Logo Przewdonik Katolicki

Wiara w czasach niewiary

ks. Mirosław Tykfer
Michael Paul Gallagher fot. Irish Jesuits Flickr

Ojciec Michael Paul Gallagher był człowiekiem bardzo wrażliwym. Potrafił empatycznie wczuwać się w trudności wiary innych, nawet ateistów. Kiedy zachorował na raka, także on przeżył próbę wiary. O niej opowiada jego ostatnia książka.

Nie żyję perspektywą bliskiej śmierci. Fakt, że piszę o umieraniu, może być więc postrzegany jako nadużycie. Mam nadzieję, że nim nie jest. Starałem się tylko przekazać świadectwo człowieka, który umierając, pozostawił po sobie przejmujące świadectwo. I to on bardziej niż ja się tutaj wypowiada.

Tak, mam wątpliwości
Dlaczego posłuchać tego właśnie człowieka? Michael Paul Gallagher, irlandzki jezuita, umarł jesienią 2015 r. Zanim zachorował na raka, wykładał literaturę na uniwersytecie w Dublinie, a potem teologię na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Miałem przywilej być jednym z jego najbliższych uczniów. Zamysł tego artykułu nosi więc w sobie tę osobistą intencję. Jest jednak coś jeszcze. Ojciec Gallagher spoglądając coraz bardziej w oczy własnej śmierci, musiał zawalczyć nie tylko o własną kondycję fizyczną i psychiczną. Musiał zmierzyć się także z wątpliwościami wiary, jakie zaczęło coraz natrętniej wzbudzać w nim jego własne słabnące ciało. „Stawałem przed lustrem i pytałem, czy to wciąż ja po tamtej stronie? Czasami trochę śmiesznie i odruchowo sięgając po grzebień…” – napisał w jednej z ostatnich notatek.
Michael Paul Gallagher rozpoczynając długą, wielomiesięczną drogę ku śmierci, co pewien czas spisywał swoje przemyślenia. Dzisiaj, z perspektywy publikacji całości tych notatek, można powiedzieć, że przemawia z nich ważne przesłanie nie tylko dla osób chorych i umierających, ale dla nas wszystkich, którzy coraz bardziej zarażamy się kulturową atmosferą niewiary.

Nie jestem dogmatykiem
Nie da się nie dostrzec pewnej trudności w sięgnięciu po te notatki i wiedział o nich także ich autor. Świadectwo wiary umierającego księdza może bowiem budzić naturalny brak zaufania, czy autor pisze prawdę, czy mówi szczerze o tym, co przeżywa, czy nie stosuje pobożnego wytrychu: „Bóg jest zawsze z nami”. Bo nawet jeśli dla człowieka wierzącego „Bóg zawsze z nami jest”, to jednak Jego obecność nie zawsze jest taka sama. Albo my nie zawsze przeżywamy ją w ten sam sposób. Nie można spokojnie przejść obok bardzo sugestywnie postawionego kiedyś pytania żydowskiego teologa Abrahama Heschela: czy przypadkiem Bóg nie bawi się z nami w chowanego?
Lektura notatek pokazuje, jak daleko o. Gallagher był wolny od klerykalnej pokusy lukrowania rzeczywistości. Zresztą jak sam napisał w notatkach, nie pozwoliłaby mu na to powaga sytuacji, w której o Boga zaczął on pytać jakby na nowo. Nie przeczył w ten sposób swoim wcześniejszym wykładom. Na Uniwersytecie Gregoriańskim to przecież on pierwszy powtarzał: Bóg nie jest dogmatem, który niezmiennie tkwi na swoim miejscu: nieporuszony, niezafrasowany ludzkim cierpieniem. Lubił też o sobie mówić: „Nie, nie jestem dogmatykiem, broń Boże”. Miłość i bliskość Boga nie były niezmąconym doświadczeniem ciężko chorego o. Gallaghera. Były raczej drogą do jeszcze większej wrażliwości wobec ludzi, którym w różnych wydarzeniach życia zabrakło ciepła i światła wiary.

Zrozumiałem, że wiara ewoluuje
Ojciec Michael Paul Gallagher wychował się w Colooney, niewielkiej miejscowości w Irlandii. Później wspominał: tamten świat był bardzo prosty, poukładany. Był ministrantem. Wychowywał się w atmosferze spójnej wizji świata, w której obecność Boga w życiu człowieka była czymś oczywistym. Pierwszy raz z ludźmi niewierzącymi zetknął się we Francji, podczas rocznych studiów na uniwersytecie w Cean, a później w Oxfordzie. To przeżycie było dla niego pierwszym sygnałem, że kultura europejska ulega głębokim zmianom i że zupełnie inaczej niż w Colooney może wyglądać przyszłość irlandzkiego katolicyzmu. Gdy zachorował na raka i na dwa lata przed śmiercią wrócił do Irlandii, przekonał się osobiście, jak bardzo to już jest prawdą.
Ogromnie ważnym doświadczeniem było dla niego także spotkanie z ludźmi biednymi w Ameryce Łacińskiej i następnie w Kalkucie. To tam zrozumiał, że eurocentryczny sposób rozumienia wiary przejdzie głęboką ewolucję związaną z wyjściem na egzystencjalne peryferie. I że peryferie zmienią świat naszej tradycyjnej wiary, na nowo go poukładają. Zakładał jednak, że w międzyczasie Europę dotknie głęboka sekularyzacja, a w konsekwencji centrum życia Kościoła będzie stopniowo przesuwać się na inne kontynenty.

Odkryłem w sobie głęboką słabość
Z powodu tej osobistej historii życia i ogromnej wrażliwości na wszelkie ludzkie pytania o sens życia, o. Gallagher poświęcił większość swojej działalności naukowej dialogowi wiary z kulturą współczesną. Cała jego formacja intelektualna i duchowa zmierzała do próby odpowiedzi na to kluczowe pytanie: jak ludzi żyjących w kulturze postchrześcijańskiej otworzyć na obecność Boga. Paradoksalnie więc w czasie swojego wielomiesięcznego umierania zetknął się z trudnością ocalenia w sobie wiary, którą to trudność wcześniej on sam traktował jako zasadniczy przedmiot swoich naukowych dociekań. Ale jak się potem okazało, to choroba podpowiedziała mu najważniejsze rozwiązania tego problemu.
Z lektury jego notatnika dowiadujemy się, że nie brak sił fizycznych najbardziej doskwierał mu w tym czasie w jego relacji do Boga. Bardziej bolała go świadomość, że wszystkie dotychczasowe możliwości bycia z innymi i dla innych powoli się kończą. I że tak łatwo traci się wówczas poczucie sensu powołania, bycia kochanym i potrzebnym. „Patrzyłem na mój kalendarz, zawsze pełen zadań, teraz zupełnie pusty…”. Nawet jeśli tak wiele osób wciąż chciało go odwiedzać. Notatki pełne są wspomnień ciepłych i dobrych ludzi, którzy przychodzili, dzwonili, pamiętali. Bardzo egzystencjalne pytania o sens życia w takim stanie wynurzają się jednak nieustannie z jego kolejnych wyznań. Aż do momentu, w którym częściej niż słowo „Bóg” padają „słabość”, „samotność”, „lęk”, „bezużyteczność”, „ból”.

Ateizm dotknął moje serce
To, że takie słowa się tam pojawiły, pewnie nie zaskakuje. Tak czuje człowiek chory. Ciekawe jest natomiast to, że zdaniem o. Gallaghera to właśnie one poprowadziły go do odkrywania Boga na nowo, w innym niż dotychczas świetle. Rozdzierające duszę zderzenie z wiadomością o perspektywie bliskiej śmierci, a potem kolejne zgody na to, aby oddawać swoje ciało do całkowitej dyspozycji innych, zadały choremu na raka poważne pytania: co naprawdę znaczy wierzyć w bliskość Boga? Jak wierzyć, że jest Panem, kiedy przestał nad moim ciałem całkowicie panować? I wyjaśniał, że to nie tylko były pokusy niewiary, ale pytania o to, kim Bóg naprawdę jest; na czym polega Jego panowanie; co znaczy, że z nami jest, kiedy nasze życie oddaje we władanie bezdusznych sił ogałacających naszą ludzką godność.
Ojciec Gallagher przez całe swoje życie próbował zrozumieć trudności niewiary zakorzenione we współczesnej kulturze. Uważał, że niewiara ma ścisły związek z ograniczoną wyobraźnią, jaką ta właśnie kultura wytwarza. A właściwie ją coraz bardziej zacieśnia do wąskich horyzontów życia pragmatycznego i skoncentrowanego na indywidualnych sukcesach. To kultura konkurencji, zapatrzenia w siebie. Kultura, w której głębokie relacje międzyludzkie stają się coraz trudniejsze.
Na końcu drogi własnego życia odkrył z przerażającą jasnością, że trudności z niewiarą dotknęły także jego religijności. Bardzo często w swoich notatkach pisze o poczuciu ogromnej pustki. Jego wyobraźnię nagle zaatakował ten sam wirus, który zwalczał we współczesnych sposobach negowania Boga. „What does Mr Godot do?” (Co robi Bóg?) – pyta Samuel Beckett w jednej ze swoich najważniejszych sztuk teatralnych i sam odpowiada – podkreśla o. Gallagher w sposób szokujący – „Nothing” (Nic). „Oto uczucie, które prowokuje ateizm” – skomentował w notatniku. „Tylko że teraz ono ogarnęło także moje serce”.

Zasiadłem z niewierzącymi przy stole
Gdy o. Gallagher wykładał jeszcze na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, postanowił pewnego razu przygotować ze studentami sztukę opowiadającą ostatnie lata życia św. Teresy z Lisieux. Zrobił to głównie ze względu na jedno zdanie, jakie tuż przed śmiercią święta zapisała w swoim dzienniku: „Bóg pozwolił mi zasiąść do stołu z ateistami”. Oczywiście nie dosłowanie, ale podzielając z nimi ten sam stan duszy. Na wykładach o. Gallagher tłumaczył, że św. Teresa jest przykładem głębokiej wiary Kościoła, który towarzyszy ciemności niewiary tak wielu Europejczyków. Była gotowa podzielać z nimi doświadczenie pustki, czyli życia bez Boga. Nie po to, aby zwątpić, ale żeby na siebie wziąć ciemność, która może niewierzących od zerwania całkowicie relacji z Bogiem ocalić. I że właśnie dlatego zapisała również, że w głębi jej serca wyrywał się w tamtym czasie ten sam ocalający ich, zbawczy krzyk: „Boże mój, czemuś mnie opuścił”.
Z notatek umierającego o. Gallaghera powoli odsłania się obraz człowieka, który całe życie starał się zrozumieć osoby niewierzące, poznać je, zbliżyć do Boga. Nagle u jego końca okazało się, że jego bycie z niewierzącymi bardziej niż na poziomie rozumu, bardzo głęboko, głebiej niż dotychczas, dotknie jego serce. Że i on będzie przeżywał wewnątrzną pustkę, jakby Boga nie było. Nie pierwszy raz tak się w jego życiu dzieje, ale teraz znacznie bardziej intensywnie. Teraz on sam zasiadł z ateistami do „wspólnego stołu”. W swoim notatniku dość ostrożnie napisał: „Obym nie musiał przeżywać z taką samą intensywnością noc niewiary, jaką przeżyła św. Teresa”. Szybko zrozumiał jednak, że Bóg w jego doświadczeniu pustki nie tyle się od niego oddalił, ile pozwolił mu na zjednoczenie z Chrystusem Opuszczonym; Chrystusem, który również oddał się całkowicie w ręce tych, którzy Boga nie znali, aby także ich ocalić.

Nie muszę udawać
„Przyzwyczajenie do bycia samowystarczalnym, tak mocno zakorzenione w każdej osobie, zawiedzie” – napisał w swoich notatkach u początku swojej choroby. A było to już trzecie jego zmaganie z rakiem. Po dwóch poprzednich wracał do normalnego funkcjonowania. Teraz wszystko wskazywało na śmierć. Narastająca świadomość zbliżającej się godziny odejścia rodziła w nim wciąż powracającą pustkę. Coraz lepiej rozumiał, że z każdym dniem będzie coraz mniej o sobie decydować. Pewnie stąd jego nerwowy komentarz w notatkach w odniesieniu do klasycznej teologii, która w takich momentach zamykała oczy na dramat. Nie pasował do pochwały niezachwianej niczym wiary. Dlatego zdaniem o. Gallaghera wielu klasycznych teologów wolało naiwnie mówić o momencie śmierci jako najważniejszym akcie wolności. Zakładając, że przed śmiercią człowiek może decydować o swojej wieczności. Stąd tak silny akcent kładli oni na ostatnią spowiedź, zapominając, że gra emocji umierającego nie dotyczy jedynie moralnej oceny przeszłości, ale w ogóle wiary w życie wieczne. Tak, to jest moment wolności, ale przeżywanej często bardzo dramatycznie – napisał w notatniku o. Gallagher. Co zresztą brzmi jak reminiscencja jednej z wielu powtarzanych przez niego myśli Maurice’a Blondela: wiara to dramat; nie tragedia, ale właśnie dramat; nie musimy udawać, że nim nie jest; nie musimy… „Nawet jeśli muzyka Bożej obecności jest zawsze silniejsza od hałasu najgłębszego nawet smutku i opuszczenia” – wyjaśnił w jednej z notatek.

Uczyłem się cierpliwości wobec Boga
Ojciec Gallagher nie obawiał się pisać o swoim dramacie wiary. Z dużą odwagą, choć i pewnym zawstydzeniem, wspomina momenty poczucia całkowitego opuszczenia i bezsilności. Robi to dla nas – tak uzasadnia swoje wyznania – abyśmy nie sądzili, że będąc księdzem i profesorem teologii, musi być łatwiej. Opisał skrupulatnie wszystkie momenty upadków i wzlotów wiary, jakie przeżywał w czasie choroby. Nie obawiał się opinii bycia człowiekiem słabej wiary. Wręcz przeciwnie. Chciał innych przekonać – wysłyszeć tę tezę można w prawie każdym zdaniu jego notatek – że napotykając trudności w wierze, nie muszą udawać, nie muszą oszukiwać swoich uczuć. Bo czasem wszystko jest bardzo jasne, ale czasami na życie pada głęboki cień. I wówczas lepiej jest cierpliwie – a mówi to z podkreśleniem, że pomogła mu w tym teologia Tomáša Halíka – bardzo cierpliwie poczekać. I modlić się. Nigdy nie przestawać wierzyć, że Chrystus powstał z martwych. Nawet jeśli w momentach największej ciemności nie jest to żaden rodzaj doświadczenia, a jedynie przeczucie wiary: moje cierpienie nie jest ostatnim słowem Boga.

Odkrywając bogactwa nowej wrażliwości
Rozpoznanie dramatu ludzkiej egzystencji zdaniem o. Gallaghera nie musi się kończyć smutną konstatacją, że w nocy niewiary jesteśmy skazani już tylko na siebie, a Bóg nas opuścił. Podczas wywiadu udzielonego przed nasileniem się choroby o. Gallagher przyznał, że stwierdzenie Fryderyka Nietzsche „Bóg umarł” jest już passé. Ono już nikogo nie prowokuje, nie straszy. Kogo miałby straszyć brak bliskości Boga w kulturze zapomnienia, że Bóg w ogóle istnieje. O. Gallagher jednocześnie podkreślał, że ludzie wiary tym się jednak różnią od niewierzących, że wierzący żyją obietnicą poranka. Nawet jeśli jest to tylko obietnica, bo nie zawsze jest to już doświadczenie jego nadchodzących promieni. Wręcz przeciwnie, czasami jest to nadzieja wbrew nadziei, co zwięźle ujął kiedyś św. Paweł. A jeśli taka bywa kondycja wiary człowieka wierzącego, to tym bardziej dotyczy ona człowieka umierającego, który zmaga się, aby swoją wiarę ocalić. „Wiara jest u siebie w domu, jeśli staje się pokornym światłem w ciemności” – wyjaśnił w notatniku. „Tam znajdują się bogactwa nowej wrażliwości, z jaką wiara może na nowo rozbłysnąć w świecie”. 

----------
O. Michael Paul Gallagher umarł bardzo spokojnie. W jednej ze swoich ostatnich notatek napisał o kojącej serce Komunii św., którą przyjął wcześnie rano. Zaraz potem dodał jednak i tę charakterystyczną dla siebie myśl, odnoszącą się do późniejszego spotkania z pielęgniarką, która bardzo cierpliwie i czule wysłuchała jego ostatnich słów. Bo także ona – napisał potem – „stała się leczącym sakramentem mojego zmagającego się ze śmiercią ja”. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki