Logo Przewdonik Katolicki

Abyśmy byli wolni (cz.I)

Mateusz Wyrwich
Fot.

Na terenie przykościelnym w Luboniu znajduje się grób cenionego przez parafian księdza Stanisława Streicha. W 1938 roku został on zastrzelony w kościele przez aktywistę komunistycznego Wawrzyńca Nowaka, który w latach 1920-1935 przebywał w Związku Socjalistycznych Republik Sowiieckich. Morderca po oddaniu strzałów do księdza wszedł na ambonę i wykrzykiwał: "Niech żyje komunizm"....

Na terenie przykościelnym w Luboniu znajduje się grób cenionego przez parafian księdza Stanisława Streicha. W 1938 roku został on zastrzelony w kościele przez aktywistę komunistycznego Wawrzyńca Nowaka, który w latach 1920-1935 przebywał w Związku Socjalistycznych Republik Sowiieckich. Morderca po oddaniu strzałów do księdza wszedł na ambonę i wykrzykiwał: "Niech żyje komunizm". Sąd Okręgowy w Poznaniu skazał mordercę na karę śmierci. Wyrok został wykonany.


Szliśmy na tę Mszę Świętą za Ojczyznę z niepokojem. Wojsko grzało na ulicach dłonie zawsze gotowe do strzału. Coś szeptali niepewnym głosem przy metalowych koksownikach stanu wojennego. Szóstki zomowców krążyły w pobliżu kościoła pod wezwaniem Świętego Stanisława Kostki. Przy kinie kogoś legitymowano. Prószył drobny śnieg końca lutego 1982 roku.
Kościół był jasno oświetlony. Z przybocznych uliczek dochodzili ludzie rozproszeni wojenną bieganiną. Wychodzili na powierzchnię, jak ich ojcowie w czasie powstania warszawskiego do ostałych z pożogi wojennej świątyń.
Wnętrze kościoła św. Stanisława Kostki było już nagromadzone. Staliśmy w mrozie, słuchając kazania rezydenta parafii, księdza Jerzego Popiełuszki. Mówił m.in.: "Kościół zawsze staje po stronie prawdy. Kościół zawsze staje po stronie ludzi pokrzywdzonych. Staje po stronie tych, którym zabrano wolność, którym łamie się sumienie. Kościół staje dzisiaj po stronie robotniczej "Solidarności", po stronie ludzi pracy, którzy niejednokrotnie są stawiani w jednym szeregu z pospolitymi przestępcami".
Słowa te głosił trzydziestoczteroletni kapłan. Jak mówili o nim warszawscy hutnicy, "nasz kapelan". A zaczął być "ich" podczas strajku w sierpniu 1980 roku. Opanowany, skromny. Niewiele mówiący o sobie, o swoim wątłym zdrowiu. Słuchał i krzewił wiarę. Był przez całe szesnaście miesięcy "naziemnej" "Solidarności" ze studentami medycyny i środowiskiem pielęgniarek. W czasie ataku na Wyższą Szkołę Pożarnictwa też ze strażakami. Wyrzuconym później z uczelni szukał pracy, mieszkania w Warszawie. W pierwszych dniach stanu wojennego odwiedzał rodziny internowanych, uwięzionych. Był też każdego dnia procesu sądzonych za udział w ursuskim strajku. Spotkanie z nim tak wspominał przed dwudziestu laty Daniel Olbrychski: "Podczas procesu robotników zbierała się mała grupka osób. Krewni, znajomi, intelektualiści. Policja nie chcąc, byśmy uczestniczyli w rozprawie, uciekała się do starej sztuczki. Zajmowali wszystkie miejsca na sali rozpraw. Jedyną osobą, której udało się zająć ostanie wolne miejsce, był ksiądz Popiełuszko. Nikt nie śmiał zastąpić mu drogi. Jego obecność miała wartość symbolu. Była świadectwem obecności polskiego Kościoła. Ale także obecności tych, którzy zostali na zewnątrz. Początkowo nie udało mi się dostać na salę rozpraw. Potem ksiądz Jerzy pomógł mi ominąć przeszkody. I tak któregoś dnia zawołano mnie do środka. Ksiądz Popiełuszko zajął pół krzesła. Drugą połowę zostawił dla mnie. Od tego dnia zawsze dzieliliśmy to samo krzesło".

Wróg numer jeden


Od pierwszych dni stanu wojennego ksiądz Jerzy stał się wrogiem reżimu komunistycznego. Stał się, bo nawoływał do przestrzegania tak podstawowych wartości, jak godność, sprawiedliwość. I został wpisany, jako "obiekt", w sferę zainteresowań aparatu politycznego zbrodniczej organizacji, jaką była PZPR. I jej "organów ścigania" - służb bezpieczeństwa; cywilnych i wojskowych. Już podczas pierwszych przesłuchań pracowników Huty Warszawa, FSO, Kasprzaka pytano o szczegółowy plan zajęć księdza. Jak wygląda jego dzień? Z kim najczęściej przebywa? Co czyta? Czy przychodzą na plebanię jakieś kobiety? On sam pod koniec czerwca 1982 roku dostał pierwsze anonimy - groźby. W jednym z listów pisano: "Klecho zamknij mordę, bo zginiesz". Wtedy jeszcze bagatelizował te korespondencje. Dopiero później odkrył głęboką niechęć funkcjonariuszy komunistycznego aparatu przemocy. Było mu przykro, kiedy widział inną naturę człowieka - nienawiść. Czasem jej się bał. Jak śmierci w skrywanym spojrzeniu esbeków otaczających jego plebanię.
Już w połowie 1982 roku na szkoleniach ideologicznych dla milicjantów w Legionowie pojawiło się nazwisko księdza jako "szczególnego wroga ludu i państwa socjalistycznego". A jesienią, podczas wykładów w szkołach oficerskich LWP, nazwano go "mącicielem umysłów narodu. Zwolennikiem sojuszy niemieckich rewanżystów wspieranych przez amerykańskich imperialistów opłacanych przez papieża i CIA".
Ale ksiądz Jerzy niewiele przejmował się docierającymi do niego informacjami, że jest zaliczany do "wrogów numer jeden socjalistycznego państwa". Tak pisano w "Notatniku lektora", broszurze wydawanej przez KC PZPR. Nadal koncelebrował Msze Święte w intencji Ojczyzny. Pilnował, by ludzie dostawali niedostępne w aptekach lekarstwa. Dbał o internowanych, więzionych i ich rodziny. Nabożeństwa odprawiane w kościele "u Kostki" coraz bardziej wykraczały poza granice Żoliborza, Warszawy. Pisała o nich podziemna prasa. Zjeżdżały delegacje "Solidarności" z całego kraju.

Zacieśnianie kordonów


Przed każdą comiesięczną Mszą Świętą za Ojczyznę komuniści coraz bardziej zacieśniali kordony wokół żoliborskiej świątyni. Ksiądz zawsze prosił wiernych o spokojne rozchodzenie się do domów. Tymczasem w reżimowych mediach mówiono i pisano "o rozcapierzonych palcach, na Mszach w kościele św. Stanisława", czyli palcach podniesionych w kształcie litery "V". Geście zwycięstwa. To dla komunistów było "zachowaniem antypaństwowym i antysocjalistycznym", jak pisała "Trybuna Ludu". I im bardziej nośna stawała się nauka Chrystusa niesiona przez księdza Jerzego, "zło dobrem zwyciężaj", tym częściej reżimowe media rozpuszczały plotki o rzekomym rozdźwięku pomiędzy kapłanem a księdzem Prymasem. Tymczasem ksiądz Popiełuszko powtarzał, często zapraszany przez różne środowiska w kraju, że nie ma żadnych różnic zdań pomiędzy nimi. Mówił też o tym w licznych wywiadach udzielanych zachodnim mediom. Również o roli, jaką winien spełniać i spełnia Kościół w Polsce: "Zadanie Kościoła to być z ludźmi w ich doli i niedoli. I myślę, że tego zadania i posłannictwa Kościół nigdy się nie wyrzeknie. Natomiast ważne jest dla przyszłości to, o co apelował wielokrotnie ksiądz Prymas, by ludzie podnosili swą świadomość narodową, religijną i społeczną. Potrzebne są kursy szkoleniowe dla ludzi, wykłady z etyki zawodowej, coś na wzór uniwersytetów robotniczych z czasów międzywojennych. Krótko mówiąc, chodzi o to, by, kiedy nastąpi jakiś wolnościowy zryw ludzi, nie tracić czasu na sprawy nieistotne. By ludzie zdawali sobie sprawę z tego, co jest w danej sytuacji istotne. Od czego można odstąpić, a od czego nie" (wrzesień 1984 r.).

Psychologiczny portret wroga


I tego typu zdań komuniści najbardziej się bali. Wpisany na listę "wroga numer jeden" poddawany był coraz częstszym inwigilacjom. Od pierwszych miesięcy stanu wojennego zbierano na księdza najdrobniejsze informacje w jego rodzinnej parafii na Białostocczyźnie. Pytano o zachowanie w szkole podstawowej i liceum. Budowano portret psychologiczny wroga, by znaleźć w nim słaby punkt. Szukano naruszenia norm prawnych podczas służby wojskowej. Jednocześnie założono podsłuch w aparacie telefonicznym na parafii, w jego dwóch prywatnych pokojach. Podczas comiesięcznej Mszy Świętej za Ojczyznę nagrywano jego kazania. Fotografowano wnętrze świątyni. Czasem dochodziło do konfiskaty materiału filmowego zachodnich telewizji. Sprawę "obiektu Popiełuszko" prowadził IV Departament MSW, czyli Departament ds. Wyznań i Narodowości. Msze Święte i kazania, zwane przez reżim komunistyczny "sprawą", były dla nich tak niebezpieczne, że "sprawę" stawiano na posiedzeniu komisji wspólnej komunistycznego rządu i Episkopatu. We wrześniu 1982 roku, w "sprawie wyeliminowania księdza z posług kapłańskich" pisał do kurii komunistyczny aparatczyk z cenzusem naukowca, minister urzędu ds. wyznań Adam Łopatka: "(...) Ksiądz Jerzy Popiełuszko 29.08.82 nabożeństwu o godzinie 19 nadał charakter jednoznacznie polityczny. Jego kazanie i przygotowana sceneria nabrały wymiaru oczywistej inspiracji do manifestacyjnych zachowań wiernych. Ksiądz Jerzy Popiełuszko zezwolił na umieszczenie wewnątrz dekoracji zawierających elementy podburzania i zachęcania do demonstracji w rocznicę porozumień z Gdańska i Szczecina 1980 roku. Bez odpowiednich zezwoleń zastosował nagłośnienie otoczenia kościoła powodując tym zgromadzenie się ok. 5 tysięcy osób, a następnie zablokowanie ulic. Ksiądz Popiełuszko dopuścił do aktywnego uczestnictwa w nabożeństwie kilka osób świeckich, z których jedna wzywała do modlitw w intencji ofiar stanu wojennego. (...)"
Równolegle, w czasie gdy skierowana została petycja do kurii, podpułkownik A. Adamski z MSW złożył wniosek do urzędu cenzorskiego o wydanie zakazu głoszenia kazań przez księdza. W związku z tym oficer zwracał się do urzędu o ekspertyzę księżowskich homilii. Odpowiadając na to pismo, cenzor "mgr Kazimierz Garnys" pisał o jednym z kazań księdza Jerzego: "Przemówienie to stanowi swoisty materiał rocznicowy dotyczący sierpnia '80. Na kanwie minionego okresu autor przeprowadza wywód bezkrytycznie idealizujący działania "Solidarności", mówiąc np. - która zrobiła w ciągu kilku miesięcy więcej niż zdołałaby dokonać tego najbardziej sprawna polityka, oraz wykazuje, jak dzięki działaniom władz, załamały się w naszym kraju tak ważkie wartości, jak wolność, prawda, sprawiedliwość. Owe działanie władz, zdaniem autora, polega na składaniu deklaracji o ugodzie, które idą równolegle z coraz dalszym odbieraniem praw obywatelskich. Przejawia się to też poprzez ustawy podejmowane przez Sejm, które (...) uderzają w myśl młodzieży akademickiej itp. Omawiany tekst, posługując się tendencyjnym doborem faktów i ocen lansuje tezy zbieżne z rozpowszechnianymi prawdami krajowych i zagranicznych ośrodków dywersji politycznej, co stanowi zagrożenie dla ładu i bezpieczeństwa publicznego, a tym samym narusza art. 2 pkt 1 Ustawy o Kontroli i Publikacji Widowisk".

Coraz bardziej otwarcie


Ale żadna z prób zastraszania księdza, na przykład wrzucania mu materiałów wybuchowych do mieszkania na plebanii, nie powiodła się. Podobnie jak szykanowanie jego rodziny, znajomych i przyjaciół.
W ślad za odwagą księdza Jerzego rosła odwaga innych księży w kraju. Msze Święte za Ojczyznę inicjowano nawet w małych miasteczkach. Coraz bardziej otwarcie prowadzono wykłady z historii i nauk społecznych w salach katechetycznych. Działalność podziemia, wbrew zapewnieniom komunistów, nie zmniejszała się, ale zwiększała. Postanowiono więc zastosować wobec księdza prowokację. W dzień drugiej rocznicy wprowadzenia stanu wojennego reżim wojskowy Jaruzelskiego ogłosił, że u księdza, w odziedziczonym przez niego mieszkaniu, znaleziono materiały "poważnie obciążające podejrzanego". A więc ulotki i materiały wybuchowe. Usłużni reżimowi dziennikarze prześcigali się w doniesieniach o "zdemaskowaniu przeciwnika ustroju". Przesłuchująca księdza prokurator Anna Jackowska postawiła też księdzu dodatkowe zarzuty "o nadużywaniu wolności sumienia". W akcie oskarżenia towarzyszka wymieniła szereg kościołów, w których ksiądz miał się "tych naruszeń dopuścić". Podczas przesłuchań prokurator pytała też księdza Jerzego: "Dlaczego, kiedy ksiądz rozłamuje hostię, rozłamuje ją w kształcie litery V?". Po przesłuchaniu ksiądz został wypuszczony.
Ta chałupniczo zorganizowana prowokacja wywołała wielkie poruszenie w kraju. Wiele środowisk, załóg pracowniczych ogłaszało swój sprzeciw w podziemnej prasie, czy też na spotkaniach załóg z dyrekcjami. Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu, nieudolnie tłumaczył niefachowość oficerów MSW na swoich cotygodniowych konferencjach prasowych dla dziennikarzy.
Ale szykanowanie księdza nie zakończyło się. Do zamordowania go przez komunistów przesłuchiwany był jeszcze trzynaście razy. W sierpniu 1984 r. stawiane mu zarzuty objęła amnestia. Amnestia nie objęła jednak księdza Jerzego. Już trwały gorączkowe przygotowania oficerów SB, Chmielewskiego, Piotrowskiego i Pękali do "wyeliminowania spośród żywych" księdza Popiełuszki. Brzęczały telefony pomiędzy Jaruzelskim a Milewskim. W IV Departamencie ustalano ostatnie szczegóły zbrodni.

Ostatni akord


Dwunastego września 1984 roku ukazuje się w sowieckiej gazecie "Izwiestia" korespondencja z Polski J. Toporkowa. Autor w sposób niezwykle kłamliwy i zjadliwy opisywał Msze Święte w kościele pw. Świętego Stanisława Kostki. Natomiast kazania księdza Jerzego nazywał wystąpieniami kontrrewolucyjnymi. W ślad za nim Jan Rem, czyli Jerzy Urban, na łamach "Tu i Teraz" atakował księdza. Nazwał go "Savanarolą antykomunizmu", który w kościele urządza "seanse nienawiści" do komunistów. A także jest "organizatorem sesji politycznej wścieklizny".
Równo w miesiąc po ukazaniu się paszkwilu Jerzego Urbana w "Tu i Teraz" ksiądz Jerzy pojechał do Bydgoszczy, by wziąć udział w nabożeństwie i odprawić modlitwę różańcową w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników na bydgoskich Wyżynach. Wyjechał z kierowcą z Warszawy pół godziny przed dziesiątą rano. Towarzyszył im w drodze przez kilkadziesiąt minut ten sam samochód. Byli już przyzwyczajeni do nękania przez służbę bezpieczeństwa. Mimo to obaj czuli się nieswojo. Rozmawiali niewiele.
W bydgoskim kościele w różańcowej modlitwie ksiądz Popiełuszko głosił między innymi: "Zwyciężyć zło dobrem to zachować wierność prawdzie. Dążenie do prawdy wszczepił w człowieka sam Bóg. Prawda zawsze ludzi jednoczy i zespala. Wielkość prawdy przeraża i demaskuje kłamstwa ludzi małych, zalęknionych. Od wieków trwa nieprzerwanie walka z prawdą. Obowiązek chrześcijanina to stać przy prawdzie, choćby miała wiele kosztować, bo za prawdę się płaci. Módlmy się, by nasze codzienne życie było przepojone prawdą. Aby zwyciężać zło dobrem, trzeba troszczyć się o cnotę męstwa. Jeżeli obywatel rezygnuje z cnoty męstwa, staje się niewolnikiem. Prośmy Chrystusa Pana dźwigającego krzyż, abyśmy w naszym codziennym życiu okazywali męstwo w walce o wartości prawdziwie chrześcijańskie. Aby zło dobrem zwyciężać i zachować człowieka, nie wolno walczyć przemocą. Komu nie udało zwyciężyć się sercem i rozumem, usiłuje zwyciężyć przemocą. Idea, która utrzymuje się tylko przy użyciu przemocy, jest wypaczona. Idea, która jest zdolna do życia, podbija sobą. "Solidarność" dlatego tak szybko zadziwiła świat, że nie walczyła przemocą, ale na kolanach, z różańcem w ręku, przy polowych ołtarzach upominała się o godność ludzkiej pracy, o godność i szacunek dla człowieka. O te wartości wołała bardziej, niż o chleb powszedni. Módlmy się, byśmy byli wolni od lęku zastraszenia, a przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy".

Ciąg dalszy w następnym numerze "Przewodnika Katolickiego"

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki