Brama

W jednej z przypowieści Jezus zachęca do wybierania wąskiej bramy (zob. Łk 13, 24). Odpowiada tak na pytanie o to, czy tylko nieliczni będą zbawieni, ale mnie to wezwanie kojarzy się z doświadczeniem, które spotka każdego z nas – śmiercią fizyczną.
Czyta się kilka minut
fot. Jorm Sangsorn/Getty Images
fot. Jorm Sangsorn/Getty Images

Ze skarbca liturgii i doświadczenia hospicyjnego

Chodzę do krakowskich dominikanów na tak zwaną mszę roczną, czyli odprawianą raz w miesiącu w intencji zmarłych, o modlitwę za których poproszono na kartach wypominkowych. Mam więc okazję często słyszeć jedną z prefacji (modlitwa dziękczynna na początku modlitwy eucharystycznej) o zmarłych, która za każdym razem głęboko mnie porusza: „W Nim [Chrystusie] zabłysła dla nas nadzieja chwalebnego zmartwychwstania i choć zasmuca nas nieunikniona konieczność śmierci, odnajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie” (Mszał rzymski dla diecezji polskich, 86).

Ktokolwiek pisał ten tekst, był mistrzem esencjonalnej krótkiej formy. Zaczął od zmartwychwstania, ale nie uciekł w lukrowany obrazek: jest tu mowa i o smutku, i o lęku przed śmiercią, i o rozpadzie. One jednak nie dominują, bo kluczem do tego opisu jest pociecha płynąca z obietnicy Tego, który jako pierwszy zmartwychwstał spośród tych, co pomarli (por. 1 Kor 15, 20). Jan zaś zapisał słowa Jezusa: „W domu mego Ojca jest mieszkań wiele, gdyby było inaczej, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam mieszkanie” (J 14, 2). Autor prefacji pięknie oddał wniosek z tej zapowiedzi: umiera nasze ciało, ale nasze życie się nie kończy. Ono się zmienia, zresztą ciała  też odzyskamy, bo stworzeni zostaliśmy  jako duchowo-cieleśni, a Bóg nie zostawia niedoróbek. Mówiąc inaczej, śmierć dla wierzących w Chrystusa nie jest końcem  – jest bramą. Nieprzyjemną do przekraczania, bo właśnie wąską i ciasną, poza samymi sobą nic przez nią nie przeciśniemy, ale za nią czeka na nas pełnia życia.

Ciekawego obrazu do opisania tej prawdy używał ks. Jan Kaczkowski, z zawodu będący dyrektorem, parafrazując słynny cytat z filmu Barei – tyle że hospicjum, a na pewno kimś, kto był przy setkach, jeśli nie tysiącach zgonów. Porównywał on agonię do porodu: nieprzyjemnie, nie wiadomo, co nas czeka, ale nie możemy się oprzeć sile, która nas wypycha. Dlatego czasem określał siebie mianem położnika, który towarzyszy przy narodzinach, ale już do innego świata. W pamięci utkwiła mi scena opisana w jego biografii pióra Przemysława Wilczyńskiego: ksiądz siedzi przy łóżku konającej kobiety, która ewidentnie się męczy, agonia się przeciąga, wtedy kapłan pochyla się lekko nad chorą i mówi cichym głosem: „Nie bój się. Idź”. I ona odchodzi. Paradoksalnie – ku Życiu.

Twarzą w twarz

Zgodnie z nauczaniem Kościoła moment śmierci fizycznej to chwila, kiedy staniemy wobec Prawdy. Mam tu na myśli przede wszystkim spojrzenie na Chrystusa, ale to nie wszystko. Moment przejścia jest również momentem, który tak pięknie i poetycko opisywał król Ezechiasz po tym, jak został uzdrowiony z ciężkiej choroby: „Zwijam jak tkacz moje życie. On [Bóg] mnie odcina od nici” (Iz 38, 12b–c). Każdy z nas tka swoje życie, a właściwie samego siebie i moment zgonu to chwila, kiedy ten proces zostaje zatrzymany; Bóg odcina nas od nici i zdejmuje z krosna. Ile wypracowaliśmy, oby z pomocą Jego łaski, do tej chwili, tyle mamy, stając przed Jego sądem. Mówiąc inaczej, staniemy wobec prawdy o tym, jak wyglądały nasze wybory i ich konsekwencje.

Współcześnie pojęcie „Boży sąd” jest bardzo politycznie niepoprawne, nie wypada mówić o tym, że Bóg jest sędzią. Wychodzę jednak z założenia, że skoro Jezus nie wahał się ostrzegać, że kiedy przyjdzie po raz ostatni, będzie sądził świat, to trzeba przyjąć i rozważyć także to przesłanie. Tylko wtedy uzyskamy pełnię obrazu, a to może sprawić, że inaczej spojrzymy na nasze życie. Z kolei Viktor Frankl pisał, że dopiero przyjęcie prawdy o własnej śmiertelności, a więc o tym, że nasz czas jest ograniczony, pozwala dostrzec jego wartość. Inaczej grozi nam egzystencja w takt powtarzanego stale „jeszcze”: jeszcze się nawrócę, jeszcze się będę rozwijać, jeszcze wejdę w stały związek, jeszcze zmienię otoczenie, jeszcze rzucę ten czy inny nałóg. Jezus, odmalowując mocnymi barwami opis sądu, chce nas wybić z tej kołysanki, uświadomić nam, że pewnego dnia usłyszymy krótką kodę: „Już koniec”.

Pierwszy sąd nad naszym życiem dokona się w chwili naszej śmierci i, jak głosi słynne zdanie św. Jana od Krzyża, będziemy wtedy sądzeni z miłości. A od siebie dodam, że dokona tego nad nami Miłość, to zaś oznacza ocalenie każdego, najdrobniejszego nawet dobra w nas, każdej przesłanki przemawiającej za nami. Pięknie potwierdza to przesłanie, które Brygida Szwedzka usłyszała w jednym z objawień, mianowicie że Boża miłosierna sprawiedliwość sięga nawet piekieł: nikt tam nie cierpi ponad to, na co zasłużył.

Prawdy: tę o Bożej sprawiedliwości i tę o Jego miłosierdziu możemy wykorzystywać w naszym rozwoju duchowym. Kiedy spada nam motywacja do zmian i nawracania się, warto sobie przypomnieć o chwili prawdy twarzą w twarz z Bogiem. Kiedy, odwrotnie, przychodzi pokusa myślenia, że i tak na pewno nas potępi, przypominajmy sobie o tym, że krzyż jest znakiem tego, jak bardzo Jemu zależy na nas.

Czy katolik może…

… pragnąć śmierci? Święta Teresa Wielka odpowiedziała: „Chcę widzieć Boga, ale trzeba umrzeć, aby Go zobaczyć” (Księga życia, 1), zaś św. Paweł: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć – to zysk. Jeśli bowiem żyć w ciele – to dla mnie owocna praca. Co mam wybrać?” (Flp 1, 21–22). Znalazłoby się tu także miejsce dla św. Marcina z Tours z jego odpowiedzią diecezjanom błagającym go, by jeszcze nie umierał, kiedy wymęczony chorobą liczył się z perspektywą odejścia – był gotów umrzeć i był gotów żyć, byle przyjąć to, co Pan postanowi, że będzie lepsze.

Katolik więc nie tyle może pragnąć śmierci, co ma kochać tak bardzo Chrystusa, by zyskać wobec niej wolność. Ani jej nie pragnąć, ani od niej nie uciekać. Po prostu przejść przez nią, jak podeszła w latach Kaszubka, która prosiła o wiatyk. Ksiądz Kaczkowski przyszedł i zobaczył starszą panią spokojnie zajadającą jabłko. Niepewnie zatrzymał się na progu, ale usłyszał: „To do mnie. Dziś umrę, moi [zmarli z rodziny] już u mnie byli”. Udzielił sakramentów, wyszedł, a kiedy wracał szpitalnym korytarzem i zajrzał do pokoju staruszki, ona była już po drugiej stronie.  


 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 48/2025