Historyczny pokój między Kurdami a tureckim państwem wydaje się już blisko, jednak na kilkanaście metrów przed metą pojawiają się nowe wyzwania. 29 listopada partyzancki dowódca, przedstawiający się pseudonimem „Malazgirt”, powiedział dziennikarzom: „Jeśli chodzi o rozbrojenie, wykonaliśmy już wszystko, co polecił nam nasz uwięziony lider. Wobec Turcji nie mamy już nic do wykonania. Teraz kolej na jej kroki”.
Jego stanowisko skonkretyzował na początku grudnia inny dowódca, Serdar Mazlum Gbar: „Tak długo, jak długo nasz przywódca pozostaje więziony, naród kurdyjski nie może uznawać się wolnym. I my, partyzanci, nie możemy czuć się wolnymi. Nasza droga ku wolności wiedzie przez uwolnienie naszych przywódców”.
Abdullah Öcalan, lider Partii Pracujących Kurdystanu (PKK), politycznej platformy antyrządowej partyzantki, choć od 27 lat przebywa w tureckim więzieniu, wydaje się mieć coraz więcej do powiedzenia. I to nie tylko między swoimi, ale także na arenie kurdyjsko-tureckich negocjacji.
Płonąca granica
Przez ostatnie kilkadziesiąt lat Turcja była normalnym państwem tylko na trzech czwartych swojego terytorium. Im bliżej jej południowo-wschodniego narożnika, tym mniej spotykało się tam władz administracyjnych. Całe szerokie pogranicze z Irakiem kontrolowało za to wojsko. I to jedynie w większych miastach i wzdłuż głównych szlaków komunikacji. Całą resztą tego obszaru władali kurdyjscy partyzanci z PKK, którzy toczyli permanentną wojnę z turecką armią.
Kurdowie, stanowiący 20 proc. prawie stumilionowej ludności Turcji, mieszkają tu od niepamiętnych czasów. To Turcy, którzy przybyli tu w średniowieczu jako koczownicy, są dla nich przybyszami. Różni od Turków językiem, lecz połączeni wiarą (sunnicki odłam islamu), Kurdowie przez wieki jako tako współistnieli z nimi w ramach państwa osmańskiego. Upadek sułtanatu dał im krótką nadzieję na niepodległość, którą ofiarował im traktat w Sevres w 1920 roku. Jednak w trzy lata potem republikański rząd Atatürka przekreślił te oczekiwania: traktat w Lozannie, nadający obecny kształt tureckiemu państwu, nie przewidywał już istnienia Kurdystanu.
Tureccy republikanie, przejęci ideą państwa narodowego, nie widzieli też możliwości nadania swoim Kurdom (ich rodacy mieszkają także w innych państwach regionu) chociażby namiastki autonomii. Zabronili nawet używania nazwy „Kurdowie”, zastępując ją dziwacznym pojęciem „górskich Turków”.
Kurdowie, znani z bitności, odpowiedzieli tak, jak należało oczekiwać. Tak zaczęła się partyzantka. Turcy tłumili ją brutalnie, paląc wioski i przesiedlając ludność cywilną w głąb półwyspu Anatolijskiego, na półpustynne pustkowie. Ale nie można przecież zabić lub przesiedlić całego 20-milionowego narodu. Turecki Kurdystan trwał więc jako ziemia wojny. W momencie wybuchu wojny domowej w Syrii w 2011 roku płonące tureckie pogranicze rozszerzyło się nadto na granicę z tym krajem – w północnej Syrii bowiem też żyją Kurdowie.
Skazany na dożywocie
Symbol kurdyjskiego oporu Abdullah Öcalan przystał do partyzantki w 1974 roku jako relegowany z uczelni student. Wcześniej wraz z kolegami założył nielegalne kółko, zainspirowane hasłami maoizmu. W 1978 roku ludzie ci, już jako trzydziestolatkowie, stali się kadrą powstałej wtedy Partii Pracujących Kurdystanu. Jej zbrojne ramię stało się w krótkim czasie najsilniejszym partyzanckim ugrupowaniem, które zdominowało całą resztę. Odtąd PKK i partyzantka stały się synonimami.
Öcalan, klasyczny lewak, wprowadził w działanie metody terrorystyczne. W ślad za tym pojawiły się typowo mafijne metody sprawowania władzy wśród swoich, a także handel narkotykami, za które kupowano broń. W ten sposób PKK podpadła nie tylko władzom w Ankarze, lecz także demokratycznym krajom Zachodu. Pod tą obustronną presją Öcalan, który kierował partyzantami z Damaszku, zmuszony został do opuszczenia Syrii. Tułał się przez jakiś czas po kilku różnych krajach. Na początku 1999 roku tureccy komandosi dorwali go aż w Kenii i wywieźli do Turcji. Skazany na śmierć i ułaskawiony, odbywa do tej pory karę dożywocia na bezludnej wysepce na morzu Marmara.
27 lat to długi okres i przez ten czas sporo się w Turcji zmieniło. W 1983 roku upadły rządy wojskowe, co przyniosło krajowi pewną liberalizację. Wreszcie do władzy doszedł Recep Erdoğan – człowiek o dyktatorskich zapędach, jednak niepozbawiony sentymentu do dawnej, wielkiej Turcji czasów sułtańskich. A zbrojną podporą tamtej Turcji byli przecież Kurdowie.
Dopiero niedawno wyszedł na jaw fakt spotkania tureckiego prezydenta z uwięzionym kurdyjskim przywódcą. Erdoğan odwiedził Öcalana w 2013 roku w ścisłej tajemnicy. Rozmowy, choć nie doprowadziły do uwolnienia, musiały być owocne, skoro już w kwietniu tego roku oddziały PKK ogłosiły zawieszenie broni i przeszły z terytorium Turcji do sąsiedniego Iraku. W niekontrolowanych przez wojsko górach nie było to trudne. Zresztą północny Irak, po rozgromieniu przez Amerykanów reżimu Saddama Husajna, znalazł się pod faktyczną władzą tamtejszych Kurdów, pobratymców partyzantów Öcalana.
Niestety to ocieplenie trwało krótko, bo już niebawem bojówki PKK z nową siłą zaczęły atakować placówki tureckiego wojska – tym razem już z terytorium Iraku. Turcy dwukrotnie przeprowadzili tam operacje wojskowe, które, choć zaowocowały tysiącami zabitych partyzantów, nie były w stanie zniszczyć ich do końca. Bojownicy PKK, zasilani rodakami przybywającymi z Turcji, wydawali się niepokonani.
Zwolnią czy nie zwolnią?
Nadzieja na pokój zaświtała ponownie w październiku ubiegłego roku. Wówczas to Devlet Bahceli, lider partii narodowej, będącej w koalicji z ekipą Erdoğana, wezwał kierownictwo PKK, przebywające w irackich górach, do złożenia broni. Trafił widać na moment zmęczenia obu stron długotrwałą wojną, a w dodatku sam Öcalan wezwał z więzienia rodaków do rozmów z tureckim rządem. Rozmowy takie odbyły się w grudniu, a kurdyjska delegacja – jak wieść niesie – usiadła do stołu negocjacji ze „szczegółowymi wskazówkami” swojego wodza, przemyconymi zza krat.
Wreszcie 12 maja tego roku PKK uroczyście ogłosiła zakończenie „powstania”, które w toku prawie półwiekowego trwania przyniosło śmierć ponad 40 tys. osób, głównie kurdyjskim cywilom. Na początku lipca, w bazie położonej w górach niedaleko Irbilu (stolica irackiego Kurdystanu), 30 bojowników ceremonialnie podpaliło stos karabinów i ciężkiego sprzętu bojowego. Wojna miała tym samym nieodwołalnie się zakończyć. Istotnie, pod koniec października wycofały się z Turcji pozostające tam dotąd oddziały PKK.
Główny trzon partyzantki, ten iracki, pozostał jednak nienaruszony. Pokazowe spalenie kilku starych wyrzutni nic tu przecież realnie nie zmieniło. Relacje z Turkami zaczęły się komplikować, gdy tym ostatnim nie powiodło się na odcinku syryjskim. Odkąd w grudniu ubiegłego roku upadł tam reżim Asada, Ankara, zachowująca silny wpływ na nowy rząd w Damaszku, miała nadzieję, że rząd ten spacyfikuje kurdyjską autonomię Rożawa, rządzącą realnie w północnej Syrii. W ten sposób Erdoğan miałby naraz z głowy dwa kłopoty z partyzantami: iracki i syryjski. Niestety, Kurdowie z Rożawy zniechęcili się do poddania władzy centralnej, po tym jak siły prorządowe krwawo spacyfikowały buntującą się mniejszość druzyjską. Nie chcemy być drugimi ofiarami po Druzach – powiedzieli dowódcy partyzantki z Rożawy i odmówili rozbrojenia.
Rząd w Ankarze ma więc teraz kłopot. Jeśli chce konsekwentnie spożytkować owoce ubiegłorocznego zawieszenia broni, powinien spełnić żądania dowódców PKK, czyli wypuścić na wolność Öcalana. Nie wiadomo tylko, czy starczy mu na to odwagi. Sędziwy, 77-letni więzień, jest przecież nadal żywym symbolem kurdyjskiego oporu.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














