Logo Przewdonik Katolicki

Czy "zero" odgrzewa kotlety?

Michał Gryczyński
Fot.

Wybaczcie mi, czcigodni utracjusze raju, jeśli tytuł mojego felietonu brzmi surrealistycznie. Ale cóż na to poradzę, że nasza polityczna rzeczywistość upodabnia się coraz bardziej do świata opisanego przez Gombrowicza, zaś plastycznie przypomina niektóre dokonania Salvadora Dali? Telewizyjny show, jaki zafundowała nam komisja badająca sprawę Rywina-Michnika, budzi nawet u najbardziej...

Wybaczcie mi, czcigodni utracjusze raju, jeśli tytuł mojego felietonu brzmi surrealistycznie. Ale cóż na to poradzę, że nasza polityczna rzeczywistość upodabnia się coraz bardziej do świata opisanego przez Gombrowicza, zaś plastycznie przypomina niektóre dokonania Salvadora Dali?
Telewizyjny show, jaki zafundowała nam komisja badająca sprawę Rywina-Michnika, budzi nawet u najbardziej dociekliwych obserwatorów coraz mniejszy entuzjazm. I, zdaje się, że o to chodziło. Choć nawet ci mało uważni zdążyli się dowiedzieć, iż dla Leszka Millera poseł Ziobro z Prawa i Sprawiedliwości jest zerem, czyli - nikim. Chyba tylko kulturze osobistej posła Ziobro zawdzięczamy, że - w ramach riposty - nie zanucił urzędującemu premierowi przeboju grupy "Lady Pank" pt. "Mniej niż zero". Bo wyszłoby na to, że Polską włada obecnie Towarzysz Depresja, co - sądząc po olśniewających wskaźnikach gospodarczych jego nieszczęsnej ekipy rządowej - nie byłoby dalekie od prawdy.
A skąd się wzięły te "odgrzewane kotlety"? Oto niedawno eseldowski minister sprawiedliwości i prokurator generalny Grzegorz Kurczuk, zbulwersowany informacją, że poseł Zbigniew Ziobro chce powrócić do wyjaśnienia sprawy osławionej moskiewskiej pożyczki, oświadczył, że przypomina mu to odgrzewanie kotletów. Osobiście wolałbym, aby za kulinaria nie zabierali się - choćby tylko teoretycznie - nasi politycy, a zwłaszcza tak mało nasi, jak ministrowie z SLD. Kuchnia to, doprawdy, zbyt poważna rzecz, aby ich tam wpuszczać. Ale odnoszę wrażenie, że to nie poseł Ziobro proponuje potrawę "świeżą inaczej", tylko minister Kurczuk nieco "przesolił" i to, na dodatek, danie, które nigdy nie zostało do końca dogotowane. Sprawa moskiewskich pieniędzy, pożyczonych przez Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą od ich radzieckich towarzyszy na przepoczwarzenie w partię socjaldemokratyczną, nigdy przecież nie została do końca wyjaśniona. Choć powinna, bo nie jest obojętne, czy ugrupowania polityczne III RP mają rodzimą proweniencję, czy obcą, a więc niekoniecznie Polsce życzliwą. Pamiętamy - i póki nie doczekamy się ostatecznego wyjaśnienia, trzeba to nieustannie przypominać - że w styczniu 1990 r. liderzy PZPR pożyczyli w Moskwie, bagatela, milion dwieście tysięcy dolarów. A kurs dolara do złotego był wówczas wielokrotnie wyższy niż obecnie. Ani to "odgrzewane kotlety", ani "musztarda po obiedzie", ani "majonez po jajkach", skoro moskiewską pożyczkę zaciągnięto zaledwie kilkanaście lat temu.
Za finanse lewicy odpowiadali wtedy Leszek Miller i Wiesław Huszcza, którzy - wedle szefa OKP Mieczysława Gila - w 1991 r., tuż przed puczem Janajewa, gościli w ośrodku KPZR na Krymie. Ostatnio nazwisko Huszczy, kasjera lewicy, który z Kwaśniewskim i Millerem przeprowadzał ludzi PZPR do III RP, znowu pojawia się na łamach gazet. I to nie tylko za sprawą tzw. ustawy hazardowej czy przyjęcia imieninowego, z udziałem m.in. Jaskierni, Iwińskiego, Szarawarskiego i Łapińskiego. Również z powodu opinii Janusza Rolickiego, byłego naczelnego "Trybuny": "Facet jest nietykalny. Dokumenty większości nomenklaturowych spółek przechodziły przez jego ręce. Zakładał je, albo dawał na nie pieniądze z kasy po PZPR. Ma wiedzę, za pomocą której może zniszczyć niejedną karierę".
Tymczasem w mediach trwają spekulacje, czy Huszcza ma "papiery" na Jolantę Kwaśniewską. Czas pokaże.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki