Logo Przewdonik Katolicki

Wyjście z kryjówki

bp Damian Muskus OFM
il. A. Robakowska/PK

Łk 21, 25–28.34–36 - Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe

U progu kolejnego Adwentu w naszym życiu i w życiu Kościoła czytamy apokaliptyczne wizje ostatecznej katastrofy, które Jezus przedstawia swoim uczniom. Są już w Jerozolimie, gdzie ma się dopełnić los Nauczyciela, który wobec perspektywy zbliżającej się śmierci i zmartwychwstania mówi swoim najbliższym o końcu wszystkiego, o destrukcji i zniszczeniu starego świata na rzecz nowej rzeczywistości, która nastąpi. Znaki końca świata są sugestywne i mogą budzić przerażenie. Jednak Jezus nie jest Królem lęku, ale nadziei. „A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie” – wzywa uczniów.
To paradoks, który trudno zrozumieć w świetle ludzkiej logiki. Wobec oznak katastrofy należałoby raczej szukać schronienia, niż podnosić głowę. Rozsądny człowiek nie mierzy się przecież z przeważającymi siłami natury. A jednak warto przypomnieć w tym kontekście słynne słowa ks. prof. Józefa Tischnera o ludziach z kryjówek. Ci, którzy chowają się w nich z lęku przed utratą życia czy ważnych dla siebie wartości, skazują się na utratę nadziei, na życie bez perspektyw i smaku. Życie człowieka, który chroni się w kryjówce, pozbawione jest sensu, nie osiągnie pełni, nie rozkwitnie, sparaliżowane brakiem przestrzeni i odwagi, której źródłem i siłą napędową jest nadzieja. To nadzieja, która mobilizuje do pięknego życia i wskazuje perspektywę odnowy, nawrócenia, przemiany, daje człowiekowi siłę do tego, by wobec ruin dotychczasowego świata budować wciąż na nowo, pragnąć doskonałości i pełni. Dlatego Jezus – wtedy i dziś, w historii, i w naszym tu i teraz – woła: „Nabierzcie ducha i podnieście głowy!”.
Co pomaga ocalić tę nadzieję, która pozwala przetrwać w czasie, gdy wszystko wokół się chwieje i upada? Mistrz mówi o dwóch filarach nadziei. To czuwanie i modlitwa. Przestrzega przed ociężałością serca, którego rytm spowalniają nie tyle wielkie zagrożenia płynące ze strony świata, ile banalne skłonności ludzkiej natury, tkwiące w każdym z nas. To uleganie własnym słabościom i tendencjom do grzechu usypia czujność uczniów Jezusa. Nie potrzeba wielkich wstrząsów, ideowych i kulturowych rewolucji, by wspólnota Pana wpadła w kryzys i pogrążyła się w lęku. Wystarczy stracić czujność serca, by popaść w grzech, który skutkuje brakiem wrażliwości na znaki czasu i duchową ślepotą, uniemożliwiającą rozpoznanie przychodzącego Pana.
Czuwanie i modlitwa to nie jest wyłącznie adwentowe zadanie chrześcijan. Stawanie na straży nienaruszonego piękna Ewangelii i troska o więź z umiłowanym Mistrzem to powinien być nasz chleb codzienny, dający siły, by „stanąć przed Synem Człowieczym”, gdy przyjdzie – czy w przybliżających się wciąż czasach ostatecznych, czy też w naszych osobistych historiach. Ewangeliczne czuwanie jest jak podsycanie tęsknoty do ukochanej osoby. Nie ma nic wspólnego z przysypianiem, bliższe jest raczej wyostrzaniu zmysłów niż ich wyciszaniu. Wzywa nas Pan do czuwania, które nie jest lekką drzemką, ale roztropnym i trzeźwym osądem, zaangażowaniem w rzeczywistość, a nie ucieczką od niej w krainę pobożnych westchnień i gestów. Ewangeliczne czuwanie jest nieustannym wypatrywaniem Pana, szukaniem Go we wszystkim, stanem gotowości, w której podtrzymuje człowieka miłość. Nie wiemy przecież, kiedy ani którędy przyjdzie, w jakim człowieku się nam zechce objawić, jakim wydarzeniem będzie zwiastował swoje wejście w nasz świat. Czasy ostateczne i katastroficzne wizje końca świata nie mogą być źródłem lęku dla kogoś, kto doświadcza na co dzień bliskości Pana i żyje w niezmąconej pewności, że w Jego rękach jest nasze ocalenie, nasze życie i nasz czas. Wychodzić z kryjówek i wypatrywać Go z tęsknotą – tego ma nas nauczyć Adwent.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki