Apartheid wciąż żywy. Republika Południowej Afryki 30 lat po Mandeli

Ilekroć dzielę się obserwacjami z RPA, spotykam się z niespodziewaną dla mnie falą rasizmu. Komentatorzy uważają, że biali zbudowali bogate i doskonale prosperujące państwo, a rządy czarnoskórych sprowadziły je do roli kraju trzeciego świata. To poniekąd prawda, ale tylko częściowo.
z Republiki Południowej Afryki
Czyta się kilka minut
Pociąg z rudą żelaza przejeżdża przez miasteczko Eland's Bay. Podobnie jak wiele innych miejscowości, tak i ta składa się z dwóch rasowo podzielonych części | fot. Filip Faliński
Pociąg z rudą żelaza przejeżdża przez miasteczko Eland's Bay. Podobnie jak wiele innych miejscowości, tak i ta składa się z dwóch rasowo podzielonych części | fot. Filip Faliński

Na początku czerwca przez Republikę Południowej Afryki przetoczyła się fala zamieszek o charakterze pogromów etnicznych. Lokalni mieszkańcy, czarnoskórzy Południowoafrykańczycy, zaatakowali przybyszów z krajów ościennych: Zimbabwe, Mozambiku czy Botswany. Od szóstej rano tłumy przetaczały się przez dzielnice biedy, pukając do drzwi imigrantów i każąc im natychmiast się wynosić. Setki ludzi wybiegały z domów, kilkoro straciło życie. Całe rodziny uciekały w góry i do buszu, gdzie przez kolejne dni ukrywały się wśród krzaków i skał. Przyczyna? Ogromne bezrobocie wśród czarnoskórej ludności  i przekonanie, że to właśnie imigranci, podejmujący się podstawowych prac za niższe stawki, odbierają pracę Południowoafrykańczykom.

Jednym z epicentrów tej nagłej fali przemocy było urokliwe nadmorskie miasteczko Gansbaai, położone o dwie godziny drogi na południowy wschód od Kapsztadu. Byłem wtedy w Gansbaai. Spałem za absurdalnie niską cenę w luksusowym apartamencie z wielkim tarasem. Rano przejechałem sennymi ulicami i natknąłem się na drogę zablokowaną przez policję. Poza tym nic nie słyszałem i nic nie widziałem. W miasteczku panowała leniwa atmosfera, a objazd zablokowanej drogi był krótki i w ogóle nieuciążliwy. Nie mogłem widzieć, co się dzieje za blokadą, bo to był świat równoległy, nieprzeznaczony dla oczu i uszu przyjezdnych oraz zamożnych białych mieszkańców Gansbaai.

35 lat po upadku apartheidu społeczeństwo Republiki Południowej Afryki jest nadal wyraźnie podzielone. W willowej części miasteczka Gansbaai po ulicach przechadzali się niemal wyłącznie biali ludzie. Apartament z wielkim tarasem prowadzony był przez zamożną białą kobietę około czterdziestki, ale pracownikami (od sprzątaczek przez ogrodnika po kucharki) byli wyłącznie czarnoskórzy. Tymczasem miejsce zamieszkania większości kolorowych mieszkańców to miasto w mieście, położony na uboczu Gansbaai township, czyli slums, w którym na terenie porównywalnym z jedną „białą” willą mieści się dziesięć „czarnych” lepianek – domów skleconych ze wszystkiego, co akurat było pod ręką, ze szczególnym uwzględnieniem blachy.

Od kontenera po luksusową willę

Te podziały jeszcze wyraźniej widać w dużych miastach. Turysta odwiedzający Kapsztad dla własnego bezpieczeństwa powinien jak najszybciej przyswoić sobie ogólny podział na dzielnice względnie bezpieczne i rejony, do których pod żadnym pozorem nie powinien się zapuszczać. To niewiarygodnie położone miasto, zachwycające oszałamiającymi widokami na Górę Stołową i liczne zatoki, mogłoby być jedną ze światowych stolic turystyki, gdyby nie problemy z bezpieczeństwem. Według najnowszych danych każdego miesiąca w mieście wykrywa się ponad 250 zabójstw (dla porównania, w 2023 roku w całej Polsce wykrywano około 46 zabójstw miesięcznie), a nie są to bynajmniej rekordy na miarę RPA – Kapsztad uchodzi za najbogatsze, najlepiej rządzone i najbardziej turystyczne miasto kraju.

W większości przypadków do oceny bezpieczeństwa dzielnicy wystarczy szybki rzut oka na zdjęcia satelitarne w serwisie Google Maps. Gołym okiem widać, że dzielnice takie jak Sea Point składają się w większości z apartamentowców, luksusowych hoteli i drogich restauracji. W dzielnicy St. James wczesnym rankiem można obserwować grupy zamożnych starszych ludzi, zażywających kąpieli w zimnym oceanie. Popołudnia w Misty Cliffs należą do kitesurferów, pokonujących fale przed wieczornym grillem ze znajomymi. Z kolei Marina da Gama to dzielnica, w której luksusowe domy położone są nad rozległą siecią kanałów, a mieszkańcy po pracy mogą popływać za domem kajakiem lub rowerem wodnym. Kapsztad potrafi być rajem na ziemi. Jest tylko jedno „ale”: ten luksusowy styl życia zarezerwowany jest niemal wyłącznie dla białych.

Po drugiej stronie miasta, na mniej urokliwych równinach, rozciągają się takie dzielnice jak Khayelitisha czy Mitchells Plain. Czasami przyjmują formę ciągnącego się po horyzont slumsu, aby po kilku kilometrach przejść w coś na kształt średnio zamożnego przedmieścia. Niezależnie od stopnia zamożności mieszkańców (w Południowej Afryce obserwuje się w ostatnich latach wzrost liczebności czarnoskórej klasy średniej), to jednak zupełnie inne miasto. Na ogół niedostępne dla białych.

To czas na przywołanie kolejnych kilku statystyk. W 2023 roku średni roczny dochód „białego” gospodarstwa domowego wynosił około 676 tys. randów. Czarnoskórzy Południowoafrykańczycy zarabiali średnio prawie pięć razy mniej (144 tys. randów). Bezrobocie w czwartym kwartale 2025 roku wyniosło 8,1 proc. w przypadku białych i aż 35 proc. wśród czarnoskórej społeczności. Według współczynnika Giniego, stosowanej w statystyce miary nierówności społecznych, RPA jest jednym z dziesięciu najbardziej nierównych społecznie krajów świata.

W jednej z gorszych dzielnic Kapsztadu odwiedzam mieszkanie ubogiej rodziny. To przedzielony na dwie równe części stary kontener. Każda z części to około sześć metrów kwadratowych, a zarazem osobne lokum. Nie ma tu prywatności, bieżącej wody, ani nawet miejsca, żeby dwie osoby mogły stanąć obok siebie. Większość przestrzeni zajmuje łóżko, na którym każdej nocy śpi pięć osób, oraz powieszony na ścianie telewizor: centrum życia kulturalnego. To mieszkanie socjalne, a rodzina mieszka tu tymczasowo. Tyle że „tymczasowo” to pojęcie dość ogólne i może w rzeczywistości oznaczać zarówno trzy, jak i 20 lat.

Kraj, który zjadł własny ogon

Te informacje rozpalają emocje w polskim internecie. Ilekroć dzielę się obserwacjami z RPA na swoich platformach społecznościowych, spotykam się z niespodziewaną dla mnie falą rasizmu. Komentatorzy w bardzo niewybrednych słowach mają do przekazania głównie to, że biali zbudowali bogate i doskonale prosperujące państwo, a rządy czarnoskórych sprowadziły je do roli kraju trzeciego świata. I jest to poniekąd prawda. Ale tylko częściowo.

RPA od lat boryka się z ogromnym poziomem korupcji i nepotyzmu, a także degradacją moralną klasy politycznej. Dla przykładu, poprzedni prezydent Jacob Zuma (urzędujący od 2009 do 2018 roku) bardziej niż z dokonań politycznych znany jest z wielożeństwa (sześć żon, z czego cztery równolegle) i skandali obyczajowych. W 2006 roku został oskarżony o gwałt na młodej działaczce politycznej własnej partii, nosicielce wirusa HIV. Odpowiadając na pytanie dziennikarza, czy zaraził się chorobą, Zuma stwierdził, że nie, bo… po stosunku wziął gorący prysznic.

Degradacji klasy politycznej, a w następstwie i całego państwa, sprzyja fakt, że w kraju od 32 lat rządzi jedna partia: Afrykański Kongres Narodowy (ANC). To ugrupowanie czarnoskórej większości, opierające swoją tożsamość na dziedzictwie Nelsona Mandeli. Trudno nie przyznać racji krytykom ANC wskazującym, że w czasie ostatnich trzech dekad kraj doznał zapaści. Osobiście tego doświadczyłem, kiedy parę lat temu zostałem napadnięty w biały dzień na ulicy w samym centrum Johannesburga, największego miasta RPA. Policjanci przyjmujący sprawę byli szczerze zdziwieni, pytając, co robiłem w tym miejscu. Było dla nich oczywiste, że dawne centrum finansowe całej Afryki jest już strefą niedostępną dla białego poruszającego się bez samochodu. Centrum „miasta złota” od lat doświadcza coraz głębszego kryzysu. Pomiędzy wieżowcami przybywa opanowanych przez mafię pustostanów, na niemal każdym słupie ulicznym wiszą reklamy klinik aborcyjnych, a na chodnikach płoną ogniska wzniecane przez bezdomnych. To symbol upadku, widocznego także w wielu innych dziedzinach: od wojskowości (według licznych źródeł nawet 80 proc. floty południowoafrykańskich sił powietrznych jest niezdolna do latania), poprzez stan dróg, aż po zapaść usług publicznych. I choć krzywdzące byłoby stwierdzenie, że cały kraj wygląda właśnie w ten sposób, trudno tego wszystkiego nie zauważyć. Takie obrazki niosą się w świat i są wodą na młyn dla osób chcących w prosty sposób wskazać winnych. Ale jest też i druga perspektywa, wynikająca z historii.

Do początku lat 90. XX wieku dominującą w RPA ideologią był apartheid – system oparty na ścisłej segregacji rasowej. Wszystkie osoby rasy niebiałej musiały stale nosić ze sobą specjalne dowody osobiste, umożliwiające przebywanie na terenie miasta. Kolor skóry determinował, jaką pracę można było podjąć i gdzie spędzić wolny czas. Stosowanie przemocy, areszt, a nawet tortury były na porządku dziennym. Czarnoskórzy mieszkańcy tracili swoje prawdziwe imiona i tożsamość. Nie przewidywano wyjątków. Co jednak szczególnie istotne w kontekście rozwoju całego państwa, doktryna apartheidu nie zakładała edukacji dla czarnoskórej większości. Aż do lat 90. mogli oni kształcić się wyłącznie w ramach określonej profesji: pobierać nauki z zakresu stolarstwa, budownictwa czy hydrauliki. System widział ich wyłącznie w roli służebnej, tym bardziej, że wydawało się to bezpieczniejsze z punktu widzenia stałości władzy. Logika była prosta: niewyedukowany lud nie przejmie władzy, bo nie będzie umiał jej sprawować.

Dlatego upadek apartheidu w rzeczywistości oznaczał, że władza trafiła w ręce ludzi, którym systemowo nie było dane porządnie nauczyć się czytać i liczyć. Ludzi, dla których nie było oczywiste, że edukacja jest jednym z kluczowych zobowiązań państwa wobec obywateli. Ludzi, których trudno za to wszystko winić.

Trening empatii

Republika Południowej Afryki to miejsce o niebywałej przyrodzie (krajobrazy, ale też zwierzęta!), cechujące się arcyciekawym miksem kultur i języków. Niestety równolegle jest to miejsce naznaczone dekadami krwawej przemocy. Winy apartheidu są bezsprzeczne, ale także działania drugiej strony trudno kojarzyć wyłącznie z pokojową drogą Nelsona Mandeli. Do historii politycznej kraju przeszedł m.in. taki termin jak „naszyjnik” – krwawa metoda tortur i egzekucji polegająca na założeniu ofierze na szyję płonącej opony. Torturom tego typu poddawani byli głównie czarnoskórzy, podejrzewani przez swoich współbraci o kolaborację z „białym” rządem. Także w czasach najnowszych nie brakuje radykalizmu, reprezentowanego głównie przez Juliusa Malemę, radykalnego polityka nawołującego do masowych morderstw na białych farmerach.

Wszystko to jest niezwykle trudne i wymyka się kryteriom prostej oceny. Bo czy tak skomplikowaną historię da się bezceremonialnie uprościć i sprowadzić do jednego mianownika? Nie – tutaj niezbędny jest trening empatii: proste w swoim założeniu ćwiczenie umysłowe, polegające na wyobrażeniu sobie siebie samego w sytuacji drugiego człowieka. Treningiem empatii jest szczere zastanowienie się, jak ja sam zachowałbym się w sytuacji systemowego krzywdzenia mnie i moich najbliższych? Kiedy nie mogę pracować i żyć zgodnie z własnymi potrzebami i umiejętnościami, kiedy moje imię zostaje odebrane przemocą, a państwo ingeruje w każdy najdrobniejszy przejaw mojej indywidualności. Kiedy nie mam żadnych możliwości wyjścia poza ramy narzucone przez system tylko dlatego, że urodziłem się w takiej, a nie innej rodzinie, a wszelkie próby buntu mogą skończyć się krwawo. Brzmi znajomo? Akurat w historii Polski mieliśmy podobny okres. Z drugiej strony wyobraź sobie, Czytelniku, że rodzisz się w latach 90. w rodzinie białych farmerów. Żyjesz dostatnio, ale Twój dom otoczony jest murem i kilkoma zwojami drutu kolczastego pod napięciem. Nie możesz swobodnie chodzić po własnym mieście, a radykalni politycy nawołują do robienia ci krzywdy w imię odpowiedzialności za grzechy przodków.

Mimo wszystko jest coś pięknego w duchu Południowej Afryki. Pomimo niewiarygodnych napięć społecznych, wynikających z trudnej historii, nierówności ekonomicznych i zwykłej, przerażającej biedy, społeczeństwo coraz lepiej uczy się wzajemnie tolerować i funkcjonować w tym niebywałym miksie. To w dużej mierze dziedzictwo arcybiskupa Desmonda Tutu, laureata Pokojowej Nagrody Nobla z 1984 roku. Przy wejściu do anglikańskiej Katedry św. Jerzego w Kapsztadzie, przez wiele dekad związanej właśnie z abp. Tutu, stoi tablica z odezwą do odwiedzających. „Serdecznie witamy małżeństwa, singli, rozwiedzionych, owdowiałych albo niepewnych swojej płci” – czytamy. Dalej powitania rozciągają się m.in. na płaczące dzieci, uzależnionych i wychodzących z nałogu, osoby z tatuażami czy piercingiem, szczerze wierzących, wątpiących, pielgrzymów, turystów…

– Ta aura serdeczności to nie jest iluzja, tu często tego doświadczasz – mówi Tim, biały mieszkaniec Kapsztadu. – Przez kilka lat mieszkałem w Londynie, ale nie mogłem znieść tego mentalnego chłodu wielkiego miasta na Północy, więc wróciłem tutaj. To jest naprawdę niesamowity kraj, który ciężko pojąć na pierwszy rzut oka. Przekonasz się o tym – dodaje.

Galeria zdjęć

Obraz
Pociąg z rudą żelaza przejeżdża przez miasteczko Eland's Bay. Podobnie jak wiele innych miejscowości, tak i ta składa się z dwóch rasowo podzielonych części | fot. Filip Faliński
Obraz
Kontener mieszkalny w biednej dzielnicy Kapsztadu. Dwa wejścia oznaczają dwa osobne mieszkania | fot. Filip Faliński
Obraz
Życie w „tymczasowym” mieszkaniu socjalnym. Widoczna na zdjęciu przestrzeń to mieszkanie dla pięciu osób | fot. Filip Faliński

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 30/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Apartheid wciąż żywy