Logo Przewdonik Katolicki

Ludzie codziennej nadziei

Mateusz Wyrwich
Fot.

W tym roku mija dwadzieścia lat od założenia w podziemiu polskiej edycji "Lekarzy świata". Rząd komunistyczny nie zgodził się na legalne funkcjonowanie tej organizacji. Powstała więc potajemnie w kościele św. Krzyża w Warszawie i przyjęła nazwę "Lekarze nadziei". Henryk codziennie po modlitwie, podczas której prowadzi "męskie" rozmowy z Panem Bogiem, wychodzi na dwór i długo obserwuje...

W tym roku mija dwadzieścia lat od założenia w podziemiu polskiej edycji "Lekarzy świata". Rząd komunistyczny nie zgodził się na legalne funkcjonowanie tej organizacji. Powstała więc potajemnie w kościele św. Krzyża w Warszawie i przyjęła nazwę "Lekarze nadziei".



Henryk codziennie po modlitwie, podczas której prowadzi "męskie" rozmowy z Panem Bogiem, wychodzi na dwór i długo obserwuje niebo. Patrzy na krainę, do której nieuchronnie zdąża. Chce wybrać dla siebie stałe miejsce na życie wieczne. Upatrzył sobie na nieboskłonie biały zygzak w górnym prawym rogu. To, twierdzi, będzie jego bezpieczny "pozaświat". Pełen kolorów i niespodzianek, ciekawych dusz i niebiańskiej muzyki. Lecz kiedy wraca na swe metalowe łóżko, zapomina o tych rozmyślaniach, by nie zostały zbrukane otoczeniem. Układa swoje sześćdziesięciopięcioletnie życie na cienkim materacu "miłosierdzia gminy", a zmęczoną głowę na walizce ze świńskiej skóry. Od ściany oddziela go szereg precyzyjnie ułożonych książek, odróżniających go od społeczności, z którą mieszka. Choć nie wolno mu palić w pokoju, w ustach trzyma starą fajkę. Czasem nabija ją wytwornym tytoniem, innym razem kasztanowymi liśćmi. Wówczas dymi jak harcerskie ognisko, ale nie narzeka. Wierzy, że będzie jeszcze kiedyś siedział w swoim domu przy kominku, kurząc wykwintny marynarski tytoń. Choć nie ma rodziny, a życiorys tylko prostego urzędnika, samotność rzadko go przyciska, bo jest człowiekiem towarzyskim, uczynnym. I ta, jak mówi, towarzyskość go zgubiła. Przed kilkunastu laty postanowił zmienić swe "parszywe urzędnicze życie". Założył firmę budowlaną. Na początku prosperowała nieźle. Później zaciągał pożyczki dla tych, którzy mieli kłopot ze spłatą własnego kredytu. Po kilku latach działalności "ścigał" go Urząd Skarbowy, rok później inni dłużnicy. I na początku tego wieku musiał po raz drugi zmienić życie. Dłużnicy zlicytowali kupiony przez niego dom. Rozpoczął tułaczkę po noclegowniach, z walizką pod głową, książkami i gruźlicą płuc "hodowaną" pod cienkim, "zakasłanym" kocem noclegowni. Ale pan Henryk nie martwi się chorobą. Leczy się, jak podkreśla, u przyjacielskich lekarzy, którzy dają mu nadzieję na wyjście z niedomagania i bezdomności. Nazywa ich "lekarzami ostatniej nadziei". Pan Henryk od niedawna pobiera niewielką emeryturę. Dzięki lekarzom odbudowuje swoje szczęście - zaufanie do ludzi. Ma pieniądze, a w związku z tym w hierarchii domowników noclegowni ma wysoką pozycję.

Wolontariusze i sponsorzy



"Lekarze nadziei" są stowarzyszeniem, na wzór francuskiej organizacji - Medecins du Monde - Lekarze Świata, która ma swe filie na całym świecie. Buduje własne przychodnie i szpitale, domy opieki. Pomocy ubogiemu światu, wysyłając lekarzy i pielęgniarki, a także lekarstwa i sprzęt medyczny. W Polsce pracownicy stowarzyszenia pojawili się z pomocą w 1980 roku. Podczas stanu wojennego zaproponowali utworzenie polskiego oddziału organizacji. Nie zgodził się na to ówczesny minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak. Ale kilkuset polskich lekarzy rozpoczęło jako wolontariusze nielegalną działalność w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu. Wreszcie, w 1995 roku, zalegalizowano Stowarzyszenie Lekarze Nadziei. Obecnie działa w Polsce kilkuset wolontariuszy, głównie lekarzy i pielęgniarek. Rocznie przyjmują blisko pięćdziesiąt tysięcy pacjentów, przede wszystkim Polaków, ale też i kilka procent obcokrajowców, zazwyczaj nielegalnie przebywających w Polsce emigrantów. Stowarzyszenie dysponuje swoimi przychodniami, aptekami: w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Nowym Sączu. "Lekarze nadziei" pomagają też potrzebującym w kilkunastu krajach świata. Wysyłają tam specjalistów medycznych, a także konwoje z żywnością i lekami, między innymi na Białoruś, Ukrainę. Wspomagają ich prywatni i państwowi sponsorzy, również samorządy. W ostatnich latach w przychodniach stowarzyszenia pojawia się coraz więcej ludzi niezamożnych. Około 30 proc. to ci, których nie stać na wykupienie recept. A w aptekach "Lekarzy nadziei" podstawowe lekarstwa dostają bezpłatnie.

Pokasłujący, potulni



Warszawa. Parterowy budynek wciśnięty pomiędzy ruchliwą ulicę i skraj wolskiej nekropolii, zestawiony z kilku kontenerowych pudeł. W ciasnych pokoikach przyjmuje kilkunastu lekarzy i dwie pielęgniarki. Na korytarzykach pokasłujący, ścieśnieni, potulni pacjenci. Bezdomni. Bogactwo typów. Pokaleczeni przez życie, z własnej i innych winy. Dalecy od ideału. Na ogół zadbani, ale i też nie myci przez kilkanaście dni. Z odkrytymi ranami i schorzeniami, na których mogliby uczyć się studenci medycyny. Choroby, z którymi przychodzą, zniknęły w XIX wieku. Pacjentami bywają też młode prostytutki, żeńskie i męskie. "Odpadli z ulicy", więc nie stać ich na leczenie w prywatnych przychodniach. Rocznie z pomocy medycznej korzysta tu również kilkadziesiąt młodych dziewcząt w ciąży, które rodzice wyrzucili z domu, by uniknąć środowiskowego skandalu. Pacjentem jest też lekarz, który ma zakaz wykonywania zawodu przez kilka lat. Filozof z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Kierownikiem warszawskiej przychodni jest doktor Maria Czarnecka z półwiecznym lekarskim stażem. Nazywana jest przez chorych "matką straceńców". O swoich pacjentach mówi, że nie są aniołami. - Bo to, że się znaleźli w takiej sytuacji, poza wyjątkami, jest w dużym stopniu ich zasługą - mówi pani doktor. - Ale też są to ludzie bardzo wdzięczni. Jeśli im się powiedzie w dalszym życiu, przysyłają kartki. W chęci niesienia im pomocy nie upatrywałabym, w moim przypadku, żadnej nadzwyczajnej przyczyny. Ot, jak się idzie na medycynę, to po to, by ludziom pomagać. Fakt, niewielu jest lekarzy, którzy chcą pracować charytatywnie - dodaje.

Zaprzeć się samego siebie



Maciej Nowicki z wrocławskiego oddziału "Lekarzy nadziei", prowadzącego dom socjalny dla chorych na AIDS, jest lekarzem od pięciu lat. I jednym z nielicznych wolontariuszy młodego pokolenia. - Dzięki rodzicom, lekarzom, od lat wiedziałem, że oprócz pracy etatowej będę pracował społecznie. Swój zawód bowiem traktuję jako wyzwanie - mówi młody lekarz. - Jest to również moja droga nadziei, na której wspólnie się spotykamy. Chcę pomóc ludziom, którym już niewielu chce pomagać, bo są nieuleczalnie chorzy. Trudno powiedzieć, jak długo będą żyć. Ale chcę, by mieli świadomość, że nie zostali opuszczeni przez wszystkich. Większość moich znajomych nie jest zainteresowana pracą społeczną. Na nas, "lekarzy nadziei", patrzą niechętnie. Być może jesteśmy kimś w rodzaju wyrzutu sumienia. Ja w każdym razie uchodzę w środowisku za dziwaka.
- Tu trzeba pokonać samego siebie - przyznaje Maria Sielicka- Gracka, emerytowany pediatra i endokrynolog, szefowa warszawskiego oddziału "Lekarzy nadziei". - To są pacjenci niejednokrotnie niedomyci, śmierdzący, zawszeni, zaświerzbieni. Z takimi przypadkami zaniedbania nie spotkałam się przez lata. Niedawno odwiedziła nas trzydziestoletnia dziewczyna. Wyglądała, jakby była w końcowej fazie ciąży. Okazało się, że jest to wodobrzusze na skutek uszkodzenia wątroby. To stan występujący dziś rzadko. Studenci mogliby się uczyć na takich przypadkach. Ale przede wszystkim leczą się u nas bezdomni. Najważniejsze, by ich wyleczyć z tej bezdomności. A na to nie wystarczy pigułka. I to jest dramatyczne. W zimie z wielu noclegowni przychodzą bezdomne matki z dziećmi i wtedy jest mi najciężej. Mogę wiele im pomóc, ale mieszkania nie znajdę.
Również Anna Mutter, emerytowana pielęgniarka, wiele lat temu musiała zaprzeć się siebie. W warszawskiej przychodni "Lekarzy nadziei" pracuje od dwunastu lat. Każdego dnia bardzo troskliwie wypytuje pacjentów o ich stan zdrowia i z wielkim przejęciem potrafi opowiadać o niemal każdym z nich, bez cienia ironii, karykatury. - Przez pierwsze tygodnie pracy po przyjściu do domu drapałam się. Tak na mnie działał widok wszy. Czułam też zapach gnijących ran naszych pacjentów. To było nie do zniesienia, ale jakoś to pokonałam i przyzwyczaiłam się. I choć nie jestem misjonarką, uważam, że nasz zawód powinien być misją.
Dla Agnieszki Fill praca w przychodni "Lekarzy nadziei" także jest trudna. Czasem, kiedy zdejmuje opatrunek, on aż rusza się od insektów, bo pod nim zalęgły się białe larwy much. - Trzeba jednak pamiętać, że przychodzą tu bezdomni z dworców, kanałów z bardzo przewlekłymi chorobami - rzeczowo wyjaśnia młoda pielęgniarka i zaraz dodaje, że w swej pracy nie widzi żadnego nadzwyczajnego poświęcenia. Uważa, że niesienie pomocy każdemu, kto jej potrzebuje, wpisane jest w zawód lekarza i pielęgniarki. A zawód wybrała świadomie. - I nie jest ważne, czy ktoś jest obszarpany i śmierdzący, czy też pachnący i elegancko ubrany. Jedni i drudzy potrzebują pomocy. I kiedy się o tym pamięta, jest nam łatwiej ze sobą.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki