Logo Przewdonik Katolicki

Przyjąć by pójść dalej

ks. Mirosław Maliński
FOT. EYECRAVE/GETTY IMAGES

Jezus jako Bóg mógł się pojawić między nami w dowolny sposób, jako człowiek w kwiecie wieku, dobrze wykształcony, znający języki… Bez traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Ale On właśnie to uznał za jakąś wartość.

W prostych gestach ostatniej wieczerzy Chrystus streścił całe swoje życie. Wziął chleb, pobłogosławił i rozdał. Przyjął w swoje ręce chleb, który Mu dali, uznał go za dobry i rozdał. Nie dał niczego, czego sam wcześniej nie przyjął. Tak jak przyjął nasze człowieczeństwo, uznał je za dobre i rozdał. W wielkim natężeniu i skumulowaniu powtarzamy to w każdej Eucharystii.
Na czas rozpoczynającego się Adwentu proponuję refleksję na trzy tematy: przyjąć, pobłogosławić, rozdać.
 
Dziecko nastawione na branie
Oto świat przyjmuje swego Zbawiciela, kwilącego kładzie na sianie w chłodnym zakamarku groty lub stajni. Owija Go w cokolwiek, bo nie ma pieluszek. Na powitanie wysyła delegację złożoną z pasterzy. Niższych rangą już nie było. Ale można na to spojrzeć z zupełnie innej strony. Jezus jako Bóg mógł się pojawić między nami w dowolny sposób, jako człowiek dojrzały, w kwiecie wieku, dobrze wykształcony, znający języki… Bez traumatycznych przeżyć z dzieciństwa i wspomnień wygnańczego losu w obcym kraju. Ale On właśnie to uznał za jakąś wartość. Przyjął nasze ludzkie ciało jako bezbronne dziecko nastawione na branie. Wymagające nieustannej uwagi, troski, zabiegania. Uczył się chodzić, nabijając sobie guzy, i odnosił spektakularne porażki w walce z siłami grawitacji. Przyjął język, jakiego nauczyli go rodzice i najbliżsi. Przyjął to, co mu zaproponowano. Zaczął posługiwać się naszymi, ludzkimi pojęciami. Przyjął kulturę i religię swoich ojców. Przyjął proces wychowania. Z Jego publicznej działalności wyczytujemy głęboką zgodę, a nawet afirmację tego wszystkiego, co zaoferowała Mu ludzkość. Nie posłużył się niczym, czego by nie otrzymał. Nawet dokonując cudów wykraczających poza ludzkie możliwości, dziękuje Ojcu, od którego dostaje wszystko. Jezus żyje jako człowiek obdarowany, ale także jako człowiek, który potrafi przyjmować. Chętnie daje się zapraszać w gościnę, lubi biesiadować. Przyjmuje komplementy, a nawet pieszczoty zawodowej prostytutki, która ociera mu nogi swoimi włosami, okazując swą czułość najlepiej jak potrafi. Przyjął nawet krzyż i czyiś grób.
Św. Jan twierdzi, że ci, którzy przyjęli Słowo Boże, doświadczyli Jego mocy. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że myśl św. Jana jest dużo bardziej uniwersalna. Otóż możemy wyprowadzić siłę tylko z tego, cośmy przyjęli. Tylko to się nadaje do przekazania innym, służy pomnożeniu dobra.
 
Pewnych rzeczy usunąć się nie da
Im starsi jesteśmy, tym więcej mamy do przyjęcia, a w zasadzie do świadomego przyjęcia. Język, którym się posługujemy, kultura, w której wzrastamy, a nawet religia, wydają się nam często czymś oczywistym, jakby bez alternatywy. Ale przychodzi pewien moment uświadomienia, że teoretycznie mogliśmy zaistnieć w innym obszarze kulturowym, mówić innym językiem, wyznawać inne wartości. Stajemy przed koniecznością, a może bardziej możliwością przyjęcia całej tej schedy. Do tego dochodzi przyjęcie historii swego życia. Swojego dzieciństwa wraz z podwórkiem i rówieśnikami. Przed oczyma stają nam zimowe wyprawy na łyżwy na pobliski staw, gdzie dwa lata starsza koleżanka wpadła do przerębla i utonęła. Zatem obok słonecznych, pełnych beztroski letnich dni spędzanych na bezkresnym dla dziecka ogrodzie, z obozowiskami na rozłożystych drzewach, musimy przyjąć i wydarzenia traumatyczne. Każdy z nas zostaje z jakimiś obrazami, które pielęgnuje, ale i z tymi, które chętnie byśmy wymazali. Problem w tym, że nie da się ich usunąć. Są, tkwią w nas, stanowią integralną część naszej pamięci.
 
Nowy początek
W swoim ostatnim filmie 7 uczuć Marek Koterski uważa, że nasze dzieciństwo to 5 tysięcy dni, a pamiętamy z tego zaledwie 400 godzin. Warto zatem postawić sobie ważne pytanie, jaka jest nasza pamięć i czy jesteśmy gotowi przyjąć to, co w niej zostało zapisane? Oczywiście oba te pytania wpływają na siebie. Czasami trzeba zatrzymać się nad tym, co utrudnia albo wręcz uniemożliwia przyjęcie swojego własnego dzieciństwa, swojej młodości, decyzji o ślubie, wyboru drogi zawodowej. Życie bez zgody na swój los to jeden z najbardziej czarnych scenariuszy. Zalew pretensji do całego świata, wszystkich swoich bliskich i siebie samego za niemalże każdą podjętą decyzję i uznanie jej za prowadzącą donikąd przygniata jak ogromny głaz niezgody, który uciska pierś tak bardzo, że żyć się nie da. I faktycznie, nie da się z tym żyć. Pozornie sprawa wydaje się prosta. Nie ma innego wyjścia. Przeszłości nie da się odwrócić. Rodziców mam takich jakich mam i nic tego nie zmieni. Najróżniejsze ofensywy życzeniowe, by oni za dotknięciem jakieś czarodziejskiej różdżki stali się inni, nawet ubrane w pobożne zaklęcia, nie przynoszą większych rezultatów. Owszem, zdarzają się jakieś wypadki życiowe, genialne rekolekcje, które przestawiają życiowe zwrotnice, ale pozbawione systematycznej pracy szybko wracają na swoje dawne miejsce.
Zatem pozostaje akceptacja, pozostaje przyjęcie swego życia z całym dobrodziejstwem inwentarza. I dopiero to staje się nowym początkiem, a po jakimś czasie nawet skarbem.
 
Na koniec zwycięstwo
W ostatnich dniach gościliśmy w naszym duszpasterstwie Jasia Melę, który jako trzynastoletni chłopak w wypadku stracił rękę i nogę. Przez wiele lat nie był w stanie przyjąć tego faktu. Wielki nasz polarnik i podróżnik Marek Kamiński zaproponował mu wyprawę na biegun północny: mozolne przygotowania, ciężka praca, a na koniec zwycięstwo. Nie tyle chodziło o zdobycie bieguna, ile o przestawienie w głowie zwrotnicy. Janek pozostał osobą niepełnosprawną, ale przestał uważać się za kalekę. Przyjął siebie samego bez ręki i nogi. Od tej pory, od momentu, gdy uznał, że jako taki nadaje się do życia, mógł podzielić się swoją słabością z innymi. Założył fundację i pomaga ludziom po amputacjach.
Oczywiście pozostaje pytanie, od czego zacząć przyjmowanie siebie, historii swojego życia, swoich najbliższych? Jak zrobić ten pierwszy krok?
 
Pogodne spojrzenie wstecz
Moi przyjaciele alkoholicy nauczyli mnie pięknej modlitwy, która zaczyna się od słów: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, na co nie mam wpływu...”. Myślę, że jest w tym bardzo wiele mądrości. Potrzebujemy jakiejś elementarnej pogody ducha, jakieś łaski z nieba, aby żyć w zgodzie z całą historią swojego życia. Przyjęcia go w całej prostocie i oczywistości. Jakiegoś pogodnego spojrzenia wstecz. Ucałowania niedopieszczonego dziecka, które siedzi w nas. Odniesienia się do siebie samego z życzliwością i afirmacją. Może nawet trzeba ubrać to w jakiś gest. Uciec do jakiegoś ćwiczenia. Stanąć przed lustrem i patrząc sobie w oczy, powiedzieć sobie: „No niech cię ukocham”. Może warto zrobić to w wersji bardziej radykalnej. Stanąć nago przed sobą. Przyjrzeć się i powiedzieć sobie: „Tak ma być. O to chodzi. Takiego cię kocham i przyjmuję”. By to zrobić, potrzebujemy elementarnej pogody ducha. W sobie nie znajdziemy źródła. Ono bije poza nami. „Wszystkie moje źródła są w Tobie” – jak czytamy w Psalmie 87.
Po co mam to życie przyjmować? Ano po to, by je pobłogosławić, ale o tym już za tydzień. A po co błogosławić? O tym za dwa tygodnie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki