Logo Przewdonik Katolicki

Taki banał: uwierz w siebie!

ks. Mirosław Tykfer
FOT. PABLO HEIMPLATZ/UNSPLASH

Będziesz miłował… jak siebie samego. To przykazanie bywa rozumiane na setki sposobów. Od banalnych uproszczeń, po głęboko duchowe analizy. Bez niego nie ma jednak prawdziwego nawrócenia.

Nawrócenie zwykle kojarzy się z odnowieniem wiary w Boga. Po zastanowieniu się zaczynamy dodawać jeszcze miłość do drugiego człowieka. Zasada „nie można kochać Boga, nie kochając drugiego człowieka” jest dla chrześcijan fundamentalna. To integralne rozumienie nawrócenia posiada jednak jeszcze trzeci element: „Będziesz miłował… jak siebie samego”. I to on budzi najwięcej pytań i generuje również wiele upraszczających odpowiedzi. Zaczynając od prostego poradnika psychologii w rodzaju „Uwierz w siebie, jesteś wielki!”, który tylko banalizuje problem poczucia własnej wartości. Pytanie o miłość siebie jest jednak ważne. Bo jak patrzeć z akceptacją na innych, wciąż im zazdroszcząc i negując siebie? Taka miłość bliźniego nie działa. Stąd pytanie nie tyle o to, czy kochać siebie należy, ile co to tak naprawdę znaczy. Czy najpierw trzeba pokochać siebie, a dopiero potem innych? A może należy zacząć od Boga?
 
Bez lusterka
Podczas pobytu we Wspólnocie Baranka w klasztorze w Choroniu koło Częstochowy odkryłem ciekawą rzecz. W tej radykalnie ubogiej, monastycznej wspólnocie francuskiej nie używa się luster. Mogłem używać jedynie małego lusterka do golenia. Przez zaledwie kilka dni odniosłem wrażenie, że niepatrzenie na własną twarz spontanicznie kierowało moją uwagę na innych. I że jest w tym rzeczywiście jakiś posmak wolności od skupienia się w relacjach z innymi na autoprezentacji. Łapałem się jednak i na tym, że w ciągu dnia powracałem myślami do uczesania. No, ale przecież się czesałem… A może nie widziałem dokładnie, bo lusterko zbyt małe? Z wolności szybko popadałem więc w jeszcze większą niewolę, w sidło nieustannie powracającego pytania, jak wyglądam. Brak lustra nie uwolnił mnie od siebie, sprowokował jednak do przemyślenia mojej nieuświadomionej i dość natarczywej koncentracji na sobie. Pewnie ćwiczenie z lusterkiem musi potrwać dłużej, aby przynieść odpowiedni efekt. Pozostawiło we mnie jednak usilne przekonanie: możliwa jest teza, że brak akceptacji siebie może być efektem koncentracji na sobie. A więc i miłość do siebie powinna oznaczać najpierw miłość do drugiego człowieka.
 
Patrzenie sobie w oczy
Kolejnym krokiem w szukaniu odpowiedzi był dla mnie zdumiewający w swoich skutkach eksperyment: patrzenie sobie w oczy przez co najmniej cztery minuty. Opiera się on na teorii, że długie patrzenie w czyjeś oczy sprawia, że budzą się w nas silne emocje wobec tej osoby. I jest to faktycznie eksperyment zupełnie niecodzienny, bo zazwyczaj w oczy długo potrafią patrzeć sobie tylko zakochani. Podczas spotkań formalnych, a nawet czasem w relacjach rodzinnych nie uchodzi patrzeć na innych zbyt długo. Zwykle uciekamy wzrokiem. Bywają osoby, które w ogóle w oczy nie patrzą. Teoria postuluje natomiast potrzebę takich wzrokowych kontaktów dla podtrzymania jakości relacji. Znalazła ona swoje potwierdzenie już w badaniu przeprowadzonym przez trzech naukowców: J. Kellermana, J. Lewisa, J.D. Lairda w 1989 r. Okazało się, że odwzajemniony nieprzerwany kontakt wzrokowy wytwarza więź emocjonalną i poczucie bliskości. W powtórzonym współcześnie eksperymencie, opublikowanym na kanale YouTube, można przekonać się, że teoria rzeczywiście działa.
Dlaczego patrzenie sobie w oczy jest takie ważne? Nie ma jednej odpowiedzi. Duża grupa naukowców twierdzi, że w ten sposób odkrywamy wartość innej osoby. Że jest jakieś piękno w jej niepowtarzalności, do której mamy dostęp właśnie przez głębokie spojrzenie. Natomiast chęć zerwania tego kontaktu, objawiająca się na przykład przez bieganie wzrokiem po ścianach czy nawet agresywną minę, oznacza brak zgody, aby tę wartość przed innymi odsłonić. W tym kontekście powrócił do mnie temat braku lusterka. I pomyślałem: a może najlepszym lustrem są oczy drugiego człowieka? Może w nich widzimy nie tyle własną twarz, ile lepiej poznajemy siebie w relacji do drugiego? Może istotą miłości siebie i drugiego jest przełamywanie bariery udowadniania sobie wzajemnie, że warto się nami interesować? A wszystko za sprawą prostego spojrzenia, w którym liczy się już tylko drugi?
 
Nie ma „przed” i „po”
Wiele wskazuje na to, że dopiero wzajemna bliskość między ludźmi jest sposobem, aby odsłoniła się ważna prawda o nich; prawda o tym, że każdy człowiek jest ważny i wartościowy, a nawet jakoś piękny; prawda, że aby być kochanym, nie musimy nikomu najpierw udowadniać, że na to zasługujemy. Nie musimy też najpierw kochać innych, poświęcać się dla nich, aby w sposób ukryty kolejny raz jednak na miłość zasługiwać. Pytanie „Kogo mam pokochać najpierw: siebie czy innych?” nie ma sensu. Jezus nie mówi: najpierw siebie, a potem innych. On mówi: …innych jak siebie.
Słowa Jezusa znajdują potwierdzenie w życiu wspólnym z osobami z niepełnosprawnością intelektualną we wspólnocie L’Arche. Jean Vanier, założyciel wspólnoty, twierdzi, że tylko nieoceniająca bliskość, prosta otwartość na drugiego budzi pragnienie większego bycia dla innych. I że paradoksalnie tej nieosądzającej bliskości uczą nas ci, których wypychamy na margines społeczny. „Kiedykolwiek odwiedzałem małą wspólnotę w Betanii, byłem poruszony pięknem Ghadir. Cierpiała z powodu porażenia mózgowego i nie mogła mówić, ale jej uśmiech, ufność i błyszczące oczy witały mnie za każdym razem, gdy przyjeżdżałem. Za pomocą swojego ciała mówiła tak czule – pisze Vanier w swojej książce Becoming human (Stać się człowiekiem). – W spotkaniu z Ghadir odkryłem, że ci, którzy są słabi i potrzebujący, mają sekretną siłę poruszania naszych serc i budowania wzajemnej do siebie przynależności”. Vanier zdaje się temu pięknu coraz bardziej ulegać. Przekonuje się, że jego przyjaciele z niepełnosprawnością intelektualną pozwolili mu dojrzeć. Bo także on, człowiek wydawałoby się w pełni z siebie zadowolony: zdrowy, wykształcony, pełen marzeń o przyszłości, stał się dzięki tym spotkaniom nowym człowiekiem. Mimo pozorów zewnętrznego zadowolenia z siebie Vanier wciąż o siebie pytał, nie mogąc uwolnić się od przejmującego poczucia braku przynależności, czasami objawiającego się głębokim poczuciem opuszczenia. „Dopiero tam, wśród osób z niepełnosprawnością intelektualną, poczułem się naprawdę szczęśliwy” – mówi Vanier.
 
Zgoda na ryzyko
Nieoceniająca bliskość nie jest więc możliwa zupełnie spontanicznie. Ona wymaga zgody na ryzyko odrzucenia. Ryzyko odsłonięcia własnego piękna, które ktoś może uznać za brzydotę. Nie dlatego, że tego piękna w kimś nie ma, ale że oczy patrzącego były zbyt skażone kulturą pogardy i wzajemnego osądu. Ten lęk jest ukryty w nas wszystkich. I bardzo głęboko zakorzeniony jest w kulturze, która nie promuje wartości człowieka w jego niepowtarzalności, ale wręcz przeciwnie, nieustannie podpowiada: będziesz wartościowy dla innych tylko wtedy, gdy się dostosujesz do wymogów powtarzalności, jeśli przejdziesz pozytywnie test przygotowany równo dla wszystkich: poziomu wykształcenia, osiągnieć w pracy, wyglądu czy zawartości konta. Inaczej mówiąc, jeśli udowodnisz powód, dla którego kochać ciebie warto. Odsłania się w ten sposób choroba społecznie ugruntowanej konkurencji, w jakiej żyjemy. I że to ona nie pozwala przekroczyć granic samotności, w której nieustannie odgrywamy rolę bohaterów. Obciąża nas ta izolacja. Boimy się opowiedzieć innym własną historię, odkryć przed nimi prawdę o naszych uczuciach. Nie potrafimy zgodzić się na własne słabości, bo przyznanie się do nich mogłoby oznaczać spadek jakości oceny tego, kim jesteśmy, odebrać jedyny namacalny powód, że zasługujemy na uwagę innych.
 
Humanizm wiary
Pozostaje jeszcze jedno pytanie: jak miłość do siebie i innych prowadzi do Boga? O. Enzo Bianchi, założyciel monastycznej wspólnoty Bose we Włoszech, odpowiada: nie można pokochać Boga, nie wierząc w siebie i drugiego człowieka. Tę wiarę w siebie i innych nazywa „humanizmem wiary”. Przekonuje, podobnie jak Vanier, że żaden człowiek nie będzie zdolny pokochać siebie bez relacji zaufania do drugiego człowieka. Ale nie takiej relacji, w której dominuje wzajemne stawianie sobie wymagań, ale gdzie jest obecna najpierw nieoceniająca bliskość. To ona powoli odsłania wzajemną potrzebę siebie, sprawia, że ludzie stają się dla siebie jakoś atrakcyjni. O. Bianchi uważa, że dopiero tak utrwalony humanizm wiary, wrażliwość na drugiego człowieka i odkrywanie piękna samego siebie, prowadzi do nawrócenia na wiarę w prawdziwego Boga. Że dopiero taka wiara jest w pełni chrześcijańska. Natomiast brak humanizmu wiary prowadzić może do wynaturzenia religijności. Objawia się ono tym, że ktoś wierzy w Boga i praktykuje swoją religijność, ale jednocześnie gardzi i sobą, i drugim człowiekiem. I tworzy zafałszowany obraz Boga: despotycznego i niemiłosiernego sędziego. A wierząc w taką karykaturę „Boga”, nigdy nie będzie w stanie naprawdę uwierzyć w siebie. I zgubi prawdę, która jest dla chrześcijaństwa jej sercem: „Chwałą Boga żyjący człowiek”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Kazimierz
    18.12.2018 r., godz. 16:44

    Na ten temat urywek z mojego opracowania - "Moja filozofia życia": W skrócie dekalog to dwa przykazania miłości. Analizując jednak ewangelię można stwierdzić, że drugie przykazanie powinno brzmieć „Kochaj bliźniego swego więcej niż siebie samego” Dlaczego tak nie jest? Kiedyś powiedział Pan Jezus „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony: lecz od początku tak nie było” (Mt 19, 8) Być może z tego samego powodu tak brzmi drugie przykazanie miłości.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki