Logo Przewdonik Katolicki

Klerycy bez lukru

Monika Białkowska
fot. Michał Wysocki

Mówią o nich czasem: oderwani od życia. Trzymani w sterylnych warunkach. Nigdy sobie rąk nie pobrudzili. Nie znają świata, do którego idą. Jak naprawdę wygląda życie kleryków?

Gniezno. Oddział paliatywny w szpitalu miejskim. Niektórzy pacjenci leżą tu tygodniami. Inni przyjeżdżają tylko na chwilę, żeby umrzeć. Samotność, smutek, cierpienie – i obcy ludzie, którzy chcieliby pomóc, ale wiedzą, że pomóc w niczym nie mogą. Klerycy z gnieźnieńskiego seminarium są tam regularnie raz w tygodniu. Przechodzą z sali do sali, rozmawiają z chorymi, czasem po prostu siadają obok nich na taborecie i są. Pojedynczo, zdani tylko na siebie – i drugiego, który umiera.
– Kiedy wysyłaliśmy naszych kleryków do hospicjum, zastanawialiśmy się, czy powinni tam chodzić z Najświętszym Sakramentem – tłumaczy ks. Radosław Kaźmierski, prefekt Prymasowskiego Wyższego Seminarium w Gnieźnie. – Ostatecznie zdecydowaliśmy, że nie. Chorzy, kiedy potrzebują, dostają Najświętszy Sakrament od kapelana, a klerykom łatwo byłoby się za Panem Jezusem „schować” i nie spotkać z chorymi jak człowiek z człowiekiem, nie usiąść, nie porozmawiać.
Coraz częściej przełożeni i formatorzy dbają o to, by klerycy już w czasie formacji dotknęli najbardziej trudnych wymiarów życia i szli w miejsca, w których nikt nie będzie całował ich po rękach. To nie jest słodkie życie – bo również ich kapłaństwo będzie trudne.

Autostopem do człowieka
Jakub ze Stanisławem pojechali w wakacje z Gniezna do Świętej Lipki. Autostopem, w sutannach, bez portfela, karty kredytowej i bez telefonów. Przez pięć dni najczęściej pytano ich o to, czy nie są przebierańcami. Potem, choć jeszcze nie mogą spowiadać, samochód stawał się konfesjonałem. – Jedna dziewczyna opowiedziała nam całe swoje życie, to, jak była w zakonie i dlaczego z niego zrezygnowała. Inna kobieta dziękowała, że „wsiedliśmy do jej życia”. Bardzo chciałbym kiedyś nie stwardnieć. Drugi człowiek jest dla mnie pasją, idę wszędzie, gdzie można go spotkać. A takie spotkania, kiedy człowiek zaryzykuje i pójdzie bez niczego, pokazują, że Pan Bóg jest wielki i ludzie są dobrzy.
W hospicjum sutanna też raczej pomaga. Rzadko się zdarza, że ktoś widząc ją, kategorycznie dziękuje i nie chce rozmawiać, nawet z młodym klerykiem. Nie zmienia to faktu, że idąc tam, zwyczajnie się bali.

– Najtrudniejszy dla mnie był pierwszy moment – wspomina Jakub Siutkowski. – Jak do pacjenta podejść? Jak go złapać za rękę? O czym rozmawiać, skoro po dwóch zdaniach temat się kończy?
Teraz jest już inaczej, nabrali wprawy i sami rozmawiają z chorymi o tym, jak to zdrowi nie wiedzą, czy można do nich mówić, czy można ich dotknąć. – Jesteśmy, to jest najważniejsze – mówi Jacek Stróżewski. – Dla nich to ważne, że nie patrzymy tylko na to, co ich boli, nie sprawdzamy ich wyników na wykresach, że chcemy ich spotkać jako ludzi, a nie przypadki medyczne. Czego od nas potrzebują? Tego, żeby nie oceniać ich życia.
 
Nuda i świadectwo
Bardziej niż sama choroba czy śmierć dotyka ich samotność umierających. – Pod koniec stycznia zapytałem jedną panią, czy rodzina ją odwiedza. Powiedziała, że tak, że byli na początku grudnia. I dodała szybko, że tacy zapracowani są – mówi Jakub. – Pomyślałem, że to pytanie było nie na miejscu, ale przecież nie wiem, jaka jest ich sytuacja życiowa, ryzykuję tymi pytaniami. Ale oni wychodzą temu na spotkanie i cieszą się, że ktoś ich zwyczajnie słucha. A ja właśnie po to tam chodzę, żeby słuchać i uczyć się od nich życia i mądrości.
– Największym cierpieniem człowieka wcale nie jest fizyczny ból. Można go już dziś uśmierzyć lekami – mówi Jacek. – Gorsza jest nasza obojętność. To, że chorzy ludzie są nieobecni w społeczeństwie, zepchnięci na margines. Czują się niepotrzebni, bo wmówiliśmy sobie, że wartościowy jest ten, kto jest skuteczny i aktywny. A przecież to nie jest żadną miarą człowieczeństwa.
Dla chorych klerycy są często kolejnymi wolontariuszami, którzy przychodzą na oddział. Kimś, kto zabije nudę i opowie, czy za oknem jest ciepło, czy zimno i czy wieje wiatr. Chorzy dla kleryków są dużo ważniejsi. – Oni mnie uczą otwierać serce, nie bać się dzielić swoim życiem – przyznaje Jakub.
– Przed Bożym Narodzeniem leżała na oddziale pani Magda. Była młoda, nie skończyła jeszcze 40 lat, miała 11-letnią córkę – wspomina Jacek. – Wkłucie centralne, w każdej chwili mogło dojść do zatrzymania akcji serca, lekarz nie zgodził się na wypis na święta z możliwością powrotu, jej stan był zbyt poważny, w razie czego karetka nie zdążyłaby po nią dojechać. Wypisała się więc na własne życzenie, ze świadomością, że już nie wróci. Tak bardzo chciała święta i jednocześnie ostatnie chwile życia spędzić z córką. Była zmęczona chorobą, ale miała też w sobie taką miłość, która była gotowa na poświęcenie. To były dla mnie rekolekcje. Myślałem: zaraz mam być księdzem. Czy w sprawach Kościoła i w sprawach człowieka patrzę na siebie, czy przemykam pod sztandarami z wielkimi hasłami – czy rzeczywiście jestem w stanie za Kościół i za człowieka cierpieć i oddawać życie? Ona to robiła w sposób najbardziej oczywisty, niewymuszony, bez żadnego idealizmu. To było dla niej oczywiste. Nie wróciła już po świętach, umarła, ale otworzyła mi oczy na to, co jest w życiu ważne, o co w tym wszystkim chodzi.
 
W razie gwałtu
Gębarzewo. Zakład karny ukryty za lasem, pośród pól. Wysoki mur, bramki, przez które trzeba przejść, zostawiając wszystko. Potem kolejne pawilony, długi korytarz, cela. Wchodzą do środka we dwóch: młodzi, grzeczni, prosto z seminarium. Za nimi strażnik zamyka drzwi. Słychać zgrzyt klucza w zamku, potem dźwięk ciężkiej zasuwy. Przed nimi stoi czterech mężczyzn, większych od nich dwa razy, pokrytych tatuażami. Przy drzwiach wyjściowych, na alarmowym guziku wypisane niezgrabnie: „W razie gwałtu nacisnąć przycisk”. Wielcy mężczyźni z wyrokami pytają, czy chcą herbaty, i włączają elektryczny czajnik.
– To bardzo dziwne doświadczenie, kiedy za człowiekiem zatrzaskuje się krata – przyznaje Stanisław Ejdys. – Miałem duży opór, żeby chodzić do więzienia, i gdybym miał wybór, pewnie bym tego nie zrobił. Ale kiedy pojechałem tam pierwszy raz, trafiłem na dzień skupienia dla osadzonych. Mieliśmy tam dać świadectwo swojego życia. Opowiedziałem, jak to było ze mną i z moim bratem, jak przeżywałem, kiedy został zamknięty w zakładzie karnym. Wtedy coś we mnie pękło. Zobaczyłem, że to też są ludzie, którzy w pewnym momencie pogubili się w życiu.
Klerycy nie wchodzą do przypadkowych cel. Osadzeni zapisują się na ich wizyty, proszą o nie. Kapelan więzienia również wie, dokąd może ich puścić. Ostrzega przy okazji przed wchodzeniem w bliższe relacje – mają pozostać księżmi, a nie kumplami. Chodzi przede wszystkim o to, by nie dali się wykorzystać, na przykład do przenoszenia listów. Są tam po to, żeby pomagać, a nie wpakować osadzonych w jeszcze większe kłopoty.
– Tych, którzy chcą się z nami spotkać, możemy podzielić na trzy grupy – tłumaczy Adam Piechowiak. – Są ludzie wierzący, którzy chcą rozmawiać o Panu Bogu, a że mają dużo czasu i czytają, to mają również trudne pytania, na które nie zawsze umiemy odpowiedzieć. To jedna grupa. Druga grupa to ci, którzy czegoś od nas potrzebują: to może być jakiś kalendarz albo pomoc w załatwieniu „papierka”, którym jest dla nich bierzmowanie czy chrzest. I trzecia grupa to osadzeni, którzy zwyczajnie się nudzą, więc chcą pogadać z kimkolwiek z zewnątrz. Ale z nimi też próbujemy się dogadać i jakoś nawiązać do Pana Boga.
 
Mnie nie złapali
Jakiś czas temu poszli do osadzonego, który przygotowywał się do bierzmowania. Był w nowej celi, a jego towarzysze nie byli zachwyceni gośćmi w sutannach. Nie byli agresywni, ale ostentacyjnie okazywali swoją niechęć, siedząc plecami do kleryków. – Rozmawialiśmy, mówiliśmy o Bogu, o zbawieniu, o odpuszczeniu grzechów – wspomina Marcin Kąkol. – Długo to trwało, ponad godzinę. Tamci dwaj, obrażeni, że w ogóle przyszliśmy, powoli się odwracali. Najpierw słuchali, potem zaczęli zadawać pytania.
– Zwykle najpierw prowadzimy monolog – mówi Stanisław. – Opowiadamy o sobie, oni proszą, żebyśmy znów przyszli i z tygodnia na tydzień zaczynają coraz bardziej się otwierać. Opowiadają o rodzinie, o ludziach, których skrzywdzili. Jak po drabince dochodzą coraz wyżej, aż w końcu pada pytanie, gdzie był Pan Bóg? Od tego zaczyna się prawdziwa rozmowa.
Nie pytają, kto za co siedzi. W ogóle nie pytają. Słuchają tego, co tamci gotowi są im powiedzieć. Najbardziej uderza ich to, co się powtarza w niemal wszystkich historiach: że wszystko zaczyna się w rodzinach.
– Przygotowywałem do chrztu młodego mężczyznę, Cygana – wspomina Adam. – Pytałem go: masz 30 lat, za rok wychodzisz. Po chrzcie wypada, żebyś zaczął nowe życie jako nowy człowiek, a nie wracał do starego. Czym się zajmowałeś? I przeraziło mnie, że ten człowiek nigdy nie podjął żadnej pracy, nie miał szkoły, umiał tylko kombinować. Nie wiedziałem nawet, co mu mogę zaproponować. To jest dla mnie prawdziwa szkoła życia. I widzę, jak mocno trzeba walczyć o rodzinę: bo wiem, jaka tragedia może się stać, kiedy człowiek nie ma jej wsparcia, nie ma miłości.
Sami klerycy przyznają, że więzienie sprowadza ich na ziemię. Choć to brzmi niemal absurdalnie, właśnie tu przestają czuć się lepsi. Dostrzegają, że może mieli w życiu tylko odrobinę więcej szczęścia? Ze wstydem patrzą, że tamtym się chce, a im tak często nie. – Oni są słabi i ja jestem słaby – mówi Marcin. – Różnimy się tylko tym, że oni zostali złapani, ja nie.
Kiedy protestuję, że to chyba nie do końca tak, przecież żaden z kleryków nikogo nie zabił, słyszę: – Zło jest złem. Każde rani mnie, Boga i drugiego człowieka. A Bóg tak samo patrzy na mnie i na nich.
 
Ania mnie kocha
Mielżyn. Dom w ogrodzie, schowany na uboczu tak, że nie widać go z głównej drogi. Siostry w białych habitach i czarnych welonach. Szerokie korytarze, duże okna, mnóstwo światła. Ktoś biegnie i rzuca się na szyję w geście powitania, wypowiadając szybko długi ciąg niezrozumiałych słów. W jednej sali kilka osób, które zdają się nie reagować na nic, jakby świat nie istniał. W innej ktoś mozolnie układa puzzle, te same od godziny, i żaden klocek nie chce pasować. W Domu Pomocy Społecznej, prowadzonym przez siostry dominikanki, mieszka około osiemdziesięciu osób, głównie dziewcząt z różnym stopniem upośledzenia umysłowego.
– Pamiętam swoją pierwszą tam wizytę – wspomina Krzysztof Stawski. – To było mocne zderzenie z kimś, kogo nie widać na ulicach. Spodziewałem się, że jadę do dzieci, myślałem, że może będą lekko chore. Zobaczyłem ludzi zdanych wprost na łaskę drugiego człowieka. Nie wiemy o tym cierpieniu, nie rozumiemy go, nie myślimy o nim, jest przed nami chowane.
– Byłem przerażony – przyznaje Michał Romel. – Myślałem, co można robić w sali, gdzie są tylko osoby leżące, na dodatek z różnym, zwykle niewielkim poziomem komunikacji? Dziś już wiem, że nie warto stawać na głowie, wymyślać na siłę rozmów, zabaw czy zajęć. Trzeba po prostu być, potrzymać za rękę, zapytać, jak mija dzień.
Krzysztof pamięta moment, kiedy wziął za rękę chorego, co do którego był przekonany, że tamten nic nie kojarzy i nie odbiera żadnych bodźców. Nie mówił, nie słyszał, nie poruszał się nawet, ale z jego oka popłynęła łza.
Piotr był zaskoczony, kiedy podczas rozmowy z trzema niepełnosprawnymi kobietami – rozmawiali akurat o Wielkim Poście – jedna z nich zaproponowała wspólną modlitwę. Nie spodziewał się tego, odmówili razem „Ojcze Nasz” i „Zdrowaś Mario”.
Piotr Nowicki któregoś dnia przez dwie godziny grał w bingo: wyciągał ze słoika kolejne kulki z numerami, i choć jemu zdążyło się to dawno znudzić, dziewczynom sprawiało to nieustanną radość, zwłaszcza kiedy wylosowany numer miały na swojej kartce. Nie wiedział wcześniej, że wyciąganie kulek może mieć głębszy sens: a ma, skoro może dać tyle szczęścia.
– Ania już umarła. Jeszcze kilka dni przed jej śmiercią tańczyliśmy razem i skakaliśmy – wspomina Piotr. – Była niepozorna, niska, widać, że bardzo chora. Nigdy nie widziałem jej bez uśmiechu. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, przedstawiłem się, ona też, a zaraz potem przytuliła się i powiedziała „kocham cię”. Gosia rozbraja mnie, ilekroć się spotykamy, a za każdym razem pyta tak samo: „Znasz mnie?”. To mnie uczy, jak wielkim darem jesteśmy dla siebie, kiedy się znamy, kiedy się do siebie nawzajem przyznajemy. To jest ta cząstka nieba na ziemi. I myślę, że Pan Bóg wiele razy chce mnie spytać: „Znasz mnie? Naprawdę mnie znasz? Bo nie zawsze twoje życie o tym świadczy”. Taka Ania, taka Gosia – one robią nam rekolekcje.
Piotr mówi jeszcze, że ma nadzieję, iż naturalność w podejściu do ludzi, której uczy się w Mielżynie, nie przejdzie mu nigdy. Że jako ksiądz nie będzie się bał spotkania.
– Posługa kleryków jest ważna, bo tworzą oni z naszymi podopiecznymi relacje – mówi siostra Benedetta Kuczyńska, dominikanka z Mielżyna. – To duszpasterstwo ojcostwa, dla niektórych osób klerycy stają się kimś w rodzaju kierowników duchowych. Dziewczyny czekają, aż przyjadą, żeby z nimi porozmawiać: oni wysłuchają, porozmawiają, nawet przytulą. Klerycy przychodząc do seminarium, muszą zobaczyć człowieka potrzebującego. Kiedy będą kapłanami, nie będą mieć trudności ze spowiadaniem takich osób, nie będą się bać, kiedy przyjdą do Komunii. U nas dostają lekcję, jak do nich podchodzić i jak przy nich być.
 
Błogosławieństwo łez
Znów Gniezno, prawie centrum, ale w ogrodzie nie czuć miejskiego zgiełku. Dom otoczony jest wysoką bramą, trzeba dzwonić, żeby się otworzyła. To dla bezpieczeństwa mieszkańców: cierpiący na demencję albo chorobę Alzheimera mogliby mieć kłopot z odnalezieniem drogi powrotnej. Tym bardziej że większość życia spędzili gdzie indziej, we własnej parafii, we własnej plebanii. Tu przyszli mieszkać na emeryturze, kiedy nie było już dokąd iść. W Archidiecezjalnym Domu Księży Seniorów mieszka ich około czterdziestu. Klerycy przychodzą tu dwa razy w tygodniu. Stawiają się na 6.15 rano, żeby pomóc tym najmniej sprawnym ubrać się, ogolić, ubrać. Potem sadzają ich na wózek, nakładają stułę i wiozą do kaplicy na poranną Mszę św. W sobotni wieczór przychodzą po raz drugi. Tym razem jest trudniej, bo to czas kąpieli: wymagający fizycznie, ale też krępujący, zarówno dla tych, którzy pomagają, jak i tych, którzy pomocy potrzebują. Takie jest życie, taka kolejność losu. I pewnie i taki krzyż czasem.
–  To było ostatnie miejsce, jakie bym dla siebie wybrał na wolontariat – przyznaje Marcin Wawrzyniak. Mimo że miałem wcześniej kontakt z ludźmi chorymi czy niepełnosprawnymi, to nadal było dla mnie trudne i za każdym razem do dziś wymaga ode mnie jakiegoś wewnętrznego przełamania. Ale za każdym razem, chociaż to jest trudne, idę tam z radością i z radością wracam. Skąd ta radość? Ze spotkania i z potrzeby rozmowy. Ledwo wchodzimy do budynku, czasem nie zdążymy się rozebrać, już ktoś nas woła, żebyśmy przyszli, żebyśmy opowiedzieli o seminarium, o tym, ile jest powołań, co tu robimy. Księża bardzo dużo mówią o sobie, i robią to tak naturalnie, że siłą rzeczy wiele z tego chłoniemy.
Marcin Małecki przyznaje, że największą trudnością w życiu księży emerytów – a przecież wie, że sam nim pewnie kiedyś będzie – jest rezygnacja z dawnego trybu życia, z tego, do czego przywykli przez lata. Do tego dochodzi smutne poczucie bycia odsuniętym, zbędnym. – Któryś z kolegów, żegnając się z księdzem, poprosił go o błogosławieństwo – wspomina Marcin. – Ksiądz pobłogosławił, ale miał przy tym łzy w oczach. Poczuł, że jest komuś potrzebny. Oni często nie mogą się już poruszać, nie są samowystarczalni, nie mogą uczestniczyć w życiu Kościoła w takim wymiarze jak dawniej. Widzę, jakie to jest trudne. Najlepiej radzą sobie ci, którzy są sprawni i mogą jeszcze posługiwać na parafiach. Oni najlżej przeżywają starość.
 
Początek i koniec
Do poczucia bycia niepotrzebnym dochodzi często samotność. Do księży rzadko ktoś przychodzi. Czasem jeśli nie przyjdzie pracująca w domu siostra zakonna, nie przyjdzie nikt. Rodzina umarła. Proboszczami przestali być dawno temu. Ludzie zapomnieli.
– Patrzymy i rozumiemy, że taka też jest nasza przyszłość – przyznaje Marcin. – Nie tylko młode i gorliwe kapłaństwo, ale i samotna starość. Trudna.
– Po ludzku to przerażające patrzeć na człowieka, który oddał wszystko Bogu, nie założył rodziny, a na starość zostaje sam, zdany na pomoc sióstr zakonnych czy kleryków – przyznaje Kacper Politowski. – Ale z drugiej strony widzę w nich ludzi, którzy wytrwali w swoim powołaniu i trwają w nim nadal. I to jest budujące, bo widać w nich prawdziwą wiarę. Jeden z księży powiedział mi, żebym zawsze pamiętał o adoracji. Że potem, w pracy duszpasterskiej, wszystko się rozjeżdża, przychodzą liczne obowiązki, nie ma czasu. A adoracja jest źródłem, z niej trzeba czerpać w życiu kapłańskim.
Najbardziej kleryków zadziwia to, jak starzy księża martwią się o nowe powołania. Wypytują, ale i modlą się regularnie, odprawiają w tej intencji Msze św., odmawiają różaniec, zapisują się na modlitewne dyżury.
– Księża dobrze odbierają fakt, że w domu pojawiają się klerycy i klerycy też w ten sposób wiele się uczą – przyznaje ks. Rafał Białek, dyrektor Archidiecezjalnego Domu Księży Seniorów. – Spotykają się zresztą przy różnych okazjach, nie tylko na wolontariacie. Młodzi doświadczają, że ksiądz wcale nie jest ulepiony z innej gliny, ale choruje, cierpi i może swoje cierpienie przeżywać pokornie, z zaufaniem i z wiarą – albo przyjmować je z trudnością. Przede wszystkim jednak już na początku drogi mogą zobaczyć, jaki będzie jej kres. Widzą, że jeśli przejdą życie do końca w kapłańskiej posłudze, to może ono mieć również i ten trudny wymiar, związany ze starością. I na to również muszą być przygotowani.
– Dlaczego taka forma przygotowania do kapłaństwa? A czy może nas zabraknąć tam, gdzie jest Pan Bóg i człowiek? – mówi rektor gnieźnieńskiego seminarium ks. Przemysław Kwiatkowski. – To okazja do spotkania, przełamania się, do autentyczności. Klerycy otrzymują co prawda minimum wprowadzenia i przygotowania, ale od razu muszą wykazać się inwencją, wyjść naprzeciw, podać rękę, znaleźć dobro słowo. A owoce? Otrzymujemy o wiele więcej, niż dajemy. To szkoła pokory, człowieczeństwa, ale przede wszystkim wiary – takiej nie z książeczki – że Pan Bóg jest o wiele bliżej nas, niż się spodziewamy. A ludzie bardzo za Nim tęsknią, choćby tego nie pokazywali. 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki