Logo Przewdonik Katolicki

Pamięć ministra

Paweł Stachowiak
fot. Radek Pietruszka/PAP-EPA

Mamy nowego ministra, odpowiedzialnego i za edukację, i za naukę. Osoba, której powierzono tak szeroki zakres kompetencji, dysponuje instrumentem pozwalającym kształtować politykę edukacyjną, formować intelekt, wrażliwość i przekonania młodych ludzi. To ogromna odpowiedzialność.

Powołanie na to stanowisko otrzymał Przemysław Czarnek, prawnik konstytucjonalista z KUL, były wojewoda lubelski, poseł na Sejm z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Wypowiadane przez niego już wcześniej poglądy budziły kontrowersje i stały się przyczyną protestów wzywających do jego dymisji. Nie chciałbym jednak zajmować się tutaj potyczkami politycznymi, interesuje mnie bowiem tylko jeden wymiar jego aktywności: polityka pamięci, zwana niekiedy historyczną.
Polityka pamięci to rozmaite działania polityków i urzędników, zmierzające do ukształtowania w pożądany sposób pamięci historycznej społeczeństwa. Wedle jej założeń to, jak pamiętamy i jak oceniamy przeszłość, jest elementem polityki, a zatem dążenia do zdobycia i utrzymania władzy. Kształt społecznej pamięci nie może być zatem obojętny dla państwa i jego instytucji. Powinny one posiadać konkretną wizję historii, ferować wyroki jej dotyczące i propagować ją, niekiedy narzucać, wykorzystując cały aparat państwowej władzy.
Kształtowanie pamięci to nie tylko pozytywny program, budowany wokół wątków i motywów, które mają prawo obecności w świadomości społecznej. To również program negatywny – co należy z pamięci usunąć, o czym zapomnieć. Państwo dysponuje wieloma instytucjami umożliwiającymi prowadzenie tak rozumianej polityki pamięci, jedną z nich jest oczywiście ministerstwo, na czele którego stanął Przemysław Czarnek. Warto zatem przyjrzeć się jego poglądom dotyczącym przeszłości, abyśmy mieli świadomość, co może w najbliższej przyszłości czekać nas i nasze dzieci.

Tylko pozytywnie
„Na pewno trzeba ostatecznie skończyć z pedagogiką wstydu, do jakiej nas wpędzano w ciągu ostatnich dziesięcioleci III RP. Mamy zbyt mało informacji i wiedzy na temat naszych wybitnych przodków, naszych wybitnych twórców naszej kultury. Mamy naprawdę ogromne dziedzictwo kultury, które jest w Polsce nieznane” – takie credo wygłosił minister podczas rozmowy na antenie Radia Opole.
„Pedagogika wstydu” to sformułowanie kluczowe dla zrozumienia celów ministra i jego politycznej formacji. Trudno ściśle zdefiniować, co oznacza. Najprawdopodobniej wyeliminowanie z polityki pamięci wszystkiego, co ma wymiar krytyczny i refleksyjny, eksponowanie zaś tego, co ma służyć promowaniu „narodowej dumy”. Temu właśnie, zdaniem ministra, winna służyć edukacja historyczna młodzieży.
Nauczyciel i wykładowca nie ma uczyć krytycznego i refleksyjnego namysłu nad przeszłością, która przecież nie zawsze daje nam powody do dumy, ale powinien być funkcjonariuszem państwowej polityki pamięci, eksponującym wątki szczytne kosztem niechlubnych. „Trzeba rozrywać rany polskie, żeby się nie zabliźniły błoną podłości” – tak pisał Stefan Żeromski, polemizując z podobnymi zabiegami. Ciekawe, czy minister zna te słowa…
Założenie, że polityka pamięci ma eksponować te wydarzenia i postaci, które służą budowaniu „narodowej dumy”, znajduje potwierdzenie w szeregu wypowiedzi publicznych ministra. 9 lipca 2018 r. ówczesny wojewoda lubelski złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez prezesa Towarzystwa Ukraińskiego w Lublinie. Dr Grzegorz Kuprianowicz, historyk, mówił o zamordowaniu Ukraińców w Sahryniu na Lubelszczyźnie, w marcu 1944 r. przez polskie oddziały partyzanckie Armii Krajowej, które przeprowadziły akcję odwetowo-prewencyjną, uderzając na miejscowość, gdzie większość mieszkańców stanowili Ukraińcy. Celem tej akcji była likwidacja bazy wypadowej OUN–UPA i odwet za ludobójstwo dokonywane wówczas na Wołyniu.
Kuprianowicz powiedział w Sahryniu: „Ponad 74 lata temu zginęli tu obywatele Rzeczypospolitej, ukraińscy, prawosławni mieszkańcy tej ziemi, na której od stuleci żyli ich przodkowie. Zginęli oni z rąk innych obywateli Rzeczypospolitej, dlatego że mówili w innym niż większość języku i byli innego wyznania. Ta zbrodnia przeciwko ludzkości popełniona została przez członków narodu polskiego – partyzantów Armii Krajowej będących żołnierzami podziemnego państwa polskiego”.
Wojewoda uznał te słowa za „prowokację” i „znieważenie narodu polskiego”, tak jakby „zbrodnie” były z natury dziełem „obcych”, a nam przynależała zawsze rola ofiar.

Bohaterowie i zdrajcy
Znamiennym jest również to, w jaki sposób minister interpretuje rozmaite aspekty dziejów Polski powojennej, np. popularny w jego politycznym otoczeniu mit „żołnierzy wyklętych”. Ta ahistoryczna kategoria, w której sztucznie pomieszczono różne formacje podziemia antykomunistycznego, jest dziś ulubionym motywem polityki pamięci rządzącej formacji. Budowany jest obraz rycerzy bez skazy, jedynych sprawiedliwych, tych, którym zawdzięczamy naszą niepodległość. Każdy, kto zna złożony obraz rzeczywistości lat 1944–1950, wie, jak bardzo uproszczona jest ta mitologia, jak wyraźnie podporządkowana jest doraźnym politycznym interesom.
„Rycerska i honorowa walka, jaką toczyli nasi bohaterowie, nie była walką o ich wolność, ale o niepodległość dzisiejszej Rzeczypospolitej i za naszą wolność. My to wiemy. Tej wiedzy nie odbiorą nam mocno krzykliwe w niektórych mediach malutkie garstki potomków ubeków, Sowietów, komunistów, byłych esbeków i tajnych kapusiów. Tych, którzy dziś mówią, że walczą o demokrację” – tak mówił Przemysław Czarnek podczas organizowanego przez ONR Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych w Lublinie.
„Dzięki temu antykomunistycznemu powstaniu tysięcy polskich bohaterów nie staliśmy się kolejną republiką sowiecką. Sowieci zobaczyli, że nie da się z Polski zrobić takiego państwa. Dla Polaków okupacja się nie skończyła, ale zmieniła swoje barwy z niemieckiej na sowiecką. Dzięki konspiracji zachowaliśmy swoją tożsamość narodową” – to z kolei słowa z wypowiedzi dla Telewizji Trwam.
Każdy historyk, poważnie rozumiejący swoją misję, wie, jak bardzo upraszczają i mitologizują przeszłość takie poglądy. Żadnego z powyższych stwierdzeń nie da się przecież zweryfikować na gruncie badań naukowych. Nikt nie jest w stanie, posługując się uznanymi metodami badań historycznych, potwierdzić takich tez. One rażą skrajnością i jednostronnością. Nie ma w nich miejsca na całą wielobarwną mozaikę postaw wobec powojennej rzeczywistości. A gdzie jest Stanisław Mikołajczyk, gdzie sceptyczne wobec dalszego przelewu krwi stanowisko Kościoła? Tego wszystkiego w wizji ministra nie ma. Jest tylko schemat: bohaterowie i zdrajcy, tertium non datur.

Obowiązek intelektualnego wysiłku
Jeśli minister Czarnek miałby być w swej polityce pamięci skuteczny, to dla nauczycieli i wykładowców podobnych do mnie nie ma miejsca w szkołach i na uczelniach. Być funkcjonariuszem propagandy „dumy narodowej” to rola, której nie jestem w stanie zaaprobować.
Dla mnie wzorcem podejścia do kształtowania wizji naszej przeszłości są bowiem cytowane powyżej słowa Żeromskiego oraz to, co napisał Jan Józef Lipski. „Patriotyzm to nie tylko szacunek i miłość do tradycji, lecz również nieubłagana selekcja elementów tej tradycji, obowiązek intelektualnego wysiłku. Wina za fałszywą ocenę przeszłości, za utrwalanie fałszywych moralnie mitów narodowych, za przemilczanie ciemnych plam własnej jest źródłem dzisiejszego zła i zła przyszłego. Każde przemilczenie – staje się oliwą dolaną do ognia megalomanii narodowej, jest chorobą; każde uchylenie się od uznania własnych win – jest niszczeniem etosu narodowego” – czytamy w jego nieśmiertelnym eseju Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy. Nie wiem, czy pan minister czytał ten tekst. Jeśli nie, warto aby to zrobił.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki