Logo Przewdonik Katolicki

Ograniczona gościnność

Mateusz Wyrwich
Fot.

Ich potomkowie jeszcze niedawno żyli w granicach II Rzeczypospolitej. Miejsce zamieszkania wyznaczyła im polityka. Urodzili się już na Białorusi, Litwie, Ukrainie, w Rosji. Przyjechali na studia do kraju przodków i choć są tutaj kilka lat, sprawiają wrażenie, jakby od urodzenia mieszkali w Polsce. Witalis Osmołowski jest absolwentem prawa na Ukrainie, a w Polsce od czterech lat studentem...

Ich potomkowie jeszcze niedawno żyli w granicach II Rzeczypospolitej. Miejsce zamieszkania wyznaczyła im polityka. Urodzili się już na Białorusi, Litwie, Ukrainie, w Rosji. Przyjechali na studia do kraju przodków i choć są tutaj kilka lat, sprawiają wrażenie, jakby od urodzenia mieszkali w Polsce.



Witalis Osmołowski jest absolwentem prawa na Ukrainie, a w Polsce od czterech lat studentem czwartego roku politologii w Warszawie. Jego pradziad, Jerzy Osmołowski, był współpracownikiem marszałka Piłsudskiego. W 1919 roku mianowany był cywilnym zarządcą Wileńszczyzny.
Daria Górenowicz w 1998 roku rozpoczęła studia socjologiczne na Uniwersytecie w Warszawie. Niebawem będzie bronić pracę magisterską. Pochodzi z Petersburga. Jej rodzina od lat działa w środowisku polonijnym w Rosji. W 1937 roku jej pradziadka zamordował Stalin. Prababcię zesłał do Kazachstanu.
Cała rodzina Julii Iwanowej ma polskie pochodzenie. Ojciec natomiast jest Buriatem, ale też z polskimi korzeniami. Mieszkają na Syberii w buriackim kraju. Julia przyjechała z Ułan Ude, oddalonego siedem tysięcy kilometrów od Polski, na studia dziennikarskie. Zawsze marzyła o tym, by tu studiować. Polska, w opowieściach rodziców, zawsze była symbolem wolności i dobrobytu. Ale przede wszystkim krajem przodków.
Anna Niedźwiecka z Białorusi, studiująca w Warszawie polonistykę, ma dużą rodzinę w Polsce. Niemal od urodzenia bywała w kraju, z którego pochodzili jej rodzice. Obecnie trudno jej powiedzieć, z jakim miastem jest bardziej związana. Z Warszawą czy Grodnem.
Dzięki zwycięstwu na olimpiadzie polonistycznej przyjechała do Polski w 1998 roku Diana Kardis. Dziś jest już na drugim roku studiów doktoranckich na Uniwersytecie Warszawskim. Jej pradziadek w czasie wojny walczył pod Monte Cassino. Jej rodzina, odkąd pamięta Diana, była związana ze środowiskiem polonijnym.
Od kilku lat na polonistycznych studiach doktoranckich Uniwersytetu Warszawskiego jest również Barbara Dawidowicz z Wilna. Jej rodzice, podobnie jak i koleżanek, swe korzenie mają w kraju nad Wisłą.

Polak nieformalny



Kiedy w 1989 roku Polska odzyskała niepodległość, jej ówczesne władze postanowiły zaprosić na studia w kraju młodzież z kresów. Serdeczne zaproszenie obejmowało przede wszystkim potomków polskich rodzin mieszkających na terenie byłego Związku Sowieckiego. Jednak o przywróceniu obywatelstwa nawet nie wspomniano. Zesłańcom i ich rodzinom nadano jedynie nieformalny status "Polaka - cudzoziemca". Polskie prawo traktowało więc Polaków z kresów jak obywateli Białorusi, Litwy, Ukrainy czy Rosji. Studenci - Kresowiacy musieli więc co pół roku odnawiać wizę. Również, co roku kartę czasowego pobytu. Mieli obowiązek za nie płacić, podobnie jak inni obcokrajowcy. Owszem, "podarowano" im darmowe studia, ale stypendia na akademik i wyżywienie sprowadzono do niezbędnego minimum. Musieli też sami płacić za ubezpieczenie zdrowotne. Niektórzy z nich korzystali więc z leczenia w przychodni prowadzonej przez wolontariuszy ze stowarzyszenia "Lekarzy nadziei", zajmujących się w głównej mierze bezdomnymi.
Studenci - Kresowiacy niewielką też mieli i mają nadzieję na pracę. Mogą ją wykonywać jedynie w wakacje, jak każdy inny student z zagranicy. W ciągu roku muszą się starać o zezwolenie na zatrudnienie. Również jak każdy obcokrajowiec. Tymczasem pracodawcy w krajach ich urodzenia, podobnie jak w Polsce, żądają po ukończeniu studiów praktyki zawodowej. Ich sytuację finansową pogarsza fakt, iż nie mogą mieć stypendiów naukowych na uczelniach państwowych, gdyż... mają już jedno stypendium ministerstwa. Słuchacze studiów doktoranckich dowiedzieli się ostatnio, że nie będą mieli zniżek na bilety PKP i PKS.

Dobrze, ale dziwnie



Studenci - Kresowiacy przyjeżdżając do naszego kraju, nie mieli wielkich obciążeń psychicznych związanych z pobytem w Polsce. Bo choć się w niej ani nie urodzili, ani wychowali, Polską żyli od maleńkiego. - Szybko zacząłem działać w ruchu studenckim i nie miałem problemu z integracją - mówi Witalis Osmołowski z Ukrainy. Śpiewam też w uczelnianym chórze. Gram w piłkę nożną. Należę do grupy ewangelizacyjnej w Warszawie.
- Mieszkam tu od siedmiu lat. Kiedy przyjechałam, prawie nie mówiłam po polsku. Głównie po rosyjsku, więc patrzono na mnie w sklepach jak na złodzieja. I to mnie zmobilizowało, by się dobrze nauczyć polskiego - opowiada Daria Górenowicz. - Jestem po połowie tu, a po połowie tam. W rodzimym Petersburgu zawsze śpiewałam i tańczyłam. Tu też śpiewam w studenckim zespole. Niewiele mam czasu na tęsknotę. Zresztą, jak tylko mogę, jadę w rodzinne strony. Uczę tam polskiego, w polskiej letniej szkole. Ciągam tu też nasze dzieci i młodzież, by uczyły się języka.
- Dobrze się tu czuję, ale też i dziwnie - przyznaje Julia Iwanowa. - Bo kiedy mieszkałam w Buriacji, byliśmy bardzo zintegrowani, jako Polacy. Tutaj nas traktują jako obcokrajowców. Trzeba ciągle w jakimś urzędzie udowadniać, że jest się Polakiem. Bo takie są ustawy. Ale z drugiej strony ludzie są mili i nas ciekawi, jacy to Polacy mieszkają na Syberii.
- Jest OK. Ale miałam tę dobrą sytuację, że często przyjeżdżałam do rodziny. I wówczas, i dziś zawsze się czułam "po polsku" - opowiada Anna Niedźwiecka. - Bywa, że kiedy mówię, iż jestem z Białorusi, ludzie różnie reagują. Ale to też zależy od człowieka.
- Spędziłam siedem lat w Polsce. Czuję się tu jak w domu. Chciałabym jednak, by Polacy z kresów traktowani byli w Polsce jak Polacy, a nie cudzoziemcy - nie ukrywa rozgoryczenia przewodnicząca warszawskiego oddziału SMOK Barbara Dawidowicz.
- Jestem dostatecznie długo, by się dobrze czuć - mówi Diana Kardis, mieszkająca siódmy rok w Polsce. - Czasem mi nawet zazdroszczą, że jestem z Wilna, bo to takie piękne miasto, mówią. Zazdroszczą mi też, że znam trzy języki: litewski, polski i rosyjski. Mam dwa domy. Ale staram się ich nie rozgraniczać.

SMOK



Przed pięciu laty, aby poprawić swoją sytuację, studenci - Kresowiacy powołali Studencką Międzyuczelnianą Organizację Kresowiaków (SMOK). W tej chwili zrzesza ona około trzystu osób. Ma swe oddziały w kilku miastach Polski, m.in. w Łodzi, Lublinie, Krakowie. Pieniądze na działalność pozyskuje od różnych organizacji, jak też od prywatnych donatorów. Sponsorami są czasem dyrekcje teatrów czy muzeów, które fundują bilety na spektakle. Niedawno dyrekcja muzeum w Żelazowej Woli zniżyła Kresowiakom, do symbolicznych, opłaty za wejście do muzeum. Od kilku lat "Kresowi" prowadzą rozmowy z władzami uczelni, jak i ministerstw, by ich status "Polaka - obcokrajowca" zmienić na status Polaka. W tym roku SMOK wydał również "Informator dla kandydatów polonijnych na studia wyższe w RP". - Informujemy w nim studentów, co i gdzie załatwić jak tu przyjadą - wyjaśnia Barbara Dawidowicz, przewodnicząca warszawskiego oddziału SMOK. - Staramy się też, by nowi studenci integrowali się z polską kulturą. Organizujemy wycieczki do teatrów. Wyjazdy turystyczne w Polskę. Raz na rok dwutygodniowe obozy ze studentami z całej Polski. Organizujemy również imprezy domowe w Domu Polonii. Boże Narodzenie. Wielkanoc. Ale przede wszystkim walczymy o nasze prawa. Ostatnio, dzięki interwencji SMOK, udało nam się wpłynąć na zmianę ustawy o ubezpieczeniach zdrowotnych dla nas. Wywalczyliśmy je.

Kraj przodków



Studenci - Kresowiacy uważają, że studiując w Polsce, "wygrali los na loterii". Choć spotykają ich niemałe trudności. Diana Kardis przyznaje, że dziś stypendium jest mało wystarczające. Żałuje też, że Polacy - Litwini po wejściu naszych krajów do UE już nie będą mieli stypendiów na dotychczasowych zasadach. Barbarę Dawidowicz rozgorycza natomiast żenująco niskie stypendium dla "zaocznych" doktorantów. Obejmuje ono trzy miesiące, ale ma starczyć na dziewięć. Dokuczliwe jest również i to, że nie zawsze po przyjeździe do Polski student dostaje się na te studia, na które zdał podczas egzaminów w konsulacie. Zdawał, na przykład, na germanistykę, a nie wiadomo, czemu przyjęty został na polonistykę.
Witalis Osmołowski na wszystkie te problemy macha jednak ręką. Wszyscy przecież mają "jakieś problemy". Najważniejsze jest, że studia otworzyły mu "okno na świat". - Dzięki studiom w Polsce miałem możliwość wielu zagranicznych wyjazdów. Byłem w Brukseli, Strasburgu, Luksemburgu. Ale przede wszystkim studia tutaj dały mi więcej szans na poznawanie swoich możliwości.
- Mnie pobyt w kraju przodków pozwolił dobrze poznać przedmiot moich stuias. - Bo gdzie jak gdzie, ale języka trzeba się uczyć w kraju jego powstania.
- A ja bardzo się cieszę, że tu jestem. Bo... To przecież moja ojczyzna - stwierdza Julia Iwanowa.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki