Zobowiązanie od Pana Boga

Rozmowa z Maciejem Stuhrem, aktorem



Gdy parę lat temu rozmawiałam z Pańskim ojcem, nie był zachwycony, że podąża Pan jego zawodowym szlakiem.



- W tej chwili tata już pogodził się z faktem, że jestem aktorem i myślę, że podoba mu się to, co robię.



Jaki wpływ na Pański rozwój artystyczny miał kontakt z Krzysztofem Kieślowskim?



- Trudno mi to ocenić, ponieważ pana Krzysztofa...
Czyta się kilka minut
Rozmowa z Maciejem Stuhrem, aktorem

Gdy parę lat temu rozmawiałam z Pańskim ojcem, nie był zachwycony, że podąża Pan jego zawodowym szlakiem.

- W tej chwili tata już pogodził się z faktem, że jestem aktorem i myślę, że podoba mu się to, co robię.

Jaki wpływ na Pański rozwój artystyczny miał kontakt z Krzysztofem Kieślowskim?

- Trudno mi to ocenić, ponieważ pana Krzysztofa poznałem, będąc jeszcze dzieckiem. Przede wszystkim był dla mnie wujkiem, następnie kolegą z pracy taty, a dopiero później reżyserem. Faktem jest, że on jako pierwszy zaprosił mnie do pracy w filmie, był to "Dekalog X" i myślę, że taki kredyt zaufania, jakim zostałem przez niego obdarzony, bardzo zobowiązuje. Choć oczywiście to nie był główny powód, dla którego zostałem aktorem. Spotkanie w życiu Krzysztofa Kieślowskiego na pewno było dla mnie bardzo istotne, i nie mówię tu tylko o spotkaniu przy "Dekalogu". Pamięć o nim gdzieś głęboko we mnie tkwi. On pozostaje dla mnie wciąż bardzo ważną osobą.

Bardzo starannie chroni Pan swoją prywatność, tymczasem wielu Pańskich kolegów sprzedaje przed kamerami, czy też w prasie, dosłownie wszystko, co się da.

- Nie wszystko jest na sprzedaż.

Nawet w reklamie nie weźmie Pan udziału?

- Nie widzę żadnego powodu, dla którego miałbym wziąć udział w jakiejkolwiek reklamie, nie aż tak zależy mi na pieniądzach, żeby to dla nich robić, a żadnych innych powodów nie widzę. Jest mi to zupełnie niepotrzebne. Jednocześnie nie chcę potępiać tych osób, które biorą udział w reklamie, która jest dla mnie pewnego rodzaju formą sprzedawania się i namawiania. Najgorzej jest wówczas, gdy ktoś namawia poprzez reklamę do czegoś do czego nie ma absolutnie przekonania, a czyni to tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Nie zarzekam się, że nigdy nie wezmę udziału w reklamie, jednak na pewno będę jak najdłużej trzymał się od niej z daleka. Marcelo Mastroiani na tego rodzaju pytanie odpowiadał: "Nigdy nie sprzeniewierzę się ideałom mojego zawodu, chyba że będzie mi potrzebny nowy basen". Jest w tej odpowiedzi wielka włoska przekora, na którą oczywiście jeszcze nie mogę sobie pozwolić. Prawdą jest, że tego rodzaju propozycje otrzymuję.

Pomimo, że zagrał Pan wiele różnych i ciekawych ról, dla większości Polaków jest Pan doskonałym aktorem komediowym. Czy nie boi się Pan tego zaszufladkowania?

- To jest przekleństwo każdego aktora. Jednak na razie tego zaszufladkowania się nie obawiam ze względu na propozycje, jakie otrzymuję, a nie są to tylko propozycje komediowe. Zresztą, ostatnio robię całkiem poważne rzeczy. W komediach biorę udział nie tylko w filmie, ale także w teatrze. Tylko tam jest to oczywiście zupełnie inny rodzaj komedii.

Komedie stają się popularne i żyją innym życiem niż filmy ambitne, stąd myślę, że nadają mi wizerunek aktora komediowego, pomimo że tych komediowych ról zagrałem tylko kilka na kilkanaście filmów, które w sumie zrobiłem. Na takie postrzeganie nie ma siły, i szczególnie się tym nie przejmuję, gdyż bardzo lubię komedie i uwielbiam rozśmieszać ludzi. Myślę jednak, że najkorzystniejszą sytuacją dla aktora jest granie różnorodnych ról, dlatego w przyszłości muszę je jeszcze staranniej wybierać.

Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim są już tradycją rodzinną Stuhrów. Czy podjęcie studiów psychologicznych było daniem sobie czasu na odpowiedni moment wejścia w aktorstwo?

- Dobrze pani to ujęła. Aktorstwo czułem w sobie dość mocno, wiedziałem, że pozostanę mu wierny. Czekałem jednak na odpowiedni moment. Studia psychologiczne były świadomym czasem przedłużenia sobie młodości, nauczenia się czegoś roztropnego, przestudiowania mądrych książek oraz robienia wielu ciekawych rzeczy, jak np. kabaretu. Suma sumarum, te pięć lat, jakie spędziłem na Uniwersytecie, były dla mnie bardzo rozwijające.

Tym bardziej, że podobno rozkochał się Pan w filozofii?

- Psychologia, którą studiowałem, miała wielki plus, bowiem równolegle z nią mogłem także poznawać wiele innych bardzo ciekawych kierunków, jak kulturoznawstwo, filozofię czy religioznawstwo.

W sposób otwarty mówi Pan o swoich uczuciach religijnych. Czy fundamenty Pana wiary zbudowane zostały w domu rodzinnym?

- W pewnym stopniu na pewno tak, aczkolwiek ta religijność gdzieś we mnie jeszcze urosła. Byłem dzieckiem bardzo wrażliwym na tematy wiary. Pewnie tak jak większość innych dzieci, tylko później przychodzi czas młodzieńczego buntu, którego ja, szczerze mówiąc, nie pamiętam. Oczywiście wrażliwość religijna jest raz większa, raz mniejsza. Często teraz przyłapuję się na tym, że brakuje mi tych przeżyć i atmosfery z dzieciństwa, choć na szczęście czasem w różnych momentach życia jeszcze je czuję.

Jest Pan młody, przystojny, z dobrze zapowiadającą się karierą, i pozostający bardzo wrażliwym na sprawy duchowe. W dzisiejszych czasach to dosyć niezwykłe połączenie.

- Myślę, że wielu jest takich młodych ludzi, tylko pewnie trochę wstydzimy się o tym głośno mówić. Jesteśmy narodem, który najważniejsze sprawy lubi trzymać w sobie.

A może wstydzimy się naszej wiary, uważamy, że to takie niemodne?

- Na pewno często wstydzimy się siebie, wstydzimy się mówić o naszych uczuciach, o sprawach dla nas najgłębszych, to jest jakiś mechanizm obronny, który pewnie ma jakieś plusy, ale niestety także minusy. Byłem w zeszłym roku w Moskwie i zauważyłem, że ludzie tam są bardziej otwarci w mówieniu o sobie, o Bogu, są szczersi we wzajemnych kontaktach. My z kolei, jak mamy zacząć mówić o sprawach poważnych, to wydaje się nam to pretensjonalne, więc wolimy żartować i zachować dystans do wszystkiego. Myślę, że niepotrzebnie aż tak się krygujemy.

Być może po prostu wolimy złapać pilota i oglądać "Bar bez granic" czy też "Kawalera do wzięcia"?

- Na szczęście żyję i poruszam się wśród ludzi, którzy są bardzo odporni na tego rodzaju "telewizyjne wyzwania". Na pewno, obecnie zalewa nas ogromna fala potwornego spłycenia wszystkiego, co się nam proponuje. Wydawcy programów telewizyjnych i prasy podtrzymują się jakimiś danymi, które rzekomo wykazują, że ludzie nie chcą zarówno oglądać jak i czytać niczego ambitnego, co zmuszałoby ich do głębszych przemyśleń. Tak więc podaje się nam najprymitywniejszą papkę. Myślę, że badania te nie mówią całej prawdy. Przecież ludzie nie są głupi, tylko nie zawsze wiedzą, czego chcą. Wydaje mi się, że nie można się poddawać, i iść najprostszą drogą, ale zaufać ludziom i pokazać im, że na ambitnych programach i filmach też można się świetnie bawić oraz wynieść pozytywne korzyści.

Proszę powiedzieć, co decyduje; reżyser czy też scenariusz, że wybiera Pan lub odrzuca daną rolę?

- Szczerze mówiąc, różnie to bywa, jednak scenariusz jest najważniejszy. Dobry scenariusz trudno później poprawić, można go oczywiście popsuć, ale im jest lepszy, tym trudniej go popsuć. Niestety, dobrych scenariuszy u nas nie ma zbyt wielu, poza tym oczywistością jest, że nie we wszystkich najlepszych mam szansę zagrać. Odrzucanie propozycji jest zawsze bardzo bolesne, bo nie wiadomo, czy człowiek później będzie miał cokolwiek do roboty. Przy wyborze roli zawsze kieruję się, tak zwaną przeze mnie, "polityką względem swojej twarzy", żeby mieć świadomość, z kim czy z czym ludzie będą mnie później kojarzyć, czy dany krok mi pomoże, czy też zaszkodzi. To nie są proste wybory. Myślę, że potrzebna jest w tym względzie pewna intuicja, żeby to wszystko ze sobą pogodzić. Staram się omijać z daleka wszystkie przedsięwzięcia telewizyjne typu sitcom, a swoją energię próbuję kierować w zupełnie innym kierunku.

Jak na młodego człowieka i aktora, ma Pan już spory dorobek: ukończone dwa fakultety, kabaret, scena teatralna, film - dokąd Pan zmierza?

- Też zadaję sobie to pytanie. Od roku jestem bardzo mocno związany z filmem, i potrwa to jeszcze parę miesięcy, ponieważ realizuję dość duży projekt. Jednak to budzi we mnie ogromną tęsknotę za teatrem, za tym, aby się trochę skupić i pomyśleć. Mam czasem też takie zakusy, żeby zrobić coś bardzo ważnego, coś takiego, co by po mnie na trwałe pozostało. Nie mam jeszcze żadnego konkretnego pomysłu, są to tylko marzenia. Mam jednak nadzieję, że jak trochę okrzepnę w życiu i jeszcze bardziej dojrzeję, to zrobię coś takiego.

Jaką rolę w Pańskim życiu pełni dom rodzinny? Jakie wartości są najistotniejsze w Pańskim domu?

- Dom rodzinny jest i powinien być ostoją. Miałem cudowny dom rodzinny. Chciałbym, aby te wartości, które wyniosłem z niego, towarzyszyły mi dalej w życiu. Oczywiście to nie jest takie proste, bo gdy zakłada się swoją rodzinę, spotykają się zawsze dwa systemy wychowawcze, kobiety oraz mężczyzny. Każdy też przychodzi ze swoim bagażem życiowym i wielką sztuką jest wypracowanie sobie czegoś zupełnie nowego, własnego, to jest też chyba najtrudniejsze. Ta gra jest najpoważniejszą grą i wydaje mi się, że warto o nią powalczyć.

Czy uważa się Pan za szczęściarza?

- Tak, myślę, że jestem wielkim szczęściarzem, bluźniłbym, gdybym tak nie uważał. Wiele rzeczy w życiu mi się udaje i Panu Bogu muszę to oddać, co mi daje. Traktuję to jako pewnego rodzaju zobowiązanie, które muszę dobrze wypełnić.

Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 1/2004