Logo Przewdonik Katolicki

II RP – bilans otwarcia

Paweł Stachowiak
fot. NAC/Fotolia

Mimo swych słabości polski patriotyzm był solidnym fundamentem pod odbudowę Polski, a takiego właśnie było wtedy potrzeba. Niewiele mieliśmy poza tym kapitału, z którego można byłoby czerpać środki niezbędne dla utrwalenia i wzmocnienia nowego państwa.

To, co zaczęło się w pierwszych dniach sierpnia 1914 r., dopełniło się w radosnym uniesieniu listopada 1918 r. Odrodzenie wolnej Polski, ziszczenie pragnień i nadziei pokoleń.
„Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po 120 latach prysły kordony. Nie ma «ich». Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili. [...] Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swym życiu najwyższej radości” – tak opisywał atmosferę tamtego czasu premier pierwszego rządu niepodległej Polski, Jędrzej Moraczewski.
„Polsko, nie jesteś ty już niewolnicą! […] Dzisiaj wychodzisz po wieku z podziemia, z ludów jedyny ty lud czystych dłoni. […] Żadne cię miana nad to nie zaszczycą, Co być nie mogło przez wiek twą ozdobą! Polsko, nie jesteś ty już niewolnicą! Lecz czymś największym, czym być można: Sobą!” – rymował Leopold Staff.
Niech Czytelnik wybaczy przydługie cytaty, wszak – powtórzmy za Miłoszem – „więcej waży jedna dobra strofa niż ciężar wielu pracowitych stronic”.
Naiwność, można powiedzieć, zbytek optymizmu, myślenie życzeniowe. „Będziemy sami sobą rządzili” – jakże prędko okazało się, że to nie daje żadnej gwarancji zbudowania lepszego państwa i społeczeństwa.
Już w 1922 r., gdy Eligiusz Niewiadomski zabił Gabriela Narutowicza – pierwszego prezydenta Rzeczpospolitej, przyszło się rozstać z wiarą, że nasze, znaczy lepsze, sprawiedliwsze, bardziej moralne. Jak gorzkie musiało być rozstanie z przekonaniem, że jesteśmy jedynym „ludem czystych dłoni”. Pamiętamy rozczarowanie Cezarego Baryki, gdy zrozumiał, że tu nie ma szklanych domów. Jednak ta naiwna, entuzjastyczna wiara pierwszych dni, tygodni i miesięcy niepodległości była kapitałem, bez którego być może nie dałoby się wznieść gmachu nowego państwa i obronić go przed zagrożeniami.
Przez ponad rok podążaliśmy na łamach „Przewodnika” szlakiem dróg wiodących „ku Niepodległej”, a później obserwowaliśmy to, co było „tuż za jej progiem”. Teraz warto dokonać bilansu. Ocenić kapitał, oszacować koszty, nakreślić panoramę wyzwań i problemów. Wszystko, przed czym stanęły tamte pokolenia, którym przypadło być może największe z wyzwań w naszych dziejach.
 
Bez szklanych domów
To naprawdę nie był kraj szklanych domów. Jedynym kapitałem, którym dysponowaliśmy u początków niepodległości, byli chyba faktycznie ludzie: ich entuzjazm, zapał, wiara, ten młodzieńczy, naiwny optymizm, przebijający z cytowanych powyżej słów. Powszechne uznanie, że szansa, którą otrzymaliśmy musi zostać wykorzystana, bo kolejnej nie będzie. „Wybierać trzeba szybko, raz jeden – na wieki, jeśli wolność – to twardą, bez łez i zalotów” – pisał Kazimierz Wierzyński w wierszu Listopad 1918.

Pełna treść artykułu w Przewodniku Katolickim 28/2019, na stronie dostępna od 06.08.2019

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki