Logo Przewdonik Katolicki

Nie ma innej drogi

ks. Mirosław Tykfer
FOT. ANDREAS SOLARO/AFP EAST NEWS

Tak mocnego przesłania ze strony papieża jeszcze nie czytałem. 20 sierpnia, tuż przed swoją pielgrzymką do Irlandii, Franciszek napisał list na temat wykorzystywania nieletnich przez duchownych. List pełen bardzo ostrych, jednoznacznych zwrotów.

List powstał po opublikowaniu tzw. raportu z Pensylwanii, który przedstawił wyniki niezależnej komisji badającej skalę nadużyć seksualnych w kilku diecezjach amerykańskich na przestrzeni ostatnich 70 lat. Papież nie przebiera w słowach. W ogniu zarzutów stawia biskupów, księży i zakonników. Tekst jest tak wyrazisty, że próby jego niejednoznacznych interpretacji oraz wyjaśnienia, że papież wcale nie myślał aż tak negatywnie, skazane są na niepowodzenie. List nie ma żadnych dwuznaczności. Jest natomiast kontynuacją bardzo zdecydowanego głosu Benedykta XVI na temat relatywizmu prawdy, który papież emeryt uznawał za jedno z największych niebezpieczeństw współczesnej kultury. Tyle że Franciszek zapytał bezprecedensowo o relatywizm, który drąży klerykalną mentalność Kościoła. Nazwał ją dosadnie: „kulturą śmierci”. „Nieskuteczność władz kościelnych – biskupów, przełożonych zakonnych, kapłanów i innych – w odpowiednim zareagowaniu na odrażające przestępstwa słusznie wzbudziła oburzenie i jest nadal przyczyną cierpienia oraz wstydu dla wspólnoty katolickiej. Podzielam te uczucia” – powiedział w Irlandii. A w swoim liście – skierowanym do wszystkich członków Kościoła – przyznał: „Zlekceważyliśmy i opuściliśmy maluczkich”. Dlaczego Franciszek w swojej krytyce posunął się aż tak daleko?
 
Ewolucja reagowania
Okazuje się, że głos Franciszka to tylko kropka „nad i”. Bo chociaż niektórzy zarzucają jego poprzednikom, że nie działali w tej sprawie tak zdecydowanie jak obecny papież, to jednak warto przypomnieć, że historia reagowania na wykorzystanie seksualne w Kościele miała swoją ewolucję. Wiedza o skali nadużyć dochodziła do głosu bardzo powoli. „Ojciec Święty (Jan Paweł II) nie znał tych faktów. Gdyby je znał, zwróciłby na nie uwagę i zarządził należyte dochodzenie” – powiedział kard. Angelo Amato, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, w rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną odnosząc się do jednego z przypadków, które ujawniły media amerykańskie. Paradoksalnie taką opinię potwierdzają też znani watykaniści, i to ci, którzy zasadniczo krytykują politykę Jana Pawła II w sprawie pedofilii w Kościele. Uważają, że schorowany już papież w tej kwestii zdany był na informacje filtrowane przez współpracowników. A ci ostatni nie zawsze skłonni byli do informowania papieża o wszystkim. Niektórzy twierdzą, że część informacji była przed Janem Pawłem II z różnych powodów zatajana. A z kolei sam papież, wyczulony na doświadczenie, jakie miał z przeszłości, kiedy to nieprzychylna propaganda komunistycznych władz w Polsce chciała na różne sposoby uderzać w duchowieństwo, nie zawsze był gotowy dać wiarę wszelkim doniesieniom medialnym.
 
Ludzie muszą o tym wiedzieć
Fakty są jednak takie, że to właśnie Jan Paweł II wydał już w 2001 r. dokument Sacramentorum sanctitatis tutela, który nakazywał bardzo kategorycznie rozwiązywać sprawy wykorzystywania seksualnego w Kościele. Co zresztą potwierdził w kwietniu następnego roku, spotykając się w Watykanie z przedstawicielami episkopatu amerykańskiego. Papież wprost określił temat spotkania: o molestowaniu nieletnich w USA. W przemówieniu wygłoszonym trochę później, w kwietniu tego samego roku, kiedy był już bardziej świadomy skali problemu, powiedział, że „nadużycia wobec młodych są poważną oznaką kryzysu, dotykającego nie tylko Kościół, ale także całe społeczeństwo”. Zaznaczył też, że „w szeregach duchowieństwa i w życiu zakonnym nie ma miejsca dla tych, którzy mogliby zrobić coś złego młodzieży, i o tym ludzie muszą wiedzieć”. Ks. prałat Sławomir Oder, postulator procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego papieża Polaka, zapytany przez Katolicką Agencję Informacyjną o wiarygodność reakcji Jana Pawła II na pedofilię w Kościele odpowiedział: „W czasie procesu nie było tematów, które stanowiłyby tabu i wyłączone zostały z procesu. Wszystkie wymienione sprawy były gruntownie przebadane”.
 
Emocjonalny wstrząs Benedykta XVI
Nie można też zapomnieć o długiej liście publicznych wypowiedzi Benedykta XVI na ten temat. Jedną z nich przypomniał Franciszek w swoim liście, cytując jego wypowiedź jeszcze z czasu, gdy papież emeryt był prefektem Kongregacji Doktryny Wiary. Podczas drogi krzyżowej w 2005 r. kard. Joseph Ratzinger powiedział: „Ile brudu jest w Kościele, i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia!”. Z kolei w wywiadzie rzece zatytułowanym Światłość świata, udzielonym Peterowi Seewaldowi, Benedykt XVI wyznał bardzo otwarcie, jak wielkim przeżyciem było dla niego odkrywanie pełnej prawdy o przestępstwach seksualnych w Kościele: „To był dla nas wielki wstrząs. Nagle tak dużo brudu. To był naprawdę niemal krater wulkanu, z którego nagle doszło do erupcji ogromnej chmury brudu, wszystko pociemniało i pogrążyło się w brudzie”.
A trzeba też podkreślić, że Benedykt XVI był rzeczywiście zwolennikiem pełnej przejrzystości i zdecydowanego działania władz kościelnych. Potwierdza to m.in. wsparcie, jakiego udzielił abp. Diarmundowi Martionowi z Dublina, który podjął się bardzo trudnego, wręcz pionierskiego w tej dziedzinie, zadania opracowania i opublikowania raportów o krzywdzeniu dzieci przez księży w Irlandii.
 
Poczucie zdrady
Determinację papieża emeryta potwierdzają też wypowiedzi z 2008 r., kiedy podczas pielgrzymki do USA pięciokrotnie odniósł się on do ujawnionych skandali. I wyraźnie przyznał – co zaskoczyło wówczas wielu amerykańskich duchownych – że konieczne jest zadośćuczynienie ofiarom. Następnie, w 2008 r., podczas pielgrzymki z okazji Światowych Dni Młodzieży w Sydney powtórzył: „Te karygodne czyny, które stanowią zdradę zaufania, zasługują na jednoznaczne potępienie. Spowodowały one wielki ból i zaszkodziły świadectwu Kościoła”. I w końcu w 2009 r. spotkał się z przedstawicielami episkopatu Irlandii, na którym tamtejsi hierarchowie usłyszeli z ust swojego przełożonego: „Podzielam hańbę, poczucie zdrady i wstydu, odczuwane przez wielu irlandzkich katolików. Łączę się z nimi w modlitwie w tym trudnym okresie życia Kościoła”.
Wielką zasługą niemieckiego papieża była też odważna wypowiedź dotycząca mediów. Kiedy przez niektórych duchownych były one radykalnie krytykowane za wyciągnie „niepoprawnych” dla Kościoła faktów, Benedykt XVI odważył się podziękować dziennikarzom za ich udział w odkrywaniu prawdy o skandalach. W czasie pontyfikatu Benedykta XVI usprawniono też zasady rozliczania księży za przestępstwa pedofilskie. Za jego rządów zabrakło jednak stanowiska i konkretnych przepisów, które pozwalałyby na pociąganie do odpowiedzialności kościelnych przełożonych, którzy tuszowali winy podwładnych. Przepisy dotyczące ich odpowiedzialności wprowadził dopiero papież Franciszek.
 
Bolesna prawda
List Franciszka napisany niejako w przeddzień wizyty w Irlandii, a następnie jego stanowcze słowa o wstydzie, wypowiedziane w Dublinie, można więc nazwać nie tyle początkiem walki Kościoła z pedofilią, ile raczej reakcją na czarę goryczy, która dopiero teraz naprawdę się przelała. Goryczy, którą przelały wyznania ofiar nadużyć władzy w Kościele. Bo już nie tylko USA, Irlandia czy inne kraje europejskie, ale także pozostałe kontynenty stopniowo informują nas o skali tych nadużyć. W Kościele nagle zrobiło się bardzo smutno… Nie powinny próbować go rozwieść próby wyjaśnienia, że przecież z większą liczbą takich przypadków mamy do czynienia w innych grupach społecznych. Nie powinny one stanowić naszej tarczy obronnej, nawet jeśli to jest prawda. Bo nie można porównywać odpowiedzialności moralnej innych grup w stosunku do powołania, jakie przyjęli na siebie duchowni. Wszelkie tego typu apologetyczne wybiegi nie tylko nie działają, ale w pewien sposób ośmieszają nasze moralne standardy, które sami głosimy w obronie duchowych i jakże wzniosłych źródeł naszej kapłańskiej tożsamości. Jestem głęboko przekonany, że tarczą może być jedynie żal za grzechy i nawrócenie. I nawet jeśli dotyczy to tylko części duchownych – bo prawdą jest, że nie można tak myśleć o wszystkich, nie można o wykorzystywanie osądzać większości – to jednak musimy mieć odwagę otwarcie powiedzieć: tak, to jest prawda, jakże bolesna prawda…
 
Imperatyw szacunku dla prawdy
Musimy być też gotowi do podjęcia bardzo przejrzystych kroków, aby to zło spróbować naprawić. Osoby, które realnie za to zło były odpowiedzialne, powinny zostać poddane osądowi. To natomiast, co możemy i powinniśmy zrobić od zaraz, to różnymi sposobami szeroko poinformować opinię publiczną o sposobach kontaktowania się ewentualnych ofiar pedofilii z przedstawicielami Kościoła. Te sposoby są już określone, ale nie zawsze znane. Bo ofiary – nawet jeśli może być ich bardzo niewiele – muszą mieć prawo wypowiedzieć swój ból. I wcale nie chodzi o to, żeby ułatwiać nagonkę na księży. Nie uważam, że wszystkie oskarżenia stawiane księżom należy traktować z równą powagą. Nie wolno ich z racji pojawienia się w mediach traktować jak werdykt sądu. Mogą i na pewno będą pojawiać się pomówienia. W kontekście tak wielu skandali stanie się to bardzo łatwe. Wręcz przerażająco łatwe. Niedomówienia, brak określenia skali jakiegoś nadużycia, niejasność okoliczności i odpowiedzialności osób – to tylko niektóre metody, jakie mogą być stosowane w mediach, aby zarobić więcej na bad news o Kościele. Musimy być tego zagrożenia nagonki świadomi. Z drugiej jednak strony to niebezpieczeństwo łatwego uderzenia w Kościół nie może zamykać ust tym, którzy cierpią. I nawet jeśli ochrona dobrego imienia zawsze dotyczy także oprawcy – tzn. nie wolno ujawniać publicznie jego nazwiska – to jednak wtedy, gdy jakieś nazwisko znajdzie się w obiegu opinii publicznej, nie powinniśmy wyrokować: na pewno ten ksiądz nie ma albo że właśnie ma coś wspólnego z przywołanym przy jego nazwisku przestępstwem. Nie musimy i nie powinniśmy robić publicznych sądów, jeśli nie mamy żadnej moralnej pewności. Zgodzić się jednak musimy na to, żeby ewentualne ofiary nigdy nie miały poczucia winy, że chcą swoją sprawę odpowiednim osobom opowiedzieć. Jeśli zastosujemy naciski, które im na to nie pozwolą albo przynajmniej będą im to utrudniać – także przez stwarzanie atmosfery poczucia winy, bo przecież chodzi o Kościół – to właśnie wtedy nadużyjemy władzy nad ich sumieniem. „Słowa Franciszka mówią nam, że musimy poważnie traktować imperatyw szacunku dla prawdy, nawet wtedy, gdy nas ona poniża i rani” – powiedział dla włoskiego dziennika „La Stampa” Charles Scicluna, maltański arcybiskup, bliski współpracownik Franciszka w sprawach pedofilii w Kościele, który odniósł się w ten sposób do opinii tych, którzy chcieliby dla „dobra” Kościoła ukrywać prawdę.
 
Franciszek chwyta się za głowę
Idąc za tym imperatywem, papież Franciszek w swoim liście postawił trzy zasadnicze zarzuty duchownym, którzy przyczynili się do tak głębokiego kryzysu moralnego w Kościele. Są nimi: wykorzystywanie seksualne nieletnich, nadużycie władzy kościelnej i nadużycie władzy nad sumieniem. Celowo podkreślam wszystkie trzy zarzuty, ponieważ list bardzo wyraźnie mówi nie tylko o samych autorach przestępstw na nieletnich, ale także o tych, którzy mieli władzę, aby tym aktom zapobiec albo stanowczo zareagować wobec osób, które się ich dopuściły. Tak Franciszek rozumie nadużycie władzy rządzenia. Oskarżenie natomiast dotyczące nadużycia władzy nad sumieniem papież określa jako skandal, który ma miejsce wtedy, gdy ofiara wykorzystania seksualnego – mówiąc bardzo delikatnie – była poddawana naciskowi sumienia, aby nie ujawniać prawdy. Czasami pod karą grzechu. W ten sposób stawała się podwójną ofiarą moralnego poczucia winy. A niestety, ostatni raport z Pensylwanii potwierdził, że takie sytuacje miały miejsce.
Odnosząc się więc do tych trzech elementów, Franciszek w swoim liście napisał: „Cierpienie tych ofiar to skarga, która wznosi się do nieba, dotykająca duszy, a która przez długi czas była ignorowana, ukrywana lub wyciszana. Ale ich wołanie było silniejsze niż wszystkie środki, które próbowały je uciszyć, a jednocześnie udawały, że je rozwiązują decyzjami, które jeszcze powiększyły ich powagę, popadając we współudział”. Nie może więc nas dziwić tak poważny ton tej wypowiedzi, jeśli weźmiemy sobie naprawdę do serca chociażby komunikat, który został opublikowany krótko po ostatnim spotkaniu papieża z ofiarami pedofilii w Irlandii. Czytamy w nim m.in., że pięć instytutów zakonnych było przez dziesiątki lat odpowiedzialnych za opiekę nad domami dla osieroconych dzieci i samotnych matek. Mimo tak wzniosłego powołania okazało się, że były to miejsca śmierci blisko 6 tys. dzieci. Umierały także młode matki. Papież, mimo ogromnej wiedzy, jaką już posiada na ten temat, chwycił się za głowę, wysłuchując relacji niektórych osób. Jeden z uczestników spotkania wyznał, że Franciszek przeżył szok, kiedy dowiedział się m.in. o tym, że 3 tys. dzieci było poddanych eksperymentom związanym z testowaniem szczepionek. Komunikat mówi też, że co najmniej 100 tys. dziewcząt-matek oddzielono siłą od swych dzieci. „W instytutach zakonnych powiedziano – czytamy w komunikacie – że popełnią grzech śmiertelny, jeśli będą próbowały kontaktować się ze swymi dziećmi”.
 



Kiedy pisałem ten tekst, chwilami musiałem przerywać pracę… Wahałem się do ostatniej chwili, czy warto go publikować. Czy nie lepiej już milczeć, żeby nie powiększać zgorszenia. Doszedłem jednak do wniosku, że należy to zrobić. Że musimy także w Polsce otwarcie mówić o tym problemie. Mam nadzieję, że całe to zło już niedługo stanie się przeszłością. Nie możemy jednak udawać, że go nie ma lub nie było. I nawet jeśli dzisiaj tak bardzo to nas boli, tak bardzo przenika nasze najskrytsze uczucia religijne, jest to jedyna droga, aby po cierpieniu krzyża zobaczyć lepszą przyszłość.



Były nuncjusz oskarża papieża
Abp Carlo Maria Viganò, nuncjusz apostolski w USA w latach 2011–2016, opublikował list, w którym oskarża Watykan o tuszowanie skandalów pedofilskich w Stanach Zjednoczonych i domaga się rezygnacji papieża Franciszka. Chodzi o sprawę kard. Theodore’a McCarricka, który molestował seksualnie młodych chłopców, kleryków i księży. Kilka tygodni temu hierarcha został oskarżony o to, że 45 lat temu wykorzystywał nieletnich. Papież Franciszek najpierw zakazał McCarrickowi publicznego sprawowania sakramentów, a następnie pozbawił go godności kardynała. Według abp. Viganò to mocno spóźniona reakcja, bo o sprawie Watykan wiedział od 2000 r.
Obszerny list abp. Viganò pełen jest dat, nazwisk i faktów, o których na bieżąco miał informować Stolicę Apostolską. Ich efektem miało być nałożenie przez papieża Benedykta XVI sankcji na emerytowanego już wtedy arcybiskupa Waszyngtonu (niepodanych jednak do publicznej wiadomości): papież miał mu nakazać opuszczenie seminarium, a także zakazać publicznego sprawowania posługi i podróży. Abp Viganò zarzuca Franciszkowi, że ten zaraz po swoim wyborze zdjął nałożone na kard. McCarricka przez poprzednika sankcje. I to mimo że podczas rozmowy ówczesny nuncjusz w USA powiedział nowemu papieżowi o tym, co dzieje się za oceanem.
Co na to Franciszek? – Przeczytajcie uważnie i dokonajcie własnego osądu. Nie powiem o tym ani słowa – powiedział wracający z Irlandii papież. – Wierzę, że dokument mówi sam za siebie. Macie wystarczająco dużo umiejętności dziennikarskich, by wyciągać wnioski.
Watykanista Andrea Tornielli ma kilka wątpliwości. Jedna dotyczy sankcji, które miały zostać nałożone na kard. McCarricka przez Benedykta XVI. Dlaczego nie były one przestrzegane (kard. McCarrick po ich rzekomym nałożeniu w ogóle nie zmienił swojego życia) i dlaczego takie nieposłuszeństwo nie spotkało się z żadną reakcją Stolicy Apostolskiej? Druga dotyczy spotkania abp. Viganò i Franciszka. W swoim liście dyplomata mówi co prawda o rozmowie z papieżem, ale nie wspomina, żeby przekazał mu obszerne dossier, jakie na temat McCarricka zgromadził. Dlaczego tego nie zrobił? Według publicysty „Vatican Inisder” sprawa wpisuje się w walkę wewnątrzkościelnych frakcji. PJ
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Rafał
    29.08.2018 r., godz. 16:12

    Drogi Autorze,

    proszę przeczytać list abp. Vigano ... a potem wychwalać Franciszka ...

    Pozdrawiam,

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki