Jak przerzucić się na rower

W zachodnich miastach drogi rowerowe buduje się po to, by komunikacja rowerem była sprawna i bezpieczna. W Polsce drogi rowerowe są po to, by cykliści nie przeszkadzali kierowcom
Czyta się kilka minut
Fot. Magdalena Bartkiewicz
Fot. Magdalena Bartkiewicz

W Warszawie wybuchła poważna polityczna dyskusja. Wiem, że przymiotnik „polityczny” nie pasuje do słowa „poważny”, ale naprawdę tym razem było inaczej niż zawsze. Dyskusja dotyczy bowiem nie spraw wielkich, wzniosłych, abstrakcyjnych. Ale przyziemnych. I to dosłownie: dróg i ścieżek rowerowych i sposobu przemieszczania się Warszawiaków. Jak to możliwe – pytają aktywiści miejscy – że Warszawa jest mniejsza od Berlina, a tam rowerami jeździ 15 proc. podróżnych, a w stolicy Polski tylko 3 proc. Dlaczego po pandemii Paryż stał się metropolią przyjazną rowerom, a w Polsce w tej kwestii niewiele się zmienia? Chętnie wyjaśnię. Choć zaznaczę, że będzie to stronniczy punkt widzenia mieszkańca Warszawy, który do pracy jeździ rowerem trzy do pięciu razy w tygodniu.

Pomyślicie, Drodzy Czytelnicy, że mam pracę gdzieś blisko miejsca zamieszkania. Nic bardziej mylnego – do redakcji „Rzeczpospolitej” z domu mam około 21 kilometrów. Wcześniej ten dystans wydawał mi się zbyt duży. Ale właśnie gdzieś w okolicach pandemii postanowiłem spróbować. I niezwykle polubiłem ten środek komunikacji. To znaczy lubiłem go też wcześniej – całe liceum i studia jeździłem po Krakowie rowerem. Czy padał deszcz, śnieg czy świeciło słońce, tych kilka kilometrów po centrum Krakowa pokonywałem na starej ukrainie. Trochę w tym było przekory, trochę pozy (wełniana kurtka, kaszkiet, półbuty, przerzucona przez ramię torba z lekturami filozoficznymi), ale też było to bardzo wygodne. Ale gdy przeniosłem się do Warszawy i zamieszkałem na obrzeżach, dystans wydawał mi się zbyt duży. Owszem, traktowałem rower jako świetny sposób na relaks – jeździłem po okolicznych wydmach piaskowych, sosnowych lasach i bagnach, przemierzałem nadwiślańskie łąki przez wiele godzin. Ale właśnie w okolicach pandemii postanowiłem sprawdzić, czy da się – unikając tłumu w komunikacji miejskiej – traktować to jako środek lokomocji w dużej aglomeracji. Dało się.

Co było najważniejsze? Otóż fakt, że z mojej części miasta do centrum prowadzi długi przeciwpowodziowy wał wzdłuż Wisły, na którym jeszcze dwie dekady temu ułożono betonową kostkę. Nie jest to podróż komfortowa, ale nie trzeba co kilkaset metrów zatrzymywać się na światłach, uważać na samochody czy ustępować pierwszeństwa innym. Innymi słowy, mogę dość szybko pokonać duży dystans, nim wjadę do centrum miasta. Innym milowym krokiem było stworzenie w Centrum naziemnych przejazdów rowerowych. Wcześniej albo brałeś rower do przejścia podziemnego, albo ryzykowałeś w godzinie szczytu jazdę miedzy autobusem a samochodami. Dzięki tym przejazdom, a także utworzeniu tzw. kontrpasów (czyli możliwości jazdy ulicami jednokierunkowymi rowerem pod prąd specjalnie wymalowanym na czerwono pasem), podróż rowerem przez Śródmieście stała się płynna. Do tego doszły nowe ścieżki łączące różne dzielnice miasta.

Co jest największym problemem? Mentalność. W zachodnich miastach drogi rowerowe buduje się po to, by komunikacja rowerem była sprawna i bezpieczna. W Polsce drogi rowerowe są po to, by cykliści nie przeszkadzali kierowcom. Stąd nagminne łączenie pasów rowerowych i pieszych, co nie jest ani wygodne dla cyklistów, ani bezpieczne dla pieszych. A jeśli o mentalności mowa – to też przekonanie kierowców, że miasto należy do nich, a rowerzyści i piesi to niepotrzebni intruzi – też nie polepsza sytuacji. Jeśli to się nie zmieni, ani w Warszawie, ani w innych polskich miastach mieszkańcy nie przerzucą się na rowery.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 20/2026