Logo Przewdonik Katolicki

To miał być całkiem inny tekst

Piotr Zaremba
FOT. MAGDALENA BARTKIEWICZ. Piotr Zaremba historyk, dziennikarz, publicysta, komentator polityczny

Kiedy dzieliłem się swoimi wątpliwościami, czy powinniśmy cię cieszyć z mundialu w Moskwie, pod skrzydłami Putina, nie wiedziałem, że pojawią się narzekania polskich celebrytek o liberalno-lewicowych sympatiach na wielkie imprezy sportowe.

Krystyna Janda, modne dziennikarki, a w sosie bardziej ideologicznym także Magdalena Środa, zajęły się wybrzydzaniem. Że hałaśliwie i barbarzyńsko, nacjonalistycznie i bez sensu. Że one nie chcą i się nie poddadzą wymuszonej atmosferze entuzjazmu i solidarności.
Sprawa miała barwę ideowo-polityczną. Panie źle reagowały na wszechobecną polską flagę i wspólne śpiewanie hymnu. Ten typ urazu na punkcie wspólnoty sprawia wrażenie lekkiej choroby. Coś jak stan podgorączkowy. Jedni się pasjonują piłką. Inni – nie. Ale, jak już napisałem przy okazji moich moskiewskich rozterek, sam odruch solidarności z własną drużyną narodową uważam za sympatyczny, a czasem wzruszający. Na dokładkę za okazję do choćby chwilowego spojrzenia na siebie z większą sympatią, ponad podziałami. Wy i my jesteśmy Polakami.
Po drodze zdarzyło się kilka rzeczy. Konserwatywna część internetu zaczęła się ekscytować fotką ciemnoskórej studentki (podobno z Zimbabwe) w strefie kibica w Lublinie. Studentka kibicowała samotnie Senegalowi pośród tłumu smutnych białych mężczyzn. I nic się jej nie stało, delektowali się internauci, żądając kolportowania zdjęcia jako dowodu, że w Polsce nie ma rasizmu. Dowód to nieco przypadkowy i jednostkowy, ale też sympatyczny. Jeśli chcemy być lepsi, bądźmy. Do studentki dotarła prorządowa TVP Info, czyniąc z historii sprawę polityczną.
Ale dobrze, trudno na coś takiego narzekać. Po drodze można było jednak zwątpić w integrującą moc futbolu. Zamieszczenie, choćby i na chwilę, zdjęcia płaczącego na pogrzebie Donalda Tuska z podpisem, że szlocha po niemieckiej drużynie, pokazało, że gotowość do hejtu przy okazji piłki jest duża. Dopuścił się tego sztab Patryka Jakiego. Pomimo przeprosin  pozostał niesmak. Chyba nie jesteśmy gotowi być dla siebie milsi niejako przy okazji.
A kończy się wszystko innym niesmakiem – klęską polskiej drużyny. Po meczu z Senegalem byłem gotów bronić naszych reprezentantów. Po meczu z Kolumbią sam jestem rozżalony. Ale nadal myślę, że za wielką wagę przywiązujemy do tego sportu – skądinąd widowiskowego i perfekcyjnie wymyślonego jak żaden. Że okrzyki „Możecie tu nie wracać!” to jednak za wiele. Że te emocje stają się autodestrukcyjne. Czyżby pół punktu dla Jandy? Pół, bo nie o nacjonalizm tu chodzi. Raczej o zatruwanie własnej duszy emocją zastępczą.
Poważna debata, dlaczego przegrywamy, nie może być poważna do końca, bo sprawa na to nie zasługuje. Pada przy tym mnóstwo głupstw. Kiedy czytam, że nasi piłkarze są zbyt „wyżelowani” i grają niepotrzebnie w reklamach, przypominam: Cristiano Ronaldo, lider drużyny Portugalii, jest wyżelowanym celebrytą dużo bardziej, a gra świetnie. Ale nie o konkretne recepty tu chodzi, a o absurd atmosfery. Sami ich wywindowaliście na piedestał. I sami wzbudziliście w sobie oczekiwania ponad miarę.
W 1994 r. właśnie w Kolumbii zastrzelono zawodnika, 27-letniego Andresa  Escobara, sprawcę samobójczego gola na mundialu. Chcielibyśmy, aby tak się działo w Polsce? Tak daleko się nie posuniemy, emocje Polaków zawsze były przejściowe, słomiane. Ale ta sympatyczna skądinąd, futbolowa egzaltacja Latynosów przez lata była podszyta kompleksami, że nie udaje się w innych sferach. Unikajmy tego. Choć – może to pociecha – rozliczanie piłkarzy połączyło na moment prawicę z jej wrogami.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki