. Może nie jest to wizja zbyt optymistyczna, ale sądzę, że tak realnie wygląda życie religijne i przeciętne duszpasterstwo większości polskich parafii. Trochę inaczej jest w mieście niż na wsi; inaczej u górali niż np. w Wielkopolsce czy na Śląsku, ale ogólnie biorąc, pięćdziesiąt procent ludzi praktykuje mniej więcej w ten sposób.
Z drugiej połowy zdecydowana większość nie praktykuje prawie wcale; pewna część jest pobożna ponad przeciętną i zawsze można na niej polegać: to oni chodzą na Różaniec, grabią alejki na cmentarzach, skromną ale systematyczną składką utrzymują kościół, zamawiają intencje mszalne, kupują katolicką prasę. Wreszcie może pięć procent jest zaangażowanych w sprawy wiary "na całego".
To właśnie ta ostatnia, najmniejsza cząstka, tworzy w Kościele środowiska najbardziej zaawansowane w życiu wiary: ruchy, wspólnoty, formacje. Z ich perspektywy życie religijne jawi się zupełnie inaczej: jest entuzjazm, świadoma wiara, poczucie odpowiedzialności, charyzmaty, codzienna lektura Pisma Świętego, radosne pieśni chwały, spontaniczna modlitwa; nikomu nie żal też czasu spędzonego na spotkaniach formacyjnych i codziennej Mszy św.

Przepaść


I tu zaczyna rysować się problem: kontrast między jednym a drugim Kościołem: światem przeciętnej, parafialnej pobożności a światem elit: Oazy, Neokatechumenatu, Odnowy i wielu, wielu innych zaawansowanych w wierze środowisk. Kontrast to nie jest odpowiednie słowo: wiadomo, że musi być zróżnicowanie i dobrze, że jest takie duże, bo świadczy o bogactwie Kościoła, specjalizacji posług i zaangażowań. Ale potrzebne jest też budowanie harmonii i wzajemnych więzi między różnymi kierunkami i poziomami życia wiary. Kościół ma tworzyć jedno ciało, w którym są różne członki, wzajemnie od siebie zależne i współpracujące ze sobą.
Niestety, tej współpracy nieraz brakuje. Dlatego, w moim subiektywnym oglądzie, bardziej odpowiednim określeniem tego problemu byłoby słowo "mur" albo "przepaść". Bo to są dwa różne światy, różne Kościoły, między którymi często nie ma wzajemnej łączności, zrozumienia i oddziaływania. Każdy istnieje jakby sam dla siebie, w izolacji, a nieraz wręcz w antagonizmie.
W konsekwencji tworzy to wielką przepaść między tym, co reprezentują ruchy kościelne i co znajduje wyraz w ich wewnętrznym zaangażowaniu, a tym, co realnie dzieje się (a raczej: "nie dzieje się") na zewnątrz nich, w parafiach. Jak tę przepaść niwelować, przybliżać ten elitarny styl normalnym ludziom, by coś z niego zrozumieli, zaakceptowali i praktycznie wykorzystali?

Nauka alfabetu


Często stawiam tego rodzaju pytania oazowiczom i różnym osobom "zaawansowanym" w wierze, zaangażowanym w ruchach: czy to ma być tylko do waszego "wewnętrznego" użytku i duchowego wzrostu, czy też umielibyście - i chcielibyście - przełożyć to na język zrozumiały dla innych.
Najpierw przecież trzeba się pochylić i pomóc komuś zrobić pierwszy krok, a nie z wysokości swego piedestału dawać instrukcje i krytykować błędy. Matka Teresa zaczęła swoją wielką misję od nauki alfabetu dla kilkorga ubogich dzieci; wielcy misjonarze przychodzą do wioski najpierw z ryżem i polowym szpitalem, a dopiero potem wyjmują Biblię. To przemawia do serca i przekonuje, tworzy podwaliny akceptacji i późniejszego porozumienia na poziomie języka.
Doskonałym wzorem był Jan Paweł II. Potrafił rozmawiać z filozofami i fizykami w czasie kolokwiów w Castel Gandolfo, i z prostymi ludźmi w szpitalach i slumsach. Nie była mu obca najbardziej skomplikowana terminologia naukowa, ale umiał się też posługiwać językiem prostych gestów: uśmiechu, dotknięcia ręki. Oto wzór przełożenia Ewangelii na język zrozumiały i przekonujący, czyli autentyczne świadectwo. Skuteczne świadectwo przekonuje, jest przyjmowane, i to na gruncie normalnego życia, a nie tylko abstrakcyjnej teorii czy zamkniętego getta.

Braki świadectwa


Niestety, moje subiektywne obserwacje dowodzą, że niekiedy takiego świadectwa brakuje. Przez kilka lat uczyłem religii w jednym z liceów. Atmosfera na lekcjach była nieraz bardzo nieprzychylna, by nie powiedzieć wroga. Oczywiście, aktywni byli tylko niektórzy - większość stanowiła widownię, ale taką, która nagradzała śmiechem każdy wybryk prowodyrów, zaledwie niektórzy zachowywali milczącą powściągliwość. Praktycznie byłem sam przeciw wszystkim. Jakie było potem moje zdziwienie, gdy jedną z uczennic zobaczyłem na spotkaniu miejscowej Oazy: była śmiała, odprężona i w tym środowisku czuła się bardzo dobrze. W klasie milczała jak ryba.
Jeszcze jedna ilustracja z parafialnego podwórka. Pewien gorliwy "aktywista" jednego z ruchów udał się do swego proboszcza z propozycją ewangelizacji w parafii. Po krótkiej wymianie zdań doszło do "zwarcia" i poważnego konfliktu. Młody "zelota" obraził się na księdza i "przeniósł" do sąsiedniej parafii. Ów proboszcz, nie bez wyrzutów sumienia, żalił mi się później, że gdyby rozmowa potoczyła się inaczej, gdyby najpierw młodzieniec zapytał: a może mógłbym w czymś pomóc, może byśmy przyszli trochę popracować? - wtedy sprawa potoczyłaby się zupełnie innym tokiem. "Ja potrzebowałem wtedy kogoś, kto wygrabi liście wokół kościoła, a on mi tu od razu z ewangelizacją! Będzie uczyć księdza pacierza!".
Inna ilustracja: Msza na Błyszczu, w której uczestniczyła Oaza, Związek Podhalan i wielu mieszkańców okolicznych, góralskich wiosek. Gdy kapela góralska zaintonowała tradycyjne "U drzwi Twoich", na twarzach scholi, asysty i księży z Oazy dostrzegłem ironiczne, porozumiewawcze uśmiechy, takie "żachnięcie się": też mi śpiew! I wzajemnie, gdy schola zaczęła przy gitarze śpiew uwielbienia, miejscowi nie bardzo wiedzieli, co z sobą począć, a kapela bezskutecznie próbowała włączyć się do akompaniamentu. Oba śpiewy były na swój sposób piękne, ale zabrakło harmonii serc, wzajemnego zrozumienia i życzliwości. Dlaczego ten styl wyrażania i przeżywania wiary, modlitwy, śpiewu jest bliski i zrozumiały dla "swoich", ale nie trafia do miejscowych?

Pismo Święte manifestem


Jeśli są spory i odmienne punkty widzenia w ramach różnych wspólnot, i wszystkie powołują się na to samo Pismo Święte, choć inne jego fragmenty - to może jest to znak, że zaczynamy traktować Biblię bardziej jako jakiś ideologiczny manifest, a nie jako źródło życia. Pierwszorzędne stają się "wytyczne" założycieli, tradycja dogmatyczna ruchu czy zakonu, własny, specyficzny punkt widzenia, a Pismo Święte staje się tylko orężem czy "polem walki": kto bieglej się na nim porusza i potrafi znaleźć trafniejsze argumenty, ten wygrywa. Tak nie powinno być. Ostatecznie grozi to sekciarstwem, choć katolickim.
Właśnie w taki dramatyczny sposób rozmija się "normalność" codziennego życia Kościoła, parafii z oczekiwaniami (ambicjami?) ludzi bardziej zaangażowanych. Zanika duch apostolstwa i służby, a rodzi się chęć indywidualnego parcia wzwyż. Tymczasem Kościół jest z natury apostolski i misyjny.

Wątpliwości


Przykłady z życia, tutaj zaprezentowane, były wybrane według klucza negatywnego, ale wszystkie są prawdziwe i rysują pewien problem, który w Kościele istniał już w czasach apostolskich, na co wiele dowodów można znaleźć w Nowym Testamencie. Skoro wtedy nie bano się o tym mówić i pisać, więc i dziś warto podjąć ten problem.
Może Czytelnicy rzucą na te wątpliwości jakieś światło?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki