Logo Przewdonik Katolicki

​Jak będą strzelać, patrzcie w niebo

Jacek Borkowicz

​To zbrodnia mająca mało precedensów w dziejach świata. Ofiarą hitlerowskiego terroru w 1939 r. padła połowa duchowieństwa diecezji chełmińskiej. 

Przed wojną była to jedna z najlepiej zorganizowanych diecezji w całej Polsce. W jej 255 parafiach posługiwało 700 księży. W większości byli to dobrzy duszpasterze i jednocześnie społecznicy, oddani swojej lokalnej wspólnocie. Formację tę zawdzięczali seminaryjnemu wychowaniu. Wyższe seminarium duchowne, przeniesione w 1829 r. razem ze stolicą diecezji do Pelplina, było w istocie wysokiej klasy placówką akademicką i naukową. W cieniu gotyckiego opactwa, które stało się katedrą, przyszłych duszpasterzy nauczała i wychowywała kadra wybitnych profesorów, wykształconych w najlepszych europejskich uczelniach. Dzięki takim nauczycielom i wychowawcom diecezja chełmińska (od 1992 r. nosi nazwę pelplińskiej) mogła stać się prawdziwą perłą wśród innych polskich diecezji.
Obejmowała tereny Pomorza, gdzie katolicy stanowili 90 proc. mieszkańców; podobny udział w populacji stanowili tam Polacy. Dlatego tamtejsi księża sprawowali swoją chrześcijańską posługę w polskim, patriotycznym duchu. Było to dziedzictwo zaboru pruskiego, kiedy to pielęgnowanie katolicyzmu na tych ziemiach ściśle związało się z podtrzymywaniem polskości. Wśród owych 700 księży byli jednak także Niemcy, reprezentujący katolicką wspólnotę wśród 10-procentowej niemieckiej mniejszości polskiego Pomorza. Niemieccy katolicy byli nieliczni, ale za to, w odróżnieniu od większości rodaków ewangelików, mieszkali tam od pokoleń i dobrze żyli z miejscową ludnością. Niemcy bywali proboszczami w polskich parafiach, z kolei Polacy duszpasterzowali w parafiach niemieckich, bo były i takie. I nikomu to nie przeszkadzało.
Taki stan rzeczy był solą w oku hitlerowców, którzy we wrześniu 1939 r. najechali Pomorze. Zarówno polskość, jak i katolicyzm, a już szczególnie polsko-niemiecka lokalna solidarność, wzbudzały w nich prawdziwą wściekłość. Okupanci uznali pomorskich księży za elitę podbitego narodu, którą należy wytępić.

Hekatomba
Do tego zadania przystąpili bezzwłocznie, kiedy tylko usadowili się na podbitych terenach. Już we wrześniu 1939 r. zaczęły się aresztowania: do więzień i tzw. obozów zbiorczych trafiły setki proboszczów i wikarych, zakonników i zakonnic, klerycy, a także świeccy aktywiści. Wielu z nich zamordowano bezpośrednio po uwięzieniu.
Księży wyciągano z plebanii pojedynczo, by nie wzbudzać szerokiego oporu ludności. Niebawem jednak rozzuchwalony okupant przystąpił do zmasowanych uderzeń. W nocy z 13 na 14 października aresztowano prawie wszystkich kapłanów dekanatu starogardzkiego.  Zbitych i storturowanych rozstrzelano w Lesie Szpęgawskim, największym – obok Piaśnicy koło Wejherowa, Klamer pod Chełmnem i lasu Barbarka pod Toruniem – miejscu masowych egzekucji na Pomorzu.
Trzy dni potem oddział esesmanów dokonał najazdu na Pelplin. Wszystkich obecnych tam profesorów, nie bacząc na wiek i stan zdrowia, wygnano z miasteczka i popędzono do odległych o ponad 20 km koszar w Tczewie. Tam znęcano się nad nimi nadal, zanim w końcu dobito kulami w piwnicy. Męczeńską śmierć ponieśli wtedy m.in. księża: Józef Roskwitalski, Maksymilian Raszeja, Paweł Kirstein, Franciszek Różyński, Alojzy Lewandowski i Walter Schütt. Ocalał ks. Franciszek Sawicki, profesor filozofii, któremu przed wojną pięć europejskich uniwersytetów proponowało objęcie katedry, on jednak wolał pozostać w Pelplinie. Niemcy oszczędzili go, by „na potrzeby niemieckiej kultury” porządkował seminaryjną bibliotekę. W ten sposób przetrwał wojnę – jako jedyny ocalały kanonik chełmińskiej kapituły. Inny wybitny uczony, ks. Alfons Mańkowski, badacz historii Pomorza i prezes renomowanego Towarzystwa Naukowego w Toruniu, zginął w 1941 r. w Stutthofie.
W ten sposób wymordowano i zamęczono 356 księży diecezji chełmińskiej. 

Starajcie się patrzeć w niebo
Spośród tych setek ludzka pamięć nie przechowała wiadomości o żadnym, który by zaparł się wiary. Wielu za to umarło jako męczennicy. Sługa Boży Jan Hamerski, proboszcz w Tryszczynie koło Bydgoszczy, zapędzony na krawędź dołu, modlił się: „Boże, odpuść im, bo nie wiedzą co czynią”. Słysząc to, oprawcy zaniechali egzekucji, pod warunkiem że ksiądz nie pokaże się więcej w parafii. On jednak wrócił do swoich. 6 października 1939 r. Niemcy zatłukli go karabinowymi kolbami. Ks. Jan Pronobis z Grębocina, rozstrzelany 28 października w Barbarce, przed śmiercią zaintonował pieśń Kto się w opiekę. Podobnych jemu było więcej, dlatego z czasem kaci przed egzekucją zaczęli zalewać ofiarom usta gipsem. Proboszcz z Bysławia, sługa Boży Piotr Sosnowski (zginął na dzień przed Pronobisem) na moment przed salwą zwrócił się do współwięźniów: „Jak będą do nas strzelać, starajcie się patrzeć w niebo”. Sługę Bożego Wiktora Belczewskiego, neoprezbitera z Dźwierzna, skatowano i zamordowano w listopadzie 1939 r. – za to, że nie chciał powtórzyć słów: „Führer jest naszym Bogiem”.
Innym miejscem świadectwa były obozy: głównie Sachsenhausen, Dachau i Stutthof. Zginęło tam ponad stu księży z Pomorza. Jeden z nich, bł. Stefan Frelichowski, mimo skrajnych przeciwności potrafił być prawdziwym opiekunem dusz i ciał współwięźniów z Dachau. Gdy umarł wiosną 1945 r., na dwa miesiące przed wyzwoleniem obozu, zarażony tyfusem przez chorych, którym pomagał, władze obozowe, łamiąc regulamin, zgodziły się na wystawienie jego zwłok w ustrojonej kwiatami trumnie. Ludzie, którzy go znali, od początku przekonani byli o jego świętości. Beatyfikował go w 1999 r. Jan Paweł II, razem ze 107 innymi męczennikami II wojny światowej.

Dziesięciu sprawiedliwych
Wśród rzeszy księży, którzy dali świadectwo wiary, znalazło się też dziesięciu Niemców, obywateli RP. To dużo, zważywszy że niemieckich księży było w diecezji zaledwie 36. Zamordowali ich również Niemcy – za to, że przedkładali Ewangelię nad poczucie plemiennej solidarności. Ks. Józef Kuchenbecker (proboszcz w Bobowie), z rodziny która mieszkała na Pomorzu od wieków, podpadł nowym władzom, bo nie podporządkował się zakazowi odprawiania Mszy po polsku. Aresztowany, w więzieniu w Starogardzie głośno łajał rodaków, którzy znęcali się nad polskimi więźniami. Strażnicy wycięli mu za to swastykę na czole i zmiażdżyli obie dłonie. 16 października 1939 r. poszedł na śmierć, dmuchając na strumyki krwi, zalewające mu oczy.
Polegli za wiarę pomorscy Niemcy także zasłużyli na naszą pamięć. Swoją śmiercią zaświadczają też o tym, czym w istocie był hitlerowski reżim, system na równi antypolski i antychrześcijański.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki