Logo Przewdonik Katolicki

Biały skarb Krakowa

Magdalena Guziak-Nowak
FOT. MICHAŁ DUDEK. Kośioły kamedulskie często mają maryjne wezwania. Ten na Bielanach jest poświęcony Wniebowzięciu NMP.

Mogą zapomnieć, jak wygląda Wawel, ale znają się na dronach. Wbrew legendzie – nie śpią w trumnach. I choć nie mają prawie nic – mają wszystko: ciszę, czas i Boga.

„Krakowianie, czy wiecie dzięki komu wasze miasto stoi bezpieczne i nienaruszone przez tyle stuleci? To kameduli są waszym piorunochronem” – powiedział pewnego razu kard. Karol Wojtyła. Kilkadziesiąt lat później piękna, poetycka przenośnia stała się proroctwem.
– Pamięta pani Mszę św. na zakończenie Światowych Dni Młodzieży rok temu? – to już słowa o. Marka Szeligi, przeora kamedulskiej wspólnoty na krakowskich Bielanach. – Była wspaniała pogoda, a potem jak się rozpadało… Pioruny strzelały co chwilę. Siedziałem akurat w swojej celi i jeden z nich odłupał mi kawał ściany. Ja to nic, ale dobrze, że papieżowi nic się nie stało! – śmieje się przeor.
 
Przyjaciele kamedułów
Do Eremu Srebrnej Góry na krakowskich Bielanach wybrałam się po raz pierwszy kilka lat temu. Miałam dyktafon i kilka przeczytanych artykułów. Przedstawiłam się, że dziennikarka i roztoczyłam wizję znakomitego artykułu. – A może lepiej nie…? – powiedział brat, którego spotkałam na furcie. – Są o nas książki, bardzo proszę sobie poczytać – uśmiechnął się skromnie i tak od serca. Ciekawska baba zrobi wiele, żeby dowiedzieć się tego, co ją interesuje. Rzuciłam się na czytanie wszystkiego o białych zakonnikach. Tak trafiłam do Marzeny i Marka Florkowskich z Krakowa, którzy mają (prawie) monopol na kamedulskie tematy. Ich książki (np. Codzienność kamedulska, Legendy kamedulskie) oraz strona w internecie (www.kameduli.info) są, jak mówią, efektem ubocznym 30-letniej fascynacji i przyjaźni z zakonnikami. – Zanim jeszcze zostaliśmy małżeństwem, mąż chodził do kamedułów na „dni samotności”. Tam poznał nieżyjącego już br. Leonarda, furtiana, który chętnie opowiadał o dawnych czasach eremu. Pierwszą książkę Kameduli napisaliśmy, gdy dzieci były małe. Wiedzieliśmy, że jeśli nie spiszemy wspomnień br. Leonarda, eremity od 1939 r., to wszystkie przepadną – opowiada autorka.
Florkowscy wsiąkli w kamedulski klimat. Wydawali kolejne opracowania i odwiedzali kolejne klasztory. Z włoskiego eremu Monte Cucco Pascelupo, w którym założyciel Kongregacji Kamedułów Pustelników Góry Koronnej bł. Paweł Justiniani (1467–1528) miał objawienia, przywieźli historię o… pomidorze. Klasztor Monte Cucco wisi na skalnej ścianie. Kościół i domki pustelników są tam jakby przyklejone do zbocza. Klimat jest trudny, a ziemia nie rodzi, bo wszędzie tylko skała i skała. W jedynej szczelinie między głazami zakonnik w białym habicie wygrzebał skrawek ziemi. W swoim ogrodzie 10 x 10 centymetrów uprawiał pomidora. Oglądał go, pielęgnował i przez godzinę opowiadał o cudzie, jakim jest fakt, że roślinka wydała owoc. – Krakowski Uniwersytet Rolniczy organizuje dla biznesmenów grządki, na których uprawiają dwie roślinki na krzyż. Wyrywają chwasty, podlewają je, zaglądają do nich kilka razy w tygodniu. Można by powiedzieć, że to zabawne, że ludzie, którzy podejmują globalne decyzje, opiekują się dwoma marchewkami. Okazuje się jednak, że taka aktywność może być terapeutyczna. Ludzie sukcesu zauważają, że nie wszystko od nich zależy, bo mimo nawozu i podlewania warzywo może po prostu nie urosnąć – opowiada Marzena Florkowska, polonistka, historyczka i dziennikarka radiowa. – Uczelnia zrobiła nawet z tego nowy kierunek studiów. Moim zdaniem ta cała hortiterapia, czyli leczenie ogrodem, to po prostu naukowe opracowanie kamedulskiej mądrości.
 
Zmysły
Kameduli żyją w ciszy, samotności i oderwaniu od „spraw świata”. Mimo to wyróżnia ich zmysł praktyczny i zorientowanie we współczesnych tematach. Marzena Florkowska wspomina: – Lata temu, gdy jechaliśmy nad morze z naszą małą córką, spotkaliśmy się z br. Leonardem. „Agnieszko, jaki ci mama ładny zegarek kupiła. Za całe pięć złotych” – powiedział do córki, pokazując na plastikową zabawkę. Skąd wiedział? Ja właśnie tyle za niego zapłaciłam!
Równie zdumiona byłam i ja. Gdy po lekturze książek wróciłam na Bielany, brat furtian i fotograf przeglądali album ze zdjęciami Krakowa. „Czy to jest Wawel? Bo już nie za bardzo pamiętam, jak wygląda…” – zastanowił się brat, a chwilę później klarownie wyłożył najnowsze osiągnięcia techniki dotyczące… dronów. Życie za murami pozwala spojrzeć z dystansem nie tylko na postęp technologiczny, ale również na sprawy duchowe. – Z oddalenia, gdy nie jesteśmy w amoku, o wiele łatwiej zobaczyć pewne problemy życia codziennego – dopowiada Marzena Florkowska.
Ojciec Marek, przeor, potwierdza: – Nie mamy radia, telewizji i internetu. Dostęp do mejla mam tylko ja ze względu na pełnioną funkcję. Nie oznacza to jednak, że nie wiemy, jak świat wygląda. Prenumerujemy codzienną prasę i tygodniki katolickie. Jeździmy na wybory, więc wypada wiedzieć, na kogo zagłosować – śmieje się mnich. – Poza tym nasza klauzura nie jest przemocą. Jeśli trzeba zmienić dowód albo iść do dentysty, opuszczamy mury i jedziemy załatwić, co trzeba. Ale nie jest tak, że tylko czekamy, aż nam się ząb zepsuje, żeby stąd uciec – żartuje.
Pewnie, że nie czekają. Brat Leonard, z którym przyjaźnili się Florkowscy, wstąpił do kamedułów w wieku 21 lat. Lubił powtarzać, że gdyby nie miał powołania, żadne mury nie zatrzymałyby go w eremie. Żadne! Poza tym mamy w Polsce ponad 50 męskich zgromadzeń zakonnych. Wiele z nich prowadzi duszpasterstwo na szeroką skalę, więc „aktywiści” mają w czym wybierać. Pozostali znajdują Pana Boga właśnie tutaj: w milczeniu i swojej celi, w skromnym posiłku jedzonym prosto z menażki.
 
Bielańska codzienność
Rytm życia kamedułów wyznacza bielański dzwon, który odzywa się już o 3.30 rano. Potem są modlitwy i duchowe czytania, przeplatane śniadaniem, obiadem, kolacją i pracą. Posiłki (proste, zdrowe, bezmięsne) jedzą w samotności. Każdy kameduła mieszka w osobnym domku-celi i uprawia mały, „prywatny” ogródek. Domki znajdują się za kościołem w tzw. eremitorium. „Cela jest miejscem najbardziej wskazanym do modlitwy kontemplacyjnej, dlatego powinna być uważana za miejsce święte, do którego wchodzi oczekiwany Bóg i pozwala spotkać się ze Sobą” – mówią Konstytucje zakonne. „Przebywajcie w celi jak w raju” – napisał w XI w. św. Romuald z Rawenny, którego zasady życia mniszego zebrał później bł. Paweł Justiniani, zakładając Kongregację.
Kameduli prawie cały czas milczą. W Wielkim Poście oraz przed Bożym Narodzeniem przez 40 dni zachowują „ciągłe i nienaruszone milczenie”, nie rozmawiając ze sobą w ogóle. W pozostałych okresach wygląda to różnie. Na przykład teraz, od Wielkanocy do Podwyższenia Krzyża Świętego 14 września, mnisi mogą ze sobą rozmawiać we wtorki, czwartki i soboty.
Ciekawostką jest to, że w kamedulskich kościołach nie usłyszymy organów. Konstytucje mówią: „podkreślamy w ten sposób granicę, jaka nas jeszcze dzieli od radości Jeruzalem niebieskiego”. Śpiew jest dozwolony jedynie w szczególnych okolicznościach np. przed wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Liturgia, choć staranna, jest zwykle bardzo skromna.
– Gdy ktoś nas nie zna, może myśleć, że nasze życie jest nieludzkie. Czasem ludzie patrzą na nas z dystansem, jakbyśmy byli tajemniczy albo dziwaczni. A mnie się wydaje, że jesteśmy całkiem zwyczajni – mówi przeor. – To prawda, że prowadzimy inny tryb życia, ale nie pozdrawiamy się słowami Memento mori, jak napisał o nas Sienkiewicz, ani nie śpimy w trumnach – żartuje o. Marek. Prawdą natomiast jest to, że wszyscy kameduli mają długie brody i ogolone głowy, noszą białe czapeczki na szydełku w chłodniejsze dni, chodzą spać z kurami i, szybko licząc, co najmniej siedem godzin w ciągu dnia spędzają na modlitwie. W czasie wyznaczonym na pracę zajmują się ogrodem, lasem, sprzątają, robią zakupy, gotują.
Tą „innością” można się zauroczyć i za nią zatęsknić. W ostatnich latach coraz większą popularnością cieszą się dni skupienia w klasztorach klauzurowych. Także kameduli zapraszają do swojego Domu kontemplacji w krakowskim eremie. „W nawróceniu i spokoju jest wasze ocalenie. W ciszy i ufności leży wasza siła” – cytują na ulotce Izajasza. Goście, którzy przyjeżdżają na dni skupienia, obowiązkowo uczestniczą we wszystkich punktach programu. – Próbują żyć naszym życiem. Odcinają się od komórek i internetu. Odkrywają, że cisza i skupienie to skarb – mówi przeor. Bielańska pustelnia przyciąga – wszystkie lipcowe terminy są już zajęte. Oczywiście, z „oferty” kamedułów mogą skorzystać tylko mężczyźni. – Panie mogą pojechać do sióstr kamedułek w Złoczewie albo Tyszowcach. I nikt nie jest stratny – uśmiecha się o. Marek.
 
Kobiety 12 dni w roku
Tak w ogóle to z kobietami jest u kamedułów ciekawie. Podczas gdy panowie mogą odwiedzić erem każdego dnia, kobiety mają „wstęp wolny” tylko w wyznaczonych dwunastu dniach w roku. Są to Wielkanoc, Poniedziałek Wielkanocny, uroczystość NMP Królowej Polski (3 maja), Zielone Świątki i poniedziałek po nich, niedziela po 19 czerwca (wspomnieniu św. Romualda), druga i czwarta niedziela lipca, pierwsza niedziela sierpnia, Wniebowzięcie (15 sierpnia) i Narodzenie NMP (8 września) oraz Boże Narodzenie. I nie jest to reguła na papierze, który jest cierpliwy i wszystko przyjmie. – Kilka lat temu jeździliśmy po włoskich eremach. Umówiliśmy się z o. Jackiem Cieślikiem, Polakiem, który był przeorem w głównym kamedulskim klasztorze we Frascatti pod Rzymem– opowiada Marzena Florkowska. – Z Rzymu pojechaliśmy do Frascatti pociągiem. Ale na miejscu nikt o żadnym eremie nie słyszał. Poza tym trafiliśmy na porę sjesty i wszyscy Włosi byli nie do ruszenia. Najpierw kobieta taksówkarz, która cały czas chichotała z celu naszej podróży, dowiozła nas na jakiś pchli targ. Tam naciągnęliśmy jakiegoś sprzedawcę, aby zawiózł nas do klasztoru. Chłop zostawił cały kram, uznał, że to przygoda jego życia i z biedą dowiózł nas na miejsce. Mówiąc delikatnie, byliśmy zmęczeni. Kiedy więc o. Jacek otworzył nam drzwi furty i powiedział: „A pani tutaj zostanie. Mamy piękne widoki na Rzym”, opanowała mnie babska wściekłość. Jak to „Pani tutaj zostanie”?! Przytargałam się tu z Polski, ledwo żyję i nie wejdę?! No i nie weszłam. Drzwi się zatrzasnęły, mąż zniknął na trzy godziny, a ja zostałam przed bramą. Gdy ochłonęłam, pomyślałam o ojcu z podziwem. To proste – są miejsca, w których nie łamie się żadnych reguł i nie ma taryfy ulgowej. Pod bramą z widokami na Rzym zrozumiałam, że kamedulskie klasztory istnieją do dziś tylko i wyłącznie dzięki wewnętrznej dyscyplinie mnichów. Przecież mogliby nie wstać na te modlitwy o 3.30 albo podjadać w celi małe co nieco. Kto by o tym wiedział? A oni wstają, nie podjadają i kobiet nie wpuszczają. Ich wierność regule ciągle mnie fascynuje – mówi autorka książek.
Reguła ma też własne zdanie na temat zdjęć. Wchodzących do eremu wita tabliczka: „Zakaz fotografowania: a) w kościele z lampą błyskową b) mnichów”. Na skrawek białego habitu dla „Przewodnika” ojciec przeor zgodził się „naprawdę wyjątkowo”. – Ze zdjęciami w tle też mamy niesamowitą obserwację – przypomina sobie Marzena Florkowska. – Brat Leonard cieszył się z książki z jego wspomnieniami. Gdy zmarł w klasztorze w Bieniszewie, przeor pozwolił nam wejść do jego celi. Wspomniana książka stała odwrócona grzbietem do ściany, inaczej niż wszystkie. Z pewnością dlatego, że na grzbiecie umieściliśmy jego zdjęcie. To nie mógł być przypadek, bo br. Leonard nigdy nie robił przypadkowych rzeczy.
 
Który świat jest prawdziwy?
Dziś do Kongregacji Kamedułów Pustelników Góry Koronnej należy dziewięć eremów: trzy we Włoszech, dwa w Polsce (drugi znajduje się w Bieniszewie koło Konina) oraz po jednym w Stanach Zjednoczonych, Wenezueli, Hiszpanii i Kolumbii. Rodzina Florkowskich lubi podróżować – do kamedulskich pustelni, ale nie tylko.
Marzena Florkowska: – Gdy wracamy z lotniska na Balicach do domu, po prawej mijamy Erem Srebrnej Góry. Podczas jednego z powrotów z wakacji, zastanawialiśmy się z dziećmi, które życie jest prawdziwe: to z tabletami i dalekimi wyprawami, a może to skromne i proste z obiadem w menażce. Czy prawda leży pośrodku? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że już sama świadomość, że kameduli są, stawia mnie nieraz do pionu. Gdy pojawiają się trudności jadę na Bielany. Choćby na mentalną pielgrzymkę.
 


Rytm dnia kamedułów
3.30 – dzwon (pobudka)
3.45–4.30 – Godzina czytań i Anioł Pański (w kościele)
4.30–5.30 – modlitwa osobista (w celi)
5.30 – jutrznia, Msza św. i modlitwa przedpołudniowa (w kościele)
7.30 – śniadanie (spożywane indywidualnie w celi)
8.15–11.45 – praca
12.00 – Anioł Pański i modlitwa południowa (w kościele)
12.15 – obiad (w celi) i czas wolny
14.30 – różaniec i modlitwa popołudniowa (w kościele)
15.15–16.30 – praca
16.45–17.30 – kolacja (w celi)
17.30 – nieszpory, Anioł Pański (w kościele)
18.00–19.00 – modlitwa osobista (w celi)
19.15 – modlitwa na zakończenie dnia, psalm 130 za zmarłych (w kościele)
Święte milczenie
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki