Salezjańska Dziewiątka

W sobotę 6 czerwca zostało beatyfikowanych dziewięciu salezjanów, w tym sześciu z Krakowa, którzy w czasie II wojny światowej ponieśli śmierć, bo byli wierni swojemu powołaniu. Zarówno zakonnemu, jak i kapłańskiemu.
Czyta się kilka minut
Ks. Jan Świerc i jego ośmiu towarzyszy | fot. Materiay prasowe Salezjanie.pl
Ks. Jan Świerc i jego ośmiu towarzyszy | fot. Materiay prasowe Salezjanie.pl

Istotny jest w tej historii, jak zwykle, nieco szerszy kontekst. Societas Sancti Francisci Salesii – Towarzystwo św. Franciszka Salezego zostało zatwierdzone przez Stolicę Apostolską w kwietniu 1874 roku, a na jego czele stanął założyciel, św. Jan Bosco (zresztą dlatego skrót zakonny to SDB – Salesiani di Don Bosco). Fundacja na ziemiach polskich była procesem dość pogmatwanym, a ostatecznie pierwszym domem salezjanów został podominikański klasztor w Oświęcimiu. Przejęli go, wraz z kościołem, w 1898 roku. Zgromadzenie bardzo szybko się rozwijało, w 1905 roku powstała osobna inspektoria dla ziem należących do Austrii, a zaraz po I wojnie światowej, w niepodległej powołano do istnienia oficjalną polską inspektorię, św. Stanisława Kostki. W wyniku dalszego rozrostu w 1933 roku podzielono ją na dwie: północną, która zachowała nazwę, oraz południową, św. Jacka Odrowąża (posiadanie byłego klasztoru dominikanów, jak widać, nie pozostaje bez wpływu na duchowość).

Ten ramowy szkic historii zgromadzenia w Polsce pozwala nam dostrzec co najmniej dwie istotne kwestie, jeśli chodzi o wspomnianych na początku męczenników. Po pierwsze, najstarsi z nich należeli do jednego z najwcześniejszych pokoleń salezjanów w ogóle i pierwszego na ziemiach polskich, a więc byli u początku formacji kolejnych roczników. Po drugie, zgromadzenie w chwili wybuchu wojny nie miało jeszcze nawet stu lat, było więc relatywnie nowe i niesłychanie dynamiczne. A jak potwierdzili to swoją postawą ci, którzy zginęli, silne także duchowo.

Z krakowskich Dębnik

Sześciu kapłanów z tej grupy zostało aresztowanych w klasztorze na Dębnikach. Najstarszy z tej grupy, ks. Jan Świerc (ur. 1877), pochodził z Chorzowa, a więc podobnie jak jeszcze dwóch z tych, którzy razem z nim zginęli, był Ślązakiem. Trwały zabory, a w tym, który należał do Prus, skasowano wszystkie zgromadzenia zakonne i nie wolno było zakładać nowych. Jakoś do rodziny przyszłego księdza doszła informacja, że w Turynie nowe towarzystwo kapłańskie prowadzi bardzo dobre gimnazjum dla chłopców z ubogich rodzin. Wysłano więc tam nastoletniego Janka w 1894 roku. Ten, po trzech latach nauki i ukończeniu szkoły, postanowił wstąpić do salezjanów. Został uformowany i wyświęcony we Włoszech, a był tak ceniony, że przez pewien czas pełnił funkcję sekretarza ks. Michała Ruy, ówczesnego przełożonego salezjanów. 

W 1905 roku ks. Jan przyjechał na ziemie polskie i organizował nowicjat zgromadzenia w Daszewie. Można zresztą powiedzieć, że często trafiał tam, gdzie życie salezjańskie dopiero się rodziło: założył pierwszy dom w byłym już wtedy zaborze rosyjskim (1918 – Kielce), we Lwowie, przez rok pracował też w Stanach Zjednoczonych. Do Krakowa asygnowano go w 1938 roku; został tu proboszczem i dyrektorem (przełożonym) domu.

Drugim z aresztowanych był o trzy lata młodszy od ks. Jana i również pochodzący ze Śląska ks. Ignacy Dobiasz (ur. 1880). On także kształcił się w gimnazjum w Turynie – aby trafił do miejsca przeznaczenia, kiedy jechał tam po raz pierwszy, rodzice powiesili mu na szyi tabliczkę z prowizorycznym adresem: „ks. Bosco Turyn”. Najwyraźniej spełniła zadanie, bo nie tylko zdał w tym gimnazjum maturę, po czym wstąpił do salezjanów, ale i studiował potem filozofię, teologię, agronomię i pedagogikę. Tak przygotowany przyjechał do Oświęcimia, następnie wiele lat i w wielu miejscach posługiwał jako katecheta, ale przede wszystkim spowiednik. Miał duże wyczucie duchowe, rozumiał ludzką naturę i potrafił prowadzić ludzi, ponadto znał świetnie doktrynę Kościoła – był wykładowcą teologii moralnej (oraz łaciny) w seminarium salezjańskim. Do tego wszystkiego trzeba dodać wielkie zaangażowanie, bo ze względu na spowiadanie potrafił rezygnować z posiłków i odpoczynku. To ks. Ignacy pochował tatę młodego Karola Wojtyły, który wówczas mieszkał na Dębnikach.

Ksiądz Franciszek Harezim (ur. 1885) to trzeci Ślązak z tej grupy. Do zgromadzenia wstąpił już na ziemiach polskich, w Oświęcimiu, ale dokończył ją we Włoszech i tam przyjął święcenia. Pracował m.in. w utworzonym w Krakowie Salezjańskim Instytucie Teologicznym, a potem został dyrektorem gimnazjum w Aleksandrowie Kujawskim. Następnie wrócił do Krakowa, gdzie należał do rady domu, wykładał i był wychowawcą młodych salezjanów. Miał talent literacki, a napisane przez niego Misterium Męki Pańskiej było jeszcze przez lata po wojnie wystawiane przez kleryków. Pod swoimi dziełami podpisywał się jako „Franciscus Silesius”. Słynął z delikatności w zachowaniu, taktu i pokory, a lubiano go tak bardzo, że był uważany za jeden z duchowych filarów obu inspektorii w Rzeczpospolitej.

Kolejnym, jeśli przyjmiemy kategorię wieku, był w tej grupie ks. Ignacy Antonowicz (ur. 1890). Urodził się w zaborze rosyjskim, w Więcławicach koło Włocławka. Był jednym z pierwszych wychowanków szkoły w Oświęcimiu i można powiedzieć, że przyniósł jej Boże błogosławieństwo. Kiedy sytuacja instytucji była dramatyczna, salezjanie zorganizowali loterię, a po modlitwie do św. Józefa uczniowie wybrali właśnie Ignacego, by w ich imieniu wyciągnął los. Okazało się, że pod nim był największa wygrana, która uratowała istnienie ośrodka. Jak się okazało, talenty chłopca nie kończyły się na szczęściu w grach losowych: podczas studiów w Rzymie uzyskał dwa doktoraty, po czym wykładał we Włoszech teologię dogmatyczną. Nie zapomniał o Polsce: w 1918 roku został kapelanem w armii gen. Hallera, a za towarzyszenie żołnierzom w wojnie 1920 roku odznaczono go Krzyżem Walecznych. Potem wrócił do zwyczajnego dla jego zgromadzenia życia: był katechetą, wykładowcą, dyrektorem domów salezjańskich. Ze względu na swoją prostotę i postawę odpowiedzialności cieszył się powszechnym szacunkiem, współbracia i wierni cenili go także jako kierownika duchowego, w pełnieniu obowiązków którego zapewne pomagała mu dogłębna znajomość dogmatyki. 

Z Podkarpacia, a dokładnie z Jasła, pochodził piąty z tej grupy, ks. Kazimierz Wojciechowski (ur. 1904). Po otrzymaniu święceń posługiwał w Krakowie i Lądzie. Uczył matematyki i muzyki, tę ostatnią kochał szczególnie i potrafił tą miłością zarażać innych. Uczył nie tylko śpiewu i gry na instrumentach, ale zakładał także chóry. Był mistrzem dobrej atmosfery, jego uczniowie kochali środowe przechadzki, na które ich zabierał. Z natury był radosny i wielkoduszny. Do Krakowa przyszedł przed wojną, w 1935 roku, a kiedy nastała okupacja niemiecka, pomagał uchodźcom i innym potrzebującym. Mógł uratować się przed wywózką, bo został ostrzeżony przez wiernych, kiedy wracał do domu. Czuł się jednak odpowiedzialny ze swoich braci i dołączył do nich.

Szósty z salezjanów, ks. Ludwik Mroczek (ur. 1905), pochodził z podkrakowskich Kęt. Był najmłodszy z rodzeństwa i jako dziesięciolatek został osierocony przez ojca. Wysłano go do oświęcimskiej szkoły z internatem i tam też podjął decyzję, że chce wstąpić do salezjanów. Studia teologiczne odbył w Diecezjalnym Seminarium Duchownym w Przemyślu, po czym pracował m.in. we Lwowie i Częstochowie. Przed wojną asygnowano go do domu w Krakowie-Łosiówce, gdzie zajmował się oratorium, katechizacją i był bibliotekarzem. 

Żwirowisko

Gestapo weszło do domu salezjanów na Dębnikach 23 maja 1941 roku, we wspomnienie Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych. Zastanawiam się, czy wiedzieli, że jest to wezwanie tego miejsca, czy po prostu ten dzień najbardziej im pasował. Dzień wcześniej aresztowali ks. Ludwika, fałszywie oskarżając go o przynależność do organizacji wojskowej. Wszyscy księża trafili do więzienia na ul. Montelupich, gdzie byli okrutnie przesłuchiwani, a po miesiącu wywieziono ich do Auschwitz. Tu przeznaczono ich do komanda śmierci i pracy na żwirowisku: mieli tłuc kamienie i wozić powstały tak żwir taczkami do głębokiego na 8 metrów dołu. Pracę rozpoczęli 27 maja a nadzorował ich kapo nazywany Krwawym Franzem. Narzucił szybkie tempo, wręcz bieg. Pierwszą ofiarą stał się najstarszy, ks. Jan, bo najmniej nadążał. Kapo zaczął go bić, a ponieważ salezjanin powtarzał nieustannie: „Jezu”, wściekłość oprawcy tylko rosła. Ostatnie słowa ks. Jana brzmiały: „O Jezu mój, zmiłuj się nade mną”, na co Franz złamał ofierze kręgosłup i rozbił jej głowę kamieniem. 

Drugim zakatowanym tego samego dnia był ks. Ignacy, wtedy mający 61 lat. Franz bił go kijem, potem wepchnął do dołu ze żwirem, a kiedy salezjaninowi udało się jednak jakoś wydostać, zatłukł go na śmierć. Po nim zginęli jeszcze ks. Franciszek i ks. Kazimierz. Pierwszego kapo wepchnął razem z taczką do dołu, łamiąc mu przez to ręce i nogi, a potem dobijał go drągiem, szydząc przy okazji z wiary. Katowany prosił współbrata o rozgrzeszenie, na co kaci zgodzili się pod warunkiem, że spowiedź będzie na głos. Najwyraźniej nie wiedzieli, że w obliczu śmierci można udzielić rozgrzeszenia bez wypowiedzenia grzechów przez penitenta. Po chwili na żwir obok ks. Franciszka rzucono ks. Kazimierza, któremu wcześniej Franz wybił łopatą wszystkie zęby. Na szyjach obu położono drewnianą belkę, na której stanęło dwóch kapo, miażdżąc krtanie ofiar.

Świadkami tego byli pozostali dwaj: ks. Ignacy Antonowicz i ks. Ludwik Mroczek. Pierwszego aresztowano, kiedy wracał ze spowiedzi do sióstr zakonnych. Jego kapo pobił tak, że nie można było rozpoznać jego twarzy, ale nie zdążył go zabić, bo nadszedł komendant. Franz dokończył dzieła na apelu, szczując salezjanina psem. Na skutek tego trafił do szpitala, gdzie konał trzy tygodnie, dając świadectwo spokojnego przyjmowania cierpienia. U ks. Ludwika po pobiciu rozwinęło się zakażenie: rany nie chciały się goić, powstawały nowe. Współwięźniowie-lekarze starali się mu pomóc, ale nie mieli odpowiednich narzędzi i leków. Mimo potwornego bólu do końca spowiadał i wspierał duchowo pozostałych w baraku. Zmarł 5 stycznia 1942 roku. 

Pozostały jeszcze trzy historie, ale o nich za tydzień.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 23/2026