Logo Przewdonik Katolicki

Potrzeba witaminy M

Hubert Kubica
Fot.

Paweł chce być przytulany. Gdy tata siada w fotelu, on kuca na podłodze. Trzyma się kurczowo jego nogi. Tata głaszcze go po głowie i razem oglądają telewizję. Paweł, tak jak wszystkie dzieci w Rodzinnym Domu Dziecka pana Jerzego Brozdowskiego, potrzebuje miłości, której nigdy wcześniej nie zaznał... Jerzy Brozdowski wraz z żoną Gertrudą założyli Rodzinny Dom Dziecka w Poznaniu...


Paweł chce być przytulany. Gdy tata siada w fotelu, on kuca na podłodze. Trzyma się kurczowo jego nogi. Tata głaszcze go po głowie i razem oglądają telewizję. Paweł, tak jak wszystkie dzieci w Rodzinnym Domu Dziecka pana Jerzego Brozdowskiego, potrzebuje miłości, której nigdy wcześniej nie zaznał...


Jerzy Brozdowski wraz z żoną Gertrudą założyli Rodzinny Dom Dziecka w Poznaniu na osiedlu Bolesława Chrobrego w 1980 roku. Od tamtej pory wychowali dwadzieścia czworo dzieci, które już opuściły dom. Z wykształcenia pan Jerzy jest pedagogiem specjalnym. Zawsze pracował z dziećmi. Był kuratorem zawodowym dla nieletnich, wizytował i później prowadził zakład poprawczy. Wszystkie dzieci, które wyszły już z domu, są "na swoim". Mają, gdzie mieszkać. Dzięki pomocy Rady Miasta Poznania pan Jerzy "wywalczył" dla nich dziewiętnaście mieszkań. Cały czas im pomaga. - Gdybym zrobił inaczej, byłoby to zaprzeczeniem wszystkiego - mówi. Obecnie ma ośmioro podopiecznych.

Życie jak horror


Historia Izy jest bardzo dramatyczna. To była Wigilia. Rodzice alkoholicy przyszli z nią do sklepu po wódkę. Byli pijani i alkoholu im nie sprzedano. Kazali to zrobić Izie, ale ona była za mała i też jej nie sprzedano. Jak wyszła ze sklepu, to rodziców już nie było. Stała więc przed sklepem, płakała. Zainteresowała się nią przechodząca kobieta. Zabrała na Wigilię. Wówczas po raz pierwszy Iza kąpała się w wannie. Jak nigdy - miała święta. Prawdziwe, rodzinne. Wcześniej jadła byle co. Iza jest teraz w domu pana Jerzego. Już niedługo go jednak opuści, ponieważ wychodzi za mąż, a w marcu urodzi dziecko. Pójdzie na swoje.
Paweł ma 12 lat, ale reaguje tak, jakby miał o połowę mniej. Jego siostra Kasia skończyła piętnaście. Ich historia jest tragiczna. Ojciec umarł z powodu przedawkowania alkoholu, a matkę zamordowano. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dzieci widziały śmierć matki... Obydwoje byli w rodzinie zastępczej. Krótko, ponieważ sąd rodzinę rozwiązał. Trafiły do państwowego domu dziecka. Wtedy pojawił się pan Jerzy. Wziął Pawła i Kasię do swojego domu. Na szczęście... Dzieci dopiero teraz poznają i uczą się korzystania z ciepła domowego ogniska. Nie jest to łatwe. Paweł ma chorobę sierocą i problemy ze snem. - W nocy chodzę do niego do pokoju, aby sprawdzić, czy śpi spokojnie. Gdy się "rzuca", wystarczy, że położę mu rękę na głowie. Wtedy się uspokaja - mówi pan Jerzy. Paweł bardzo często powtarza: "Tatuś, czy ty mnie kochasz? Bo ja cię mocno kocham". Bardzo lubi pomagać i sprzątać w kuchni. Jak coś zrobi dokładnie, to idzie się tym pochwalić. Oczekuje dobrego słowa. Gdy je uzyska, jest bardzo zadowolony. Z kolei Kasia dba o porządek w pokoju. Wszystko robi po swojemu, zawsze musi postawić na swoim.
Wojtek, kolejne dziecko, był wysyłany przez swoich naturalnych rodziców po napoje alkoholowe. Jeśli ich nie przyniósł, był bity. Kiedyś ojciec rzucił w niego kuflem. Chłopak się spakował, pojechał do Pogotowia Opiekuńczego w Poznaniu i więcej się w domu nie pokazał. Stamtąd przywiózł go pan Jerzy. Rodzice się nim w ogóle nie interesowali. Teraz ma już żonę. Pracuje jako garmażer. O swojej przeszłości nic nigdy nie mówił i nie mówi. Chce zapomnieć o tym, co było.

Ciężki bagaż doświadczeń


Rodzinny dom dziecka nie różni się niczym od każdej innej rodziny. Jednak wszystkie dzieci, które tu trafiają, mają ogromny bagaż dramatycznych i przykrych przeżyć. Matka lub ojciec sprawili im wielką krzywdę. - Jest to ciężar, którego wagi sobie nie wyobrażamy. Są dzieci, które były maltretowane, dotkliwie bite. To zostaje bardzo głęboko w ich psychice - podkreśla pan Jerzy.
Uchwałą Rady Miasta Poznania mieszkańcem Rodzinnego Domu Dziecka państwa Brozdowskich może być osoba do dwudziestego czwartego roku życia. W tym czasie nie może jednak pracować. - Miałem odwiedziny z Urzędu Wojewódzkiego. Pytali, dlaczego starszych trzymam. Odpowiedziałem: "co mam zrobić... pod mostem miejsca już są zajęte. Pracy nie mają".

Mama i tata


Państwowych domów dziecka jest w Polsce jeszcze dużo, ale powoli ustępują pola rodzinnym. Na przykład we Wrocławiu są już tylko rodzinne. W całej Polsce jest ich około 130. Utrzymanie rodzinnego domu dziecka nie jest łatwe. - Na dziecko przypada miesięcznie trochę ponad 500 złotych. Te pieniądze mają starczyć na ubiór, książki, zeszyty, bilety komunikacji miejskiej, jedzenie, lekarstwa. Natomiast według ostatnich informacji utrzymanie więźnia w Polsce kosztuje 1300 złotych! Na wakacje wyjeżdżamy tylko wtedy, gdy dostaniemy pożyczkę - mówi zastępczy tata.
Kiedyś do pana Jerzego przyszło młode małżeństwo. Chcieli założyć rodzinny dom dziecka. Opowiedział im wszystko. - Na końcu zapytali mnie: "Jak się na tych dzieciach wychodzi?" Odpowiedziałem: "klamka jest przy drzwiach. Proszę wyjść. Na dziecku ciężko poszkodowanym przez los nie można i nie wolno się dorabiać się"
Rodzinny dom dziecka powołuje Rada Miasta. Każda placówka ma swój regulamin organizacyjny i umocowanie prawne. Jednak tak naprawdę to nie ma znaczenia. Trudno bowiem opisywać w paragrafach stosunki rodzinne. - Rodzinne domy dziecka są znacznie lepszymi formami opieki zastępczej niż domy państwowe. To imitacja domu rodzinnego. Opiekunowie pełnią rolę mamy i taty. Dzieci uczą się domowych czynności, takich jak przygotowywanie posiłków lub robienie zakupów. Efekty działania takich domów są bardzo dobre. Dziewięćdziesiąt procent wychowanków dobrze radzi sobie w dorosłym życiu - mówi Andrzej Grzybowski przewodniczący Komisji Rodziny, Polityki Społecznej i Zdrowia Publicznego Urzędu Miasta Poznania.

82 kawy i samodzielność


W latach osiemdziesiątych do pana Jerzego zadzwonił znajomy kierownik osiedlowego megasamu i poinformował, że "rzucą" kawę. Były to czasy, gdy o wielu towarach można było tylko pomarzyć. Po kawę stała ogromna kolejka. Każdy mógł dostać tylko jedną paczkę. Dzieci poszły i po kilku godzinach przyniosły... 82 paczki. - Dwadzieścia lat temu dzieci były bardziej obrotne i radziły sobie lepiej niż teraz. Obecnie młodemu pokoleniu brakuje inwencji - mówi pan Jerzy. W dzisiejszych czasach towaru nie brakuje i jedyne, co dzieci sprawdzają, to data ważności. Jak mają kupić trzy, cztery bochenki chleba, to już się wstydzą i rozglądają, czy ktoś ich nie obserwuje.
Rodzinny dom dziecka ma przygotować swoich wychowanków do życia. Muszą nauczyć się samodzielności. Na przykład posiłki przygotowują sobie sami. Jak mają urodziny - pieką ciasto. Pod kierunkiem mamy, ale sami. Z kolei pranie robi mama, ale dzieci jej pomagają. To ich obowiązek. - Muszą sobie w życiu radzić. Nie mogą być od nikogo zależne. Dlatego uczymy je samodzielności. Często zabieram je ze sobą, gdy idę coś załatwić do urzędu. Niech widzą, że nic nie przychodzi łatwo. Każde nasze dziecko, które idzie w dorosłe życie, ma zawód, dach nad głową i stara się mieć pracę. Jak obecnie nie ma, to po jakimś czasie zdobywa - tłumaczy pan Jerzy.

Dziękuję tato, że jesteś


Nie ma tygodnia, aby któreś z dorosłych dzieci nie wpadło w odwiedziny. Ostatnio okazją do tego były imieniny pani Gertrudy. Dzieci przyjeżdżały przez cały tydzień. Dostała dużo kwiatów i prezentów. Ci, którzy mieszkają daleko, często dzwonią i pytają czy wszystko w porządku. Dziewczyny pytają mamę o to, jak coś upiec. Przychodzi także wiele listów. Są naprawdę wzruszające i piękne. We wszystkich oprócz wielu miłych słów pojawia się jedno najważniejsze: "Dziękuję". Część wychowanków założyła już własne rodziny. Swoim dzieciom przekazują miłość, którą otrzymały właśnie u państwa Brozdowskich. Dbają o swoje rodziny, bo teraz już znają potęgę słowa "miłość". Słowa, którego znaczenie poznały właśnie u mamy i taty "na Chrobrego". - Słowo "dziękuję" wynagradza nam wszystkie trudy związane z ich wychowaniem. My jesteśmy ich rodzicami i zawsze mogą na nas liczyć - mówi Gertruda Brozdowska.
Pan Jerzy właśnie pomaga usamodzielnić się kolejnej przybranej córce. Przy udziale Urzędu Miasta zdobył dla niej mieszkanie. Iza niedługo wyjdzie za mąż, a w marcu zostanie mamą. Niestety nie ma pracy, ale ma wykształcenie handlowe, więc jest nadzieja, że uda jej się coś znaleźć. Oczywiście z pomocą pana Jerzego.
Imiona dzieci zostały zmienione

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki