Znów budzą się demony

Niemal trzy lata temu zerwaliśmy się do powszechnego, fenomenalnego i podziwianego aktu pomocy i solidarności z Ukraińcami. Dziś niewiele z tego wzmożenia pozostało, za to znów budzą się demony, które już niegdyś zaważyły na losach obu narodów.
Czyta się kilka minut
Manifestacja poparcia dla Ukrainy w Dzień Niepodległości naszych wschodnich sąsiadów, plac Zamkowy w Warszawie, 24 sierpnia 2025 r. fot. Jakub Porzycki/ Anadolu/Getty Images
Manifestacja poparcia dla Ukrainy w Dzień Niepodległości naszych wschodnich sąsiadów, plac Zamkowy w Warszawie, 24 sierpnia 2025 r. fot. Jakub Porzycki/ Anadolu/Getty Images

Jakże to było dawno, gdy Jan Kochanowski, w chwili zdawałoby się największej chwały i potęgi Rzeczpospolitej, pisał:

„Cieszy mię ten rym: «Polak mądr

po szkodzie»;

Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi”.

Mistrz z Czarnolasu już przed pięcioma stuleciami dostrzegał tę szczególną przypadłość naszego narodowego charakteru – nie korzystamy z doświadczeń przeszłości, nie uczymy się na błędach, pozostajemy głupi, choć winniśmy być mądrzy, dysponując taką skalą doświadczenia. Niewiele się od czasów Kochanowskiego zmieniło. Mam przejmujące odczucie, że dziś znowu koncentrujemy się na tym, co mniej istotne i zapominamy, co jest najważniejsze. Niby wiemy, kto nam dziś zagraża, niby rozumiemy, kto wrogiem, a kto przyjacielem. Niby.

Antyrosyjskie wzmożenie i antyukraińskie fobie

Rozmawiałem w ostatnich dniach, po tym, gdy dowiedzieliśmy się o akcie rosyjskiego terroryzmu na torach w okolicach Dęblina, z wieloma osobami, które miały zawsze rozsądne i wyzbyte emocji podejście do rozmaitych wydarzeń. Zaskoczyło mnie, jak często w opiniach eksponować zaczęły ukraińskie pochodzenie i obywatelstwo sprawców owego aktu terroru. Owszem, żadna z tych osób nie negowała rosyjskiej inspiracji, rosyjskiego sprawstwa, ale eksponowała ukraińskie pochodzenie zamachowców, bo przecież rosyjska inspiracja jest oczywista, po co zatem wciąż ją przypominać. W ten sposób tworzyła się opowieść nieprawdziwa i niesprawiedliwa, ale schlebiająca antyukraińskim fobiom coraz liczniejszych Polaków. Niemal trzy lata temu zerwaliśmy się do powszechnego, fenomenalnego i podziwianego aktu pomocy i solidarności z Ukraińcami, a dziś jakże niewiele z tego wzmożenia pozostało. Osobiście nie jestem tym wielce zaskoczony. Wówczas atmosfera proukraińskiego i antyrosyjskiego wzmożenia przybierała niekiedy absurdalne formy – na przykład deklaracji filharmonii, że nie będą grać rosyjskiej muzyki, czy wydawnictw ogłaszających, że nie będą publikować dzieł Dostojewskiego, Tołstoja i Puszkina. Szaleństwo! Dziś okazuje się, że to antyrosyjskie wzmożenie było być może chwilowym odejściem od zadawnionego resentymentu wobec Ukrainy i Ukraińców, który okazał się tak głęboko zakorzeniony w polskiej duszy. Ukraińskie pochodzenie i obywatelstwo terrorystów spod Miki okazuje się dziś dla niektórych ważniejszym niż to, komu oni w istocie służyli.

Znów budzą się demony, które już niegdyś, przed stuleciem, zaważyły na losach obu narodów. Może warto zatem przypomnieć tamte wydarzenia i zrozumieć, czym kończy się brak zrozumienia, co jest naprawdę ważne dla nas i dla naszych braci Ukraińców.

Nowy porządek Europy

Powróćmy do chwili, gdy upadał wiekowy porządek Europy, upadały trony monarchów, rodziły się narodowe państwa, realizujące ambicje narodów, które pragnęły pójść „na swoje”. Dramatyczna jesień roku 1918, dogasa I wojna światowa, wielka wojna, jak mówili współcześni. Historia przyspiesza, każdy dzień i każda godzina przynoszą epokowe zmiany. Zwróćmy uwagę na Lwów i wschodnią część zaboru austriackiego, ziemie na wschód od Przemyśla i Sanu. Austro-Węgry, monarchia Habsburgów, rozpadły się w październiku 1918 roku. Zmurszały gmach monarchii runął pod ciężarem klęsk wojennych, odśrodkowych dążeń narodów, które ją tworzyły, wreszcie ducha tamtego czasu, gdy wielonarodowe imperia zdały się nie mieć już żadnej przyszłości. Zwyciężała zasada samostanowienia narodów, głoszona przez prezydenta USA Woodrowa Wilsona, przyznająca każdemu narodowi prawo do posiadania własnego państwa. Upadek imperiów, carskiego i habsburskiego, dawał wyjątkową szansę wielu nacjom, które nigdy wcześniej nie posiadały suwerennego bytu albo utraciły go w przeszłości. Wśród beneficjentów nowego ładu były Polska i Ukraina; pierwsza odbudowywała państwowość zniszczoną przez zabory, druga tworzyła ją z niczego. Wspomniana powyżej zasada samostanowienia narodów, na której oparł swoje stanowisko Wilson w orędziu wygłoszonym przed Kongresem USA 8 stycznia 1918 roku, otwierała drogę do polskiej niepodległości. Jednak prezydencka formuła była dla wielu Polaków trudna do zaakceptowania. Większość wyobrażała sobie odrodzenie Rzeczpospolitej jako przywrócenie dziejowej sprawiedliwości, zatem w granicach zbliżonych do tych z roku 1772, a może nawet 1618. Takie oczekiwanie oznaczało, że będzie ona państwem wielonarodowym, takim jakim była przed ponad stuleciem. Było to sprzeczne z brzmieniem 13. punktu deklaracji Wilsona, którego stosowny fragment głosił: „Należy stworzyć niepodległe państwo polskie, obejmujące terytoria zamieszkane przez ludność niezaprzeczalnie polską”. W zamierzeniach zwycięskich aliantów nie było zatem miejsca dla mocarstwowych planów powrotu do wielonarodowego państwa o powierzchni niemal miliona kilometrów kwadratowych. Miało ono być etnicznie polskie, a zatem o wiele mniejsze niż niegdyś – od Bugu na wschodzie po część Wielkopolski na zachodzie, od Karpat na południu po niewiadomą na północy, ponieważ Wilson mówiąc o potrzebie zapewnienia Polsce „swobodnego i bezpiecznego dostępu do morza”, niekoniecznie myślał o tym samym, czego oczekiwali Polacy.

Nierozwiązywalny węzeł

Właśnie ta żywo obecna w polskiej pamięci wyidealizowana wizja Rzeczpospolitej wielu narodów skazała nas na konflikt „w rodzinie”, spór z braćmi – Litwinami, Ukraińcami i Białorusinami. Oni pragnęli wreszcie wybić się na niepodległość i marzyli o wielkiej Ukrainie, sięgającej na zachód aż po Szczawnicę, i o wielkiej Litwie, spadkobierczyni dawnego Wielkiego Księstwa, rozciągającej się po Suwałki, Augustów i Białystok. My chcieliśmy przywrócić dawną Rzeczpospolitą, choć w zmienionej formule federacji lub konfederacji. Konflikt na wschodzie zaczął się więc jeszcze w 1918 roku właśnie od poróżnienia się „w rodzinie”. Przypomnijmy wydarzenia na pograniczu polsko-ukraińskim, tam, na wschód od Bugu i Sanu, gdzie nie dało się wytyczyć żadnej wyraźnej granicy wyznaczonej według słów Wilsona o „ludności niezaprzeczalnie polskiej”. Tam była mozaika narodowościowa, miasta były polskie i żydowskie, wieś ukraińska. Ukraińcy byli w większości, ale elity były polskie. Nierozwiązywalny węzeł gordyjski.

Spór o Lwów

Wszystkie sprzeczności skupiły się jak w soczewce we Lwowie. Miasto pozostawało w granicach Polski od sześciu stuleci, pomimo ruskich korzeni całkowicie zintegrowało się z Rzeczpospolitą, jego mieszkańcy uchodzili za wzorzec wiernego patriotyzmu. Leopolis semper fidelis to nie było czcze hasło, ale wyraz powszechnej i szczerej postawy. Miasto było jednak wyspą na ukraińskim morzu, a Ukraińcy, im silniejsza była ich odrębna tożsamość, tym mocniej domagali się, aby Lwów „powrócił do macierzy”. Gdy rozpadła się monarchia Habsburgów, na początku listopada 1918 roku mieszkańcy miasta zostali zaskoczeni działaniami ukraińskiej formacji Strzelców Siczowych, później zwanej Armią Halicką, która obsadziła najważniejsze miejsca decydujące o kontroli nad miastem. 1 listopada 1918 roku nad Lwowem załopotały żółto-niebieskie flagi, władzę objęła rodząca się dopiero Zachodnioukraińska Republika Ludowa (ZURL). Polskiego państwa jeszcze nie było, zaczęło się tworzyć dopiero dziesięć dni później, po objęciu władzy przez Józefa Piłsudskiego. Lwowiacy byli sami. Wtedy rozpoczęła się akcja odzyskiwania miasta przez jego mieszkańców, otoczona później bohaterską opowieścią o „Orlętach Lwowskich”, jednym z mitów założycielskich Niepodległej. Walki o Lwów po kilku tygodniach przerodziły się w wojnę między dwoma dopiero rodzącymi się państwami, wojnę, która toczyć się miała aż do lipca 1919 roku i przynieść zwycięstwo Polsce. Ukraińcy zostali zepchnięci na wschód od rzeki Zbrucz, dawnej granicy Austrii i Rosji. Sukces? Jeśli tak, to pozorny. Zwycięstwo? Jeśli tak, to pyrrusowe. Nowa Polska pokonała nową Ukrainę, państwa, które uwikłały się w wojnę o sprawy ważne i nacechowane emocjami, ale przecież wtórne. Pisząc ten tekst, zajrzałem do kilku najbardziej wówczas opiniotwórczych czasopism – „Ilustrowanego Kuriera Codziennego”, „Kuriera Warszawskiego”, „Kuriera Poznańskiego” – i wszędzie odnalazłem ogromne natężenie nienawistnych emocji wobec Ukraińców. Znacznie mniejszą uwagę poświęcano zagrożeniu, które dopiero zaczynało dawać o sobie znać – Rosji bolszewickiej.

Kto sojusznik, kto wróg

Antyukraińskie emocje, ciągłe powracanie do Chmielnickiego, koliszczyzny, rzezi humańskiej doprowadziły do tego, że największego wroga zaczęliśmy widzieć nie tam, gdzie się naprawdę znajdował. Co przyniósł bowiem mniemany sukces Polski w wojnie z Ukrainą, w latach 1918–1919? Owszem, utrwaliliśmy kontrolę nad Galicją Wschodnią, ale pośrednio przyczyniliśmy się do zniszczenia młodej państwowości ukraińskiej. Rosja bolszewicka, wykorzystując zaangażowanie Ukrainy w wojnę z Polską, najechała jej terytorium, zajęła Kijów i zmusiła władze suwerennej Ukraińskiej Republiki Ludowej do ucieczki z kraju. Od tej chwili na wschodzie mieliśmy już nie wroga mniemanego, ale boleśnie rzeczywistego. Rosję w kolejnym swym wcieleniu, tym groźniejszą, bo łączącą imperializm wielkoruski z komunistycznym, śmiertelnego wroga Polski i Ukrainy, wobec którego nasz „spór w rodzinie” ujawniał swoje rzeczywiste, wtórne znaczenie. Ulegliśmy wtedy, przed z górą stu laty, emocjom, stereotypom i straciliśmy jasność i realność ocen. Niby zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że rośnie na wschodzie przemożna i bezwzględna siła, ale bardziej do naszych emocji przemawiało bohaterstwo „Orląt” niż racjonalna ocena, skąd płynie największe zagrożenie i kto powinien być w tej sytuacji sojusznikiem.

Jest w tym nauczka dla nas, współczesnych, bo niestety znowu wracają demony antyukraińskich emocji. Znów w języku polityków, publicystów, nauczycieli i tzw. zwykłych ludzi uwidacznia się powrót dawnych uprzedzeń. Niby wszyscy wiedzą, jak jest, ale akcenty rozkładają inaczej. Słabnie świadomość tego, kto naprawdę zagraża naszej egzystencji. Wciąż wracamy do dawnych uprzedzeń, nadal dla wielu z nas w centrum zainteresowania są „Orlęta” i rzeź wołyńska. Czyżbyśmy znowu byli głupi?  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 50/2025