Logo Przewdonik Katolicki

Wspólnota pod Bożą opieką

Mateusz Wyrwich
Fot.

Przed trzydziestu laty młoda siostra zakonna, Elwira, ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia we Włoszech uparła się, że powinna założyć wspólnotę wspomagającą młodych narkomanów. Po dziesięciu latach zabiegów u biskupa jej marzenie spełniło się. Dziś istnieje Wspólnota Cenacolo, co znaczy Wieczernik. Obecnie na całym świecie zgromadzonych jest ponad dwa i pół tysiąca osób...

Przed trzydziestu laty młoda siostra zakonna, Elwira, ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia we Włoszech uparła się, że powinna założyć wspólnotę wspomagającą młodych narkomanów.



Po dziesięciu latach zabiegów u biskupa jej marzenie spełniło się. Dziś istnieje Wspólnota Cenacolo, co znaczy Wieczernik. Obecnie na całym świecie zgromadzonych jest ponad dwa i pół tysiąca osób w czterdziestu domach Wspólnoty. Głównie młodzież. W domach przebywają uzależnieni przede wszystkim od narkotyków, choć nie brakuje też uzależnionych od alkoholu.
Idea Wspólnoty zrodziła się z przykrych doświadczeń rodzinnych siostry Elwiry. Jej ojciec był alkoholikiem. Kiedy była dziewczynką, bijał ją. Często, zwłaszcza zimą, bywała na ulicy. Ale zawsze modliła się za niego. Rozumiała gorycz dzieci wychowywanych na bulwarach, dziewcząt i chłopców poniewieranych fizycznie i psychicznie.
W końcu siostra wymodliła zrujnowaną willę w Saluzzo na północy Włoch. Początkowo jednak żadne z "dzieci ulicy" do niej nie przychodziło. Dostała do pomocy dwie siostry. Rozpoczęły pracę przy zrujnowanym budynku i czekały na pierwszych "wspólników". Modliły się tygodniami. Już wówczas siostra Elwira nie miała żadnych wątpliwości. Wiedziała, że we Wspólnocie leczenie z nałogów będzie odbywać się przez modlitwę i pracę. Bez wspomagania środkami farmakologicznymi.
Po kilku tygodniach do rozpadającego się domu przyszło kilku chłopaczków. Pracę rozpoczęli od remontu starych murów i własnych dusz. Dziś swoją metodę leczenia z nałogów siostra nazywa "Chrystoterapią". Dzięki niej, jak podkreśla, następuje zmartwychwstanie: "A zmartwychwstanie, które chcą zobaczyć młodzi ludzie to nasz uśmiech, nasza radość, nasza piosenka, nasz taniec, nasza wolność, zdumienie. Jestem kobietą, która codziennie jest bardzo zdumiona, dlatego że podziwiam dzieła Boże w sercach chłopaków. Ja też nawracam się codziennie, bo widzę naszego Boga w szczerym i czystym działaniu, w sercu przejrzystym, w wolności tych, którzy byli kiedyś martwi, smutni. Byli źli, gwałtowni, a dzisiaj są pogodni".
W tej chwili istnieje osiemnaście domów wspólnotowych we Włoszech. Pozostałe: w Austrii oraz Bośni i Hercegowinie, Chorwacji, Irlandii, USA, na Dominikanie. Od czterech lat trzy domy znajdują się również w Polsce. Na razie tylko dla chłopców. Utrzymują się dzięki Opatrzności Bożej. Zdarzyło się już nieraz, że Wspólnota wymodlała potrzebny im cukier lub mąkę. Niekiedy Wspólnoty wspomagane są też przez rodziców narkomanów i dobrych ludzi.

Drogi do szkoły życia


Adrian ma siedemnaście lat, skończoną szkołę podstawową i dwa lata pobytu w szkole życia, jaką jest Wspólnota Cenacolo. Jego problemy w rodzinie zaczęły się od wygórowanych wymagań w szkole. W domu uważano, że nie chce się uczyć. Ojciec bił go za to. Robił to też starszy brat. Zahukana matka nie reagowała. Czuł się zastraszony. Pomocy szukał w narkotykach. Zaczął palić "trawę", później zażywał amfetaminę. Do Wspólnoty trafił dzięki "dobrej duszy". Kilkakrotnie uciekał. Teraz już zaakceptował sytuację, w której się znajduje.
Siedemnastoletni Sławek często uciekał z domu. Wychowywał się na ulicy. Miał sądowy nakaz leczenia. Niewiele brakowało, a trafiłby do więzienia. Do Wspólnoty wszedł więc bardziej jako chuligan niż zaawansowany narkoman. Kiedy tu trafił, był trochę "dziki". Nie wiedział, jak się zachowywać. Nie odzywał się przez kilka tygodni. Sytuacja, w jakiej się znalazł, była dla niego zupełnie obca. Nikt na niego nie krzyczał, miał gdzie się położyć i mógł jeść do woli.
Michał ma 43 lata. Przez dwadzieścia pięć brał narkotyki. Siedział w więzieniu dziesięć lat. Przede wszystkim za produkcję narkotyków. Był bodaj najtrudniejszym przypadkiem we Wspólnocie. Nie chciał poddać się "Chrystoterapii", uważając, że skoro jest starszy, to wie lepiej, jak się leczyć. Chciał rządzić we wspólnotowym domu, mimo że nie ma tam rządzenia. Jest Anioł Stróż, który opiekuje się każdym przychodzącym.

Razem z Aniołem Stróżem


- Kiedy chłopak przychodzi do domu Wspólnoty, jest najpierw przeszukiwany, czy nie ma narkotyków - opowiada dwudziestokilkulatek Dominik Trzoch, który we Wspólnocie jest od trzech lat. Od kilku miesięcy mieszka w Tarnowie, jednym z trzech polskich domów Wspólnoty. - Chłopak żegna się z rodzicami. Później dostaje Anioła Stróża, czyli starszego stażem we Wspólnocie, który się nim opiekuje. Przez pierwsze trzy, cztery miesiące całymi dniami są ze sobą razem. Razem pracują, jedzą. Chłopiec idzie do łazienki, to Anioł Stróż go tam odprowadza i czeka na niego. Śpią w jednym pokoju. Na piętrowym łóżku. Anioł Stróż na dole. We wszystkim stara mu się pomóc. Wprowadza go w życie Wspólnoty. Bazując na tym doświadczeniu, które tu już sam nabył i które wciąż nabywa. Bo to, że ktoś jest czyimś Aniołem Stróżem, wcale nie znaczy, że on sam jest już wyleczony. Opieka nad drugim jest bardzo ważna w terapii dla samego Anioła Stróża. Pomoc innym pozwala mu swoje własne problemy zostawić na boku. Staje się wtedy mniej egoistyczny, mniej wpatrzony w siebie. Kiedy nowy wchodzi do Wspólnoty, zawsze jest w grupie. Powoli obdarza się go zaufaniem. Musi jednak słuchać, co mówi starszy stażem i cały czas uczestniczy w modlitwie. Od modlitwy rozpoczyna się każdy dzień. Pół godziny czy godzina na kolanach. Przychodzą też do nas niekatolicy albo niezdeklarowani, obojętni w wierze. Nie mają obowiązku być katolikami. Nie muszą się modlić, ale chodzą do kaplicy. I często zdarzają się nawrócenia.
Ważną sprawą we Wspólnocie jest adoracja. Każdy z chłopaków chodzi na adorację. Wstają o drugiej w nocy, czasem później, adorują Pana Jezusa. Modlą się o to, czym żyją. O to, by mogli się zmieniać. Modlą się za innych. I jest to moment, w którym można się nad sobą zastanowić.

Bez radia, telewizji i psychologów


We Wspólnotach nie ma psychologów ani żadnej innej osoby "z zewnątrz". Nie czyta się gazet, nie ogląda telewizji, nie słucha radia, muzyki. Nie pali się papierosów, nie pije alkoholu. Nie ma wychodzenia "na miasto", spotykania się z dziewczętami. Przez blisko rok nie można się kontaktować z rodziną, nawet telefonicznie czy korespondencyjnie. Dzień rozpoczyna się o szóstej rano. Grupa idzie do kaplicy z Przenajświętszym Sakramentem. Odmawiają część radosną Różańca. Później czytają Pismo Święte i omawiają Słowo Boże. Dwa razy w tygodniu uczestniczą we Mszy Świętej z adoracją Przenajświętszego Sakramentu. Po śniadaniu każdy ze swoim Aniołem Stróżem idzie do swoich prac. Pracują w kuchni, inni zajmują się sprzątaniem.
Na ogół młodzież przebywa we Wspólnocie trzy, cztery lata, ale nie ma sztywnej reguły czasowej. Są tacy, którzy ofiarowali całe życie dla Wspólnoty.

Z Medjugorie do Warszawy


Pierwsi narkomani z Polski do Wspólnoty Cenacolo trafili dzięki Annie i Robertowi Durmajom, organizującym pielgrzymki do Medjugorie z warszawskiego kościoła przy ulicy Deotymy. Tu też zawiązało się Stowarzyszenie Rodziców "Nadzieja", którego zadaniem jest pomoc w organizowaniu domów Wspólnoty. Należą do niego przede wszystkim rodzice uzależnionych. Jedną z osób wspomagających jest mama odzyskanego dla życia Damiana, Karin Trzoch. - U księdza Sikorskiego spotkania odbywają się od czasu otwarcia pierwszego domu w Polsce, w marcu 2001 roku - mówi Karin Trzoch. - Na początku przychodziło na nie ledwie kilka osób, dziś kilkadziesiąt. Rodzice na ogół są zadowoleni z tego sposobu leczenia, choć niektórzy narzekają, że nie ma tu lekarzy, psychologów. Brakuje prasy, radia, telewizji, tabletek uspokajających, witamin. Niektórzy rodzice uważają, że samą modlitwą nie wyleczy się człowieka. Nie widzą oczywistych cudów, że tak się dzieje, że trzy czwarte członków Wspólnoty wychodzi z uzależnienia. Kiedy się dowiedziałam przed laty o istnieniu domu w Medjugorie, to od razu wywiozłam syna do Bośni i Hercegowiny. Wówczas we Wspólnocie było tylko czterech Polaków. Wcześniej syn próbował różnych sposobów wyjścia z uzależnienia, ale to nie przynosiło żadnych rezultatów. Teraz efekty są widoczne. I miejmy nadzieję, że z Bożą pomocą wszystko będzie dobrze.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki