Logo Przewdonik Katolicki

Droga do nieszczęścia

Andrzej Błaszczak
fot. GordonGrand/Fotolia

Kiedy na początku każdego roku przeglądam statystyki wypadków z minionych dwunastu miesięcy, zadaję sobie pytanie, czy szanujemy życie. Chyba nie do końca, bo liczby są zatrważające. Ale nie one są tu najważniejsze.

Nagle przerwane nie setki, a tysiące istnień ludzkich – pomnożone przez kolejne tysiące zrozpaczonych najbliższych – to ponura rzeczywistość. To rodziny, które straciły swoje matki lub ojców. Niekiedy ginie oboje rodziców i jeszcze wczoraj roześmiane dzieci nagle stają się sierotami, pozbawionymi nie tylko ciepła rodzinnego domu, ale również opieki i perspektyw na przyszłość. W innych przypadkach giną ukochane dzieci i od tej chwili pojawia się rozpacz, której nawet nie potrafimy sobie wyobrazić.

A ciężko ranni w wypadkach drogowych? Przecież ich losów nie śledzimy, bo to nie możliwe. Część z nich pozostaje kalekami na całe życie. Nagle plany na przyszłość rozpadają się jak domek z kart. Pozostaje rozpacz, frustracja. Nie każdy potrafi odnaleźć się w tej niespodziewanej rzeczywistości. Tu też liczbę rannych w wypadkach należy pomnożyć przez tysiące ludzi z najbliższych rodzin. No i tak co roku bezlitośnie wzrasta liczba ludzkich tragedii.
 
Zielone nie gwarantuje bezpieczeństwa
Czy możemy temu zapobiec? Nikt nie poda nam recepty idealnej. Jednak można się pokusić o analizę, która powinna nam pomóc. Na początek coś, co policjanci nazywają zasadą ograniczonego zaufania.
Zacznijmy od pieszych, choćby dlatego, że jest ich najwięcej, bo wszyscy nimi jesteśmy. Jak należy w tym przypadku stosować wspomnianą zasadę ograniczonego zaufania? Jeśli stosujemy się do norm i przepisów, to teoretycznie nic nie powinno nam się stać. Jednak doskonale wiemy, że tak nie jest. Dlaczego? Bo na drodze nie jesteśmy przecież sami. Zielone światło nie jest – i w najbliższej przyszłości nie będzie – gwarancją bezpieczeństwa. Pamiętajmy, że ten otwierający się przed nami zielony szlak nie zapewnia nam nietykalności. W 2018 r. doszło w Polsce do 3738 wypadków na przejściach dla pieszych. To prawie połowa wszystkich incydentów z udziałem pieszych na drogach w całym kraju. A zginęło w tych, wydawałoby się bezpiecznych miejscach, 271 osób. Co gorsza, liczba ofiar w tych miejscach od lat wzrasta.
Czy pieszy miał pierwszeństwo? Ależ tak, tylko że to on jest narażony na największe obrażenia. Nie bez powodu zacząłem omawiać incydenty pomiędzy autami i pieszymi na przejściach z sygnalizacją świetlną, bo to przypadki, których można uniknąć, kiedy tylko przez cały czas będziemy zachowywali czujność. Oczywiście przejścia dla pieszych bez sygnalizacji są zdecydowanie bardziej niebezpieczne, stąd czujność zarówno po stronie kierujących pojazdami, jak i pieszych powinna być tam jeszcze większa.
 
Oczy dookoła głowy
A jak zachować ostrożność na szosie? Tu komplikacji jest zdecydowanie więcej. Ale choćby część zdarzeń jesteśmy w stanie przewidzieć. Przecież ogromna liczba wypadków spowodowana jest jedyni głupotą, brawurą, bezmyślnością. Przyczyn takiego stano rzeczy jest bardzo wiele. Od szkolenia kierowców poczynając, a na kulturze kończąc.
Zatem jak powinniśmy się w tym wszystkim odnaleźć? Zdolność przewidywania. Tego uczymy się przez lata, przez dziesiątki tysięcy przejechanych kilometrów i każdą niebezpieczną sytuację, z których większość na szczęście zazwyczaj nie kończy się kolizjami, ale które dosłownie mrożą krew w żyłach. Po latach wiemy już, że lusterko wsteczne nie pomaga jedynie w cofaniu auta, ale jest niezwykle pomocne podczas jazdy. Częste monitorowanie tego, co dzieje się za nami, może nam wręcz uratować życie. Często mówi się, że kierowca powinien mieć oczy dookoła głowy i nie ma w tym cienia przesady. Jazda to proces dynamiczny, wszystko zmienia się bardzo szybko, a czas reakcji na podjęcie decyzji, oby właściwej, to niekiedy zaledwie ułamki sekund. To z obserwacji tego, co dzieje się za nami, jesteśmy w stanie przewidzieć sytuację, w której już za moment sami będziemy uczestniczyć. Ileż to razy widzimy rozpędzone auto, które zbliża się dosłownie jak pocisk, rozpychając inne pojazdy. Gwałtownie hamuje, przyspiesza, już jest za nami i za chwilę zacznie wyprzedzać, a z przeciwka sznur aut i wąska droga. Wiemy, co może się wydarzyć. Jesteśmy skoncentrowani, ale tylko dlatego, że obserwowaliśmy sytuacje za samochodem. To oczywiście tylko jeden z elementów, ale bardzo istotny. Tylko w ten sposób możemy mieć stałą kontrolę nad tym, co dzieje się na szosie.
Podobnie jest na autostradach i drogach szybkiego roku, z tym że tutaj wszystko dzieje się o wiele szybciej.
 
Rowery i hulajnogi
Od kiedy rower stał się nie tylko środkiem lokomocji służącym do weekendowych wycieczek, problemy zaczęły narastać lawinowo, tak jak wypadki z udziałem rowerzystów. Zginęło ich na drogach w ubiegłym roku aż 284 (o 64 osoby więcej niż rok wcześniej). Zwiększyła się także liczba rannych do poziomu ponad 4,2 tys. osób. Te liczby zatrważają i nic nie wskazuje na to, by coś miało się zmienić. Powodów jest bardzo wiele, ale jedno jest pewne: kiedy na drogi wpuszczamy osoby, które nie mają obowiązku znać przepisów ruchu drogowego, to coś tu jest nie tak. A takiego obowiązku nie mają rowerzyści. W dodatku konflikty pomiędzy rowerzystami a pieszymi w miastach powodują bardzo często wzajemną wrogość, która potem przenoszona jest na szosy. Tu także apel do rowerzystów: nawet jeśli prawo pozwala na jazdę dwóch rowerów obok siebie, to pomyślmy o własnym bezpieczeństwie i poruszajmy się jednak jeden za drugim.
Jeszcze do niedawna wydawało się, że w ruchu drogowym mamy pieszych, rowerzystów, motocyklistów, kierowców samochodów i to w zasadzie wszystko (zaprzęgi konne to już raczej w naszym kraju egzotyka). Aż tu nagle, oczywiście w większości w miastach, pojawiły się elektryczne hulajnogi. Jak na razie z niecierpliwością czekamy na zmianę przepisów, by zniknęło kuriozalne prawo zaliczające osobę poruszającą się hulajnogą do pieszych. Na razie hulajnogi mamy zgodnie z przepisami na chodnikach, niezgodnie z literą prawa na ścieżkach rowerowych, a nawet na jezdniach. Tu po raz kolejny okazuje się, że najsłabszym ogniwem jest pieszy, przecież rowery też masowo jeżdżą chodnikami. A wracając do hulajnóg, mamy już pierwsze wypadki z udziałem tych pojazdów, przepraszam – pieszych na dwóch małych kółeczkach. No cóż, ruch jest coraz większy, edukacja kuleje, w zasadzie jej zręby dopiero powstają, a czas nagli.
 
Smutne dane
Jeśli chodzi o liczbę wypadków na osobę w Europie, to niestety zajmujemy jedno z pierwszych miejsc. A dokładnie czwarte: po Rumunii, Bułgarii i Chorwacji. Zatem na koniec smutne dane. W 2018 r. na drogach w naszym kraju doszło łącznie do 31 410 wypadków. Same liczby już często nie robią na nas wrażenia. To tylko statystyka. Przez lata przyzwyczailiśmy się to nich.
Kiedy czytamy, że policja w czasie kontroli zatrzymała w ubiegłym roku 104 664 nietrzeźwych kierowców i że jest to o 4654 osób mniej niż rok wcześniej, to mamy się cieszyć? Przecież jest to wielkość przerażająca, biorąc pod uwagę jak ogromna może być liczba pijanych kierowców, która nigdy nie pojawia się w tej statystyce, tylko dlatego, że nie trafili w ręce funkcjonariuszy. Nietrzeźwi przed rokiem byli sprawcami 1550 wypadków, w których zginęło 169 osób, a rannych zostało 1904 ludzi.
Na koniec dane najsmutniejsze. W ostatnim roku na drogach w Polsce zginęło 2838 osób. A ilu ludzi straci życie w 2019 r? Wiele zależy od nas samych. Zatem ponawiam zdane na początku pytanie: czy szanujemy życie?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki