Dwa tygodnie temu pisałem o roli Kościoła w kluczowych latach 1914–1918, gdy po okresie zaborów wykuwał się kształt Niepodległej. Kończąc tamten artykuł, wydawało mi się, że opis zdarzeń, tak już od nas odległych, nie będzie pełen, jeśli pozbawimy go kontekstu bardziej współczesnego, wciąż przez wielu żywo pamiętanego.
Są podobieństwa i są różnice w ocenie minionego stulecia. Dla nas było ono czasem triumfu i tragedii: zaskakującego sukcesu w 1918, przygnębiającej klęski w 1939 i świtu nadziei w 1989 roku. Od niepodległości do niepodległości – to szlak naszych dziejów w XX wieku. Historia pozornie logiczna i jednoznaczna, droga, na której tryumfuje dziejowa sprawiedliwość, bo przecież polska suwerenna państwowość zdawała się elementem ładu Bożego. Mit „Cudu nad Wisłą” krzepił przekonanie, wedle którego niepodległość ma korzenie nadprzyrodzone i nigdy nie upadnie. A jednak upadła. Ledwie po dwudziestu latach przestała istnieć, zginęła pod ciosami Niemiec i ZSRR, totalitarnych mocarstw, wrogich wolności człowieka, chrześcijaństwu, demokracji i Polsce.
Sprzyjające okoliczności
„Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom” – pisał Konstanty Ildefons Gałczyński. Tak było wtedy, przed stuleciem, i niedawno, przed niespełna czterdziestu laty. XX wiek przebiegał dla nas ścieżką łączącą narodziny, upadek i znów wskrzeszenie Niepodległej. Dwie daty są tutaj kluczowe – 1918 i 1989. Oczywiście są one symboliczne, reprezentują dziejowy proces, który trwał co najmniej przez kilka lat, i ukazują złożoność okoliczności, kontekstów i przyczyn, które złożyły się na ten nasz dwukrotny sukces.
W Polsce skłonni jesteśmy zwracać uwagę przede wszystkim na okoliczności wewnętrzne. Jesteśmy dumni, że to u nas rozpoczął się upadek komunizmu, boli nas, że świat pamięta o upadku muru berlińskiego, a zapomina o „Solidarności” i polskich przemianach lat 1988/1989. Jesteśmy przekonani, że to my zadaliśmy komunie decydujący cios, podobnie postrzegamy wydarzenia sprzed stu lat.
Mało kto pamięta, że „wybuch niepodległości” był konsekwencją rzezi narodów, strasznej wojny okopowej, maszynki do mielenia ludzkiego mięsa, bez sensu i bez uzasadnienia. I wojna światowa niemal wyparowała z naszej pamięci, a jeśli jest w niej obecna, to jako mickiewiczowska „wojna o wolność ludów”. Tymczasem nie byłoby szans na odzyskanie niepodległości w 1918 roku, gdyby nie pojawiła się nieoczekiwana koniunktura międzynarodowa, istna wygrana na historycznej loterii. Któż mógł przypuszczać w 1914 roku, w chwili wybuchu Wielkiej Wojny, jak miano ją później nazywać, że uda się zrealizować dwa, zdawałoby się niemożliwe do pogodzenia, cele. Przecież nasi zaborcy byli po obu stronach wojennej barykady: Niemcy i Austria tworzyły blok państw centralnych, Rosja wraz z Francją i Wielką Brytanią były związane węzłem Ententy. Któraś ze stron musiała tę wojnę wygrać: albo Niemcy i Austria, albo Rosja. Tertium non datur. Mieliśmy do wyboru niepodległość na niewielkim terenie części zaboru rosyjskiego („Saska Kępa byle niepodległa” – mawiali prześmiewcy) albo całość – wszyscy Polacy w granicach jednego państwa, bynajmniej nie suwerennej Polski, ale autonomicznej części imperium rosyjskiego. Niepodległość albo całość – diabelska alternatywa…
W latach 80. było podobnie. Mało kto wierzył, że bliski jest czas upadku ZSRR. Trzeźwy realista Stefan Kisielewski długo nie był w stanie uwierzyć, że jesteśmy w przededniu wielkich zmian. „Myślałem, że umrę w Polsce sowieckiej, a tymczasem… ha, ha, ha!” – z właściwą sobie prześmiewczą dezynwolturą pisał krótko przed śmiercią w 1991 roku już w wolnej Polsce, która go zaskakiwała i rozczarowywała. Gdy przyglądamy się dekadzie lat 80. – epoce kryzysu, a wreszcie rozkładu komunistycznego systemu – winniśmy sobie zadać pytanie: kiedy miała miejsce prawdziwa polska rewolucja? Czy doprawdy wówczas, gdy nastąpiły epokowe zmiany, gdy udało się wyrwać z komunistycznego zniewolenia, gdy osiągnęliśmy sukces na miarę tamtego z 1918 roku, a zatem na przełomie lat 80. i 90.? A może miała ona miejsce kiedy indziej?
Wykorzystać szansę
Gdyby za miarę rewolucji uznać powszechny entuzjazm dla zmian, wysoki poziom zaangażowania społecznego, wiary narodu we własną sprawczość i odczucie porywów owego „wiatru historii”, to należałoby wskazać inny czas. Nie lata 1988–1990, ale wcześniejszy o niemal dekadę „karnawał Solidarności”. To wtedy „serca w nas gorzały” i gdyby to od nas tylko zależało, cud niepodległości zdarzyłby się właśnie wtedy. Jednak musieliśmy czekać na to jeszcze 10 lat, musiało się odmienić położenie międzynarodowe Polski, trzeba było, aby skończył się dwubiegunowy, zimnowojenny, trwały – zdawałoby się – porządek świata. System, w którym byliśmy skazani na rolę wasala imperium sowieckiego i na nic były nawet tak powszechne zrywy, jak ten w roku 1980. Wtedy również zaznaczała się wspomniana powyżej „diabelska alternatywa”: albo korzystając z powszechnej radykalizacji nastrojów, spróbujemy odsunąć komunistów od władzy, lecz wtedy ściągniemy na siebie krwawy miecz doktryny Breżniewa, albo zaakceptujemy na trudną do przewidzenia przyszłość dotychczasowe status quo, co najwyżej z poszerzonym zakresem autonomii. Gdy zaczęła się pod koniec lat 80. lepsza dla Polski koniunktura, ze świecą byłoby szukać dawnej, powszechnej, narodowej euforii. „Solidarność” była już cieniem samej siebie, nie było już 10 milionów członków, entuzjazm wygasł. Pamiętam, gdy na konferencji z okazji obchodów 20. rocznicy przemian roku 1989 roku, jedna z legend pierwszej „Solidarności” Grażyna Staniszewska z Bielska Białej mówiła, że poza wielkimi ośrodkami miejskimi panowała powszechna bierność i zniechęcenie, nie było komu rozklejać plakatów wyborczych przed wyborami 4 czerwca. Sam to pamiętam z perspektywy mojego rodzinnego Krotoszyna. Rozwiał się duch 1980 roku, a jednak to właśnie wtedy się udało!
W latach 1914–1918 było podobnie. „A to Polska właśnie” – mówił, wskazując na serce, Pan Młody do Panny Młodej w Weselu Wyspiańskiego. W sercu, bo innego, realnego, miejsca nie było i mało kto widział szansę, aby ziściły się nadzieje poprzednich pokoleń. Jeszcze w lipcu 1915 roku, gdy Rosjanie uciekali z Warszawy przed zwycięskimi Niemcami, tłumy wyległy na ulice. „Nasi odchodzą” – krzyczano, rzucano kwiaty pod kopyta kozackich koni, które przecież zaledwie 10 lat wcześniej masakrowały warszawiaków na tych samych ulicach. Wolna i niepodległa Polska była tylko „w sercach” i to zapewne niezbyt licznych. Jednak trzy lata później się udało.
Jakże wiele jest podobieństw, szczególnie w wymiarze tła i kontekstu zdarzeń lat 1918 i 1989. W jednym i w drugim czasie na nic zdałyby się powszechny entuzjazm i aktywność społeczeństwa, musiało otworzyć się „okno możliwości” (window of opportunity – jak mówi się w świecie anglosaskim). A to okno otwiera się zazwyczaj na krótko i trzeba wykorzystać szybko przemijającą okazję. To zadanie należało już tylko do nas i wykonaliśmy je i w 1918, i 1989 roku całkiem nieźle.
To historyczne podobieństwo nie oznacza jednak, że można by je uznać za potwierdzenie wiary, że historia jakoby się powtarza. Powtarzają się pewne mechanizmy, okoliczności, tendencje, choć nieraz wrażenie to wynika z powierzchownej analizy historycznych faktów i zjawisk. W poprzednim artykule pisałem na przykład o bardzo różnym znaczeniu Kościoła w 1918 i 1989 roku. U początku XX wieku jego rola była drugoplanowa, szczególnie jako czynnego i wpływowego uczestnika życia publicznego i politycznego. Prawie nikt zresztą wówczas tego od niego nie oczekiwał. Jakże inne było znaczenie Kościoła w roku 1989. Cieszył się on wtedy fenomenalnym poparciem niemal 90 proc. społeczeństwa. Zyskał w poprzednich dziesięcioleciach wielki autorytet społeczny. Był pożądanym partnerem obu stron ówczesnego sporu – władzy i opozycji. W odróżnienia od Kościoła przełomu XIX i XX wieku tworzył autentyczną „przestrzeń wolności”, w której odnajdywali się zarówno wierzący, jak i niewierzący. W 1918 roku Kościół zasiadał raczej na widowni, w 1989 grał na scenie jedną z pierwszoplanowych ról. To on przyczynił się przecież do zawarcia porozumień Okrągłego Stołu i wsparł stronę opozycyjną w wyborach czerwcowych. Był prawdziwym współtwórcą III Rzeczpospolitej.
Punkt wyjścia
Różne były również okoliczności, w których formowała się polska niepodległość. W 1918 roku państwo rodziło się praktycznie z niczego, trzeba je było tworzyć „na surowym korzeniu”. Należało scalić trzy, jakże odmienne, dzielnice. Nie było wspólnego systemu prawnego, wspólnej waluty i zintegrowanej gospodarki, nie było jednolitego systemu oświaty, brakowało nauczycieli i urzędników, nie było wojska. Łatwo było dojechać z Warszawy do Moskwy, z Poznania do Berlina, z Krakowa do Wiednia, ale bezpośredniej komunikacji między tymi polskimi miastami nie było. Spora część kraju leżała w gruzach po walkach I wojny światowej. Zaborcy – szczególnie Niemcy i Rosjanie – ogołocili kraj ze wszystkiego co cenne. Ziemia leżała odłogiem, a kilka milionów osób było zagrożonych głodem. Wreszcie istniały, jakże trudne do przezwyciężenia, niekiedy widoczne do dziś, różnice mentalności, przyzwyczajeń, zamożności, kultury politycznej, a nawet kształtu świadomości narodowej, powodujące, że już po kilku miesiącach dawała znać o sobie nostalgia za zaborcami, co szczególnie było widoczne w dawnych zaborach pruskim i austriackim. Wreszcie zagrożenie zewnętrzne – stała groźba wojny z sąsiadami, skrajnie niekorzystne położenie geopolityczne utrudniające obronę kraju – oraz wewnętrzne: wielonarodowy skład społeczeństwa, rosnące antagonizmy i separatyzmy osłabiające spójność państwa, a także cywilizacyjna przepaść między tzw. Polską A i B. Względny sukces tworzenia II RP był zatem wielkim osiągnięciem i dokonując bilansu międzywojennej Polski, trzeba brać pod uwagę to, od czego zaczynała.
III RP miała inny punkt startu. Państwo, choć niesuwerenne, istniało. Funkcjonowały jego najważniejsze instytucje, społeczeństwo było daleko bardziej niż w 1918 roku zintegrowane, nie było, tak wielkich jak niegdyś, różnic rozwoju cywilizacyjnego, mieliśmy jednolity system prawny, szkolnictwo, w miarę spójna była infrastruktura transportowa. Społeczeństwo było znacznie lepiej wykształcone i pomimo utrzymujących się różnic mentalnościowych nie było deficytów w sferze tożsamości narodowej. Wyzwaniem było raczej zreformowanie, odnowienie i dostosowanie do nowej rzeczywistości, a nie budowa wszystkiego od podstaw. Polska w 1989 roku była krajem monoetnicznym, co być może osłabiało atrakcyjność naszej kultury, ale zapewniało większą stabilność społeczną i polityczną. III RP u swego zarania nie stała też przed większymi zagrożeniami międzynarodowymi, nie musiała toczyć żadnych wojen ani obawiać się o swoje istnienie. Trzeba było jedynie przeprowadzić naprawę. Remont powinien być łatwiejszy niż budowa, wiemy jednak, że niekiedy łatwiej i korzystniej jest stary budynek zburzyć i zbudować na nowo, niż grzęznąć w niekończących się i kosztownych remontach.
Trudno mi zatem odpowiedzieć w sposób jasny i prosty, która generacja Polaków miała trudniej i która lepiej spełniła swoją powinność. Niby w 1989 roku było łatwiej i prościej, zawsze jednak, gdy o tym myślę, przychodzi mi na myśl jeden przykład. Otóż pierwsza konstytucja II RP, zwana marcową, została uchwalona w 1921 roku, zaledwie dwa i pół roku po odzyskaniu niepodległości. Konstytucję III RP przyjęto w kwietniu 1997, osiem lat po przełomie 1989 roku. Czy ta różnica była świadectwem większej dojrzałości elit II RP, czy może poczucia zagrożenia, przyspieszającego podejmowanie decyzji? To tylko jeden z przykładów trudności, które napotka każdy, kto będzie porównywał czasy narodzin „dwóch niepodległości”.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













