Logo Przewdonik Katolicki

Gotowość na dalszą drogę

ks. Mirosław Tykfer

Bóg się objawił. Oświetlił drogę, jaką możemy w życiu pójść. Ciemności nas jednak nie opuszczają. Zmagają się nieustannie ze światłem. Bo to przenikanie się nocy i dnia ma swój głęboki sens.

 Nie wiem, czy to tylko efekt kryzysu wieku średniego, czy może problem z akceptacją starzenia się – zresztą jedno drugiego nie wyklucza – ale coraz częściej słyszę: chciałbym, żeby moje życie miało większy sens niż to, co dotychczas odkryłem. W podobnym tonie padają również retoryczne pytania: to, co robię, nie jest takie złe, ale czy o to mi w życiu chodziło? Jeszcze inni mówią dosadniej: zawiodłem się, bo wiele spraw okazało się zbyt trudnych, i to nawet te, które miały być tylko szczęściem, jak małżeństwo czy przyjaźń. Takie głosy dochodzą do mnie coraz częściej i z konfesjonału – a tam przychodzą przecież ludzie w bardzo różnym wieku – i od spotykanych na co dzień ludzi. Te ostatnie są zapewne naznaczone kontaktem z rówieśnikami, co kryzys wieku średniego – jako źródło niepokojących pytań – może akurat potwierdzać. Bo faktem jest, że ci, którzy są dzisiaj na etapie wychowywania starszych dzieci czy syndromu opuszczonego przez te dzieci gniazda, zaczynają stawiać poważnie brzmiące pytania: i co? Tylko tyle? I tak do śmierci?
 
Pytania z posmakiem pretensjonalności
Może to jest etap porzucania przeszłości, w której młodszy umysł projektował przeróżne scenariusze. Może tak musi wyglądać zderzenie z rzeczywistością, której za bardzo modyfikować już się nie da. Ale nawet jeśli tak, to czy można się dziwić, że te i podobne pytania zaczynają pobrzmiewać naprawdę dramatycznie? Szczególnie wtedy, gdy lista młodzieńczych scenariuszy nagle zaczyna się mocno kurczyć. Co zrobić, kiedy możliwości pozostają już tylko trzy, tyle że pierwsza jest już prawie niemożliwa, druga wymagałaby całkowitej zmiany życia, a trzecia w sumie jest mało obiecująca? Co wtedy? Czy wystarczą zapewnienia: Bóg wie, co robi? Tak bez wyjaśnienia, bez planu?
Wiem, te pytania mają posmak pretensjonalności. Są jakoś problemami pierwszego świata, który nie staje wobec poważnych problemów, z jakimi mierzy się przeważająca część ludzkości: nie walczymy o jedzenie i przetrwanie; nie musimy pić brudnej wody; nie uciekamy z powodu prześladowań. Większość z nas ma komfort życia, o jakim dwie trzecie ludzkości może tylko pomarzyć. Tak, to jest prawda. A jednak, pomimo tej ogromnej różnicy w jakości życia, możemy szczerze przyznać się do pytań o sens naszego konkretnego życia. I nie musi to być ani nasza małostkowość, ani egoizm.
Przekonałem się o tym chociażby w rozmowie z moim przyjacielem z Iraku. Na moje wątpliwości odpowiedział mi kiedyś krótko: a ty myślisz, że uchodźcy, którzy całymi dniami przesiadują w obozach, to o czym rozmawiają? Naprawdę wydaje ci się, że nie pytają o sens? Że nie marzą o dobrze prosperującej firmie albo o posłaniu dzieci do dobrej szkoły? Że oni chcą tylko przeżyć? Że nie załamują się, bo życie przecieka im między palcami? Oni stawiają dokładnie takie same pytania o życie, z jakimi mierzą się ludzie na całym świecie.
 
Ta ciemność jest szansą
Przyznawanie się do pytań o sens życia nie jest też jego zdaniem brakiem wiary. Nawet jeśli na zewnątrz wyglądamy na życiowych zwycięzców i wręcz głupio przy innych narzekać. Tym bardziej nam, Europejczykom, w zestawieniu z cierpiącymi chrześcijanami na Bliskim Wchodzie. Tym bardziej wtedy, gdy obiektywnie mają przecież od nas znacznie gorzej. Obawa oceny, że przesadzamy, nas zamyka. Udajemy, że jest dobrze, a niepokojące pytania powracają. Skrywamy więc je skrzętnie. I pewnie też nie zawsze wiemy, jak w tym wszystkim zmieścić Boga i Jego plan. To więc, że w pewnym momencie znajdujemy odwagę, żeby mówić o naszych niepokojach otwarcie, nie jest małą wiarą czy jej brakiem. My naprawdę pytamy o to samo – mówi mój przyjaciel. Wszyscy tak mamy, tylko nie za bardzo chcemy o tym mówić.
Jeśli jednak nie jest to ani brak wiary, ani dysfunkcja psychiczna, to co to jest? Czym jest ten czas, kiedy niezależnie od poziomu wiary czy poukładania życiowego rodzą się niepokojące pytania o sens? Wielu świętych zapisało w swoich pamiętnikach, że chwile zwątpienia w to, co było celem ich życia, prawie zawsze okazywało się ważnym sygnałem do rozwoju duchowego. I w konsekwencji do rozwoju ludzkiego w ogóle. Do budowania głębszych relacji, do odkrywania bardziej siebie. Że było wezwaniem do nowego i pogłębionego zdefiniowania życiowych celów. Bo może być przecież tak, że to, co było celem dotychczasowym, okazało się czymś niewystarczającym, zbyt małym na miarę naszych naprawdę głębokich oczekiwań. Często tak właśnie jest. Odkrywamy pragnienia w nas tkwiące, które są większe niż to, co dotychczas odkryliśmy. I nawet jeśli na początku taki stan rodzi w nas ogromny smutek, ból rozczarowania i konieczność kolejnego mierzenia się z życiem, to jest to szansa na podążanie drogą ciekawszą niż ta, którą szliśmy dotychczas.
 
Niebezpieczne zwijanie żagli
Chodzi jedynie o to, żeby nie zatrzymać się w martwym punkcie. Święci pisali wprost o tym właśnie punkcie zatrzymania i próbowali powiedzieć, co może nim być: chciałbym zrobić znacznie więcej, ale nie potrafię tego osiągnąć; nie mam siły, aby odkryć w sobie nowe motywacje do pójścia dalej; boję się kolejny raz zaryzykować i rzucić się w realizację nowych pomysłów. W przekonaniu wielu naprawdę znamienitych autorów chrześcijaństwa niebezpieczna okazywała się zawsze ta myśl, która podpowiadała: przyszedł czas zwijać żagle. Tak, takie myśli zapisywali święci. A że dowiadujemy się o nich z ich pamiętników, i to najczęściej dopiero po ich śmierci, jest tylko potwierdzeniem, że nie udało nam się jeszcze stworzyć w Kościele wystarczająco otwartej atmosfery do tego, żeby się do takich myśli publicznie przyznawać.
Jeden przykład. Czytając zapiski sługi Bożej Elżbiety Czackiej – inicjatorki Dzieła dla osób niewidomych w Laskach pod Warszawą – co rusz natrafiałem na słowo „niezrozumienie”. Ta, która tak twardo stąpała po ziemi i z taką determinacją dążyła do celu – tak wnioskuję z historii życia Czackiej, która mogła się przecież całkowicie załamać, tracąc wzrok w wieku 18 lat – wydaje się, że co rusz natrafiała na ów martwy punkt. I mogła – jak sama o tym pisała – utknąć w nim na zawsze. Była nim jakaś wewnętrzna niemoc. Czacka potrafiła przyznać się do niej wprost. Można ją również wyczytać między wierszami jej zapisków: niemoc płynącą albo z niezrozumienia przez innych, albo z własnego niezrozumienia tego, czego ostatecznie oczekuje Bóg. „Całą prawdę, całą rzeczywistość zna kilka zaledwie osób… Reszta sądzi, krytykuje, narzeka – pisze Czacka pełna obaw o finansowanie Dzieła Lasek. – Czuję, że nic nie umiem i nic nie mogę” – przyznaje w tym samych zapiskach nieco dalej. I potem jeszcze: „Zawsze w chwilach, kiedy nam najciężej, najwięcej malkontentów w domu”. „Dzieło Lasek – konkluduje – zrodziło się i rodzi się ciągle w cierpieniach i bólach niewypowiedzianych. Wiedzą o tym może tylko ci, którzy cały ciężar na barkach swoich dźwigają, i Bóg, któremu spodobało się taką drogą to Dzieło prowadzić”.
 
Zaproszeni na nową drogę
Życie Czackiej jasno pokazuje owo zderzenie z pozornym bezsensem dalszej drogi. Potwierdza też, że każdy, kto na serio zajmie się jakimś dobrym dziełem, czymś nie dla siebie, będzie musiał przebijać się przez mury własnej niemocy. I nie ma znaczenia, czy to jest sprawa rodziny, wspólnoty, czy nawet szeroko rozumianego Kościoła. Będzie musiał powstawać i szukać nowych motywacji. Będzie jednak miał również szansę zaufać drodze, którą idzie, a czasami podejmować kolejne ryzykowne decyzje. Pytanie najważniejsze, które się w tym czasie rodzi, nie jest więc o to, czy tak musi być, ale jak sobie z tym radzić: jak mury niemocy burzyć, a przynajmniej nie pozwalać, aby zasłaniały nam całkowicie światło na przyszłość.
Wczytując się w wiele podobnych historii życia ludzi naprawdę żyjących dla innych, nietrudno natrafić na strony pełne ciemności. Matka Teresa wyrzucała Bogu, że ją tymi ciemnościami „torturuje”. Szczególnie dużo tej ciemności w dziennikach polskich świętych, którzy odważyli się na szczery opis stanów własnej duszy. Brat Albert do końca życia pytał cierpiącego Chrystusa, dlaczego krzywdzą go nawet ci, którym pomaga. Dobrze, że tak o sobie pisali, bo dzięki ich szczerości dzisiaj możemy czuć się mniej wyobcowani z tak zacnego grona, kiedy i na nas spada niespodziewanie cień niejasności. Ba, nawet więcej: odkrywamy z nimi wyjątkową jedność, kiedy zaczynamy rozumieć, że ciemności pozwoliły im odkryć głębszą prawdę o życiu i zaufać pełniej Bogu. I czujemy się do podobnej drogi zaproszeni.
 
Droga się nie kończy
Najważniejsze jest więc nie tyle to, że i oni też musieli cierpieć, ile że zdecydowali się pójść dalej. Można się od nich tego pójścia z odwagą uczyć, i że w momentach duchowego zaciemnienia tkwić zbyt długo nie można. Że to może być destrukcyjne. Tak piszą właśnie oni, ci sami, którzy dopiero co przekonywali nas, że ciemności to coś normalnego nawet w życiu człowieka głęboko wierzącego. A nawet więcej, że jest to znak, że ten właśnie człowiek podąża drogą właściwą. Nie znalazłem jednak żadnej wypowiedzi któregokolwiek z nich, która by świadczyła o tym, że się na taką sytuację zwyczajnie zgadzali i nie chcieli jej zmienić. Nie widziałem, żeby ktokolwiek z nich przestał w końcu pisać: Jezu przyjdź, daj światło. Nie, ciemności nie były ich celem. Znali dobrze ów martwy punkt, wiedzieli, że on ma swoją moc. Że przechowuje w sobie siłę smutku i melancholii, które odbierają życiową energię. Że nie jest dobrze zatapiać się w bólu duszy tylko dlatego, że tak wiele spraw nie poukładało się według naszych marzeń. Nie, to nie jest światło. Ale to też nie jest jeszcze koniec drogi.
 
Otwartość na to, co niespodziewane
Piszę o tym wszystkim zainspirowany słowami papieża Benedykta XVI. Na uroczystość Objawienia Pańskiego w 2013 r. napisał, że mędrcy ze Wschodu mieli wiarę pokorną, taką, która jest „w konflikcie z dominującą mądrością ludzi, którzy trzymają się tego, co pozornie pewne”. Pozornie pewne jest bowiem osiągnięcie szczęścia czy jakkolwiek rozumianego ludzkiego spełnienia przez osiąganie wyznaczonych przez siebie celów. Tak, na pewnym etapie drogi te cele są ważne i dobrze, że przynajmniej do części z nich docieramy. To jednak, co daje spełnienie naprawdę, jest otwartością na to, z czym przychodzi życie, a w nim, z czym przychodzi do nas Bóg. Bo to właśnie znaczy, że Bóg się objawił, że do nas mówi, że wciąż zaprasza do dalszej drogi. I że początek odkrywania planu, jaki ma On dla naszego życia, jest zawsze w sercach i umysłach otwartych na to, co niespodziewane.
Jest tylko jeden wymóg, aby tego, co niespodziewane, nie przeoczyć – o czym wspominają często w swoich pismach św. Ignacy Loyola, Chiara Lubich czy brat Roger z Taizé – rzucać się wciąż w nowe sytuacje z zaufaniem, że nawet jeśli popełnimy błędy, nawet jeśli nie odczytamy życiowych wyzwań tak dokładnie, taka jest właśnie droga światła. W tych próbach, w tym nieustannym wyruszaniu w drogę ukryty jest bowiem sens. Jest jak gwiazda świecąca pośród wielu innych świateł świata. Ta jedna, która zna drogę.
 
Sens daje się więc poznać dopiero w momencie wyruszenia, nie wtedy, gdy stoimy i tylko myślimy, co dalej. Sens odsłania się przez czyn lub przynajmniej przez decyzję, aby czyn jakiś podjąć, co już jakoś też jest czynem pragnącego serca – pisał Karol Wojtyła. Nawet jeśli za wyruszenie uznać moment modlitwy, w której pytamy o przyszłość z gotowością na wędrówkę w nieznane, kiedy nie pytamy już tylko o to, czego sami chcemy, ale z odwagą wsłuchujemy się w nasze najgłębsze pragnienia, w których Bóg nieustannie pociąga ku rzeczom większym. Tak, to jest dopiero droga do prawdziwego światła. W tych rzeczach większych ono jest i bez ciemności drogi, która zmusza do nieustannego porzucania bezpiecznych miejsc, nie jesteśmy w stanie go odkryć.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki