Proboszcz idealny...

O aktorskiej pasji, przywiązaniu do sutanny i obserwacjach z polsko-ukraińskiego pogranicza w rozmowie z Włodzimierzem Matuszakiem, odtwórcą roli księdza proboszcza w popularnym serialu telewizyjnym "Plebania".
Czyta się kilka minut

Wykonuje Pan swój zawód z pasją - czy można powiedzieć, że jest Pan aktorem z "powołania"?

- Myślę, że tak. Oczywiście, to powołanie zrodziło się i uaktywniło we mnie dopiero przed maturą, kiedy byłem dorosłym człowiekiem. Miałem wtedy 20 lat i dużo obaw - nie sądziłem, że to wszystko tak gładko pójdzie. Znałem historię znajomych, którzy wielokrotnie zdawali do szkół teatralnych i się nie dostawali. A ja tak od razu... Za to później miałem przygody - nie skończyłem tych studiów po czterech latach, jak powinienem. Zwiedziłem aż dwie uczelnie. W sumie uzyskanie dyplomu zabrało mi około ośmiu lat. Zacząłem studiować w Warszawie w roku 1967 - to był okres szczególny dla Polski. Relegowano mnie z uczelni. Miałem chwilę załamania, niewiary w siebie, chociaż wiedziałem, że moje usunięcie ze studiów nie jest związane z tym, co sobą prezentuję jako przyszły aktor. Po roku przerwy postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej raz jeszcze. Ale tym razem wybrałem Łódzką Szkołę Filmową. Po trzech latach studiów zostałem znowu usunięty. Wtedy zaczęła się moja tułaczka po Polsce. Byłem, między innymi, kierownikiem klubu "Medyk" w Gnieźnie, zacząłem też współpracować z teatrem gnieźnieńskim. Później dowiedziałem się, że moi koledzy - również wyrzuceni z uczelni - wrócili na studia. Niewiele myśląc, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Łodzi. Były już inne czasy. Usłyszałem: "Proszę złożyć podanie, poza tym w ogóle nie ma problemu". No i ukończyłem studia jako pierwszy z mojego roku - pracę magisterską broniłem w niedzielę i to bardzo wcześnie, bo w kwietniu. Potem kierunek - teatr... już z dyplomem w kieszeni.

Jakie cechy trzeba posiadać, żeby podczas castingu reżyser mógł powiedzieć: "No, to jest wymarzony proboszcz!"

- Tu sprawa jest bardziej skomplikowana. Wygląda to tak, że reżyser, który jest odpowiedzialny za dobór obsady aktorskiej, najpierw przegląda zdjęcia i słucha, co mają mu do powiedzenia ludzie, którzy danego kandydata znają. Potem następuje spotkanie - takie w cztery oczy, chociaż z obecnością kamery. Jest to właściwie zupełnie prywatna rozmowa o różnych rzeczach. Aktor musi mieć świadomość, że jest obserwowany nie tylko przez kamerę, ale także przez osoby, które z nim rozmawiają. One wyciągają sobie jakieś wnioski, mówią - "Bardzo dziękujemy za rozmowę, będziemy się kontaktować". Potem następuje chwila niepewności - czasami krótsza, czasami dłuższa, i nagle okazuje się, że człowiek jest brany pod uwagę jako poważny kandydat do dużej roli - samego księdza proboszcza. Potem zaczynają się zdjęcia próbne - miałem je ze wszystkimi głównymi bohaterami, po kolei.

Ale rola proboszcza z Tulczyna nie była pierwszą okazją do założenia sutanny...

- No nie... Jakbym miał wspominać, czy kiedykolwiek zakładałem sutannę, to zdarzyło się to w teatrze w Toruniu, rok po uzyskaniu dyplomu. Wszedłem w jakieś zastępstwo i zagrałem księdza w takiej komedii kryminalnej. Tam po raz pierwszy grałem w sutannie... chociaż to nie był ksiądz, tylko agent Scotland Yardu, więc nie wiem, czy to się liczy. Drugi raz był poważniejszy - w bydgoskiej realizacji "Dziadów" zagrałem rolę ks. Piotra, chociaż nie występowałem w typowej sutannie. Tamte przygody sceniczne były niejako związane z tym, co obecnie wykonuję. Ale najpoważniejszą jest właśnie rola księdza proboszcza w "Plebanii".

Jak wyglądały przygotowania do roli - czy rozmawiał Pan z jakimiś księżmi, podpatrywał ich pracę, czy zdał się zupełnie na własną intuicję?

- Po serii zdjęć próbnych i podjęciu decyzji, co do obsadzenia mnie w głównej roli, produkcja zafundowała mi wyjazd do Krasiczyna, na tamtejszą plebanię, gdzie spotkałem się z proboszczem, który do dziś jest konsultantem serialu. Zamieszkałem na plebanii, poznawałem wszystko od podszewki. Mogłem zadawać tysiące pytań, wszędzie zaglądać, wszystkiego dotykać. To mi bardzo pomogło.

Ale sama plebania i osoba księdza proboszcza nie jest tak do końca fikcyjna...

- Postać ks. Antoniego jest postacią, którą musiałem niejako "wyjąć z siebie". Chociaż niewątpliwym pierwowzorem jest tutaj ks. Stanisław Bartmiński, proboszcz z Krasiczyna, który zresztą ma spory udział w pisaniu scenariusza. On opowiada scenarzystom różne historie, które go dotknęły osobiście. I wiele z tych prawdziwych zdarzeń trafia na ekran.

Czy z perspektywy roli nie wydaje się Panu, że współczesny ksiądz to często taki szlachetny Don Kichot, walczący z grzechami parafian - pijaństwem jakiegoś Mulaka, nietolerancją jakiejś Grzybowej, cynizmem jakiegoś Tracza...

- Myślę, że to jest obowiązek kapłanów. Kiedy rzecz dzieje się w małej społeczności, to księża spotykają się z patologią - tą, o której mówimy w serialu. Spotykają się z ludzkimi nieszczęściami i radościami - chociaż w tych czasach, na pewno, więcej jest nieszczęść. Rolą każdego kapłana jest dogłębne wsłuchanie się w głos tej społeczności. To nie jest przypadek, że oni przychodzą i zwierzają się ze wszystkiego. Być może w dużych miastach wygląda to inaczej - myślę, że tam, na pograniczu polsko-ukraińskim, takie rzeczy zdarzają się częściej. Tam żyją troszeczkę inni ludzie - taka mieszanka etniczna. Zdarzają się też Grzybowe i o Tracza nietrudno... Tu nie ma rzeczy wyssanych z palca. Nie chcę mówić, że ten serial ma walory dydaktyczne, chociaż czasami trzeba wskazać, co jest dobrem, a co złem. Dla tych wiejskich społeczności małe rzeczy urastają do rangi naprawdę dużych problemów. Jeżeli nie mają się komu wyżalić, to zaczynają się dramaty - nałogowe picie alkoholu, jak w przypadku Mulaka.

Jak często słyszy Pan na ulicy "Szczęść Boże"?

- No, to się zdarza bardzo często. Tak często, że aż dziwnie się czuję... Ale to jest fenomen przekazu telewizyjnego. Ludzie przestają w pewnym momencie rozróżniać te dwie rzeczywistości - widzą aktora, ale pierwsze skojarzenie jest takie: "A, idzie ksiądz proboszcz, to trzeba się ukłonić". Czasami widzę, jak ludzie się łapią na tym, że najpierw pozdrowią, a potem pomyślą: "O Boże, to przecież tylko aktor...".

Chyba trudno jest poza planem uwolnić się od wizerunku proboszcza z Tulczyna?

- Przy takim serialu, kiedy w ciągu tygodnia telewizja emituje trzy odcinki, jest cała masa pracy. Nie ma czasu na jakieś inne zajęcia poza planem. Ale robimy wszystko, aby zapomnieć, że tworzymy postać, która może tak głęboko zapaść w umysły widzów, że przeszkodzi w dalszej pracy zawodowej. Chociaż ja się nie boję zaszufladkowania - gdyby tak było, musiałbym zrezygnować z pracy w serialu. Pozostaje jeszcze teatr, gdzie można się pokazywać z zupełnie innej strony.

A jaki jest Włodzimierz Matuszak po zdjęciu koloratki? W gronie rodzinnym?

- Myślę, że jest trochę podobny do księdza proboszcza, ale nie do końca. Staram się być człowiekiem, który rozumie innych. Wystarczy być wrażliwym i już można zauważyć ludzką krzywdę na każdym kroku. Nie trzeba koniecznie wcielać się w postaci, które do tego predysponują. Dopiero teraz widzę, że mam dużo cech z proboszcza Antoniego Wójtowicza. A może to on ma sporo ze mnie..?

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 20/2003