Logo Przewdonik Katolicki

Jak Józef schody zbudował

Monika Białkowska
Fot. Mark Sykes / Getty Images

Cuda – jeśli się zdarzają – zwykle idą tuż za kłopotem. Siostry loretanki z Santa Fe kłopot miały niemały. Uratował je święty Józef.

Był rok 1852, kiedy to siostry loretanki ze stanu Kentucky w USA uznały, że czas poszukać sobie miejsca na nowy klasztor. Chciały poszerzyć swoją działalność, ewangelizować i opiekować się potrzebującymi. Ich wybór padł na La Villa Real de la Santa Fe do San Francisco de Assisi: Królewskie Miasto Świętej Wiary pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu. Miasto, w skrócie nazywane Santa Fe, opuszczone przez hiszpańskich kolonizatorów, będące już wtedy stolicą stanu Nowy Meksyk. Wcześniej, w czasach gdy podbijano Dziki Zachód, słynęło z tego, że tu kończyła się linia dyliżansów pocztowo-pasażerskich. Można powiedzieć: amerykański koniec świata.
 
Kaplica pośród biedy
Nie wybrały sobie siostry miejsca bezpiecznego ani wygodnego. W mieście żyli głównie Meksykanie i Indianie. Bieda dotykała praktycznie każdego. Ludzie chorowali, na ulicach wybuchały walki, nikt nie dziwił się napadom rabunkowym. Siedem loretanek najpierw zbudowało szkołę, w której uczyły indiańskie i meksykańskie dzieci czytania i pisania. Nie wydawały pieniędzy na siebie, skupiając się na pomocy innym. Dopiero po dwudziestu latach postanowiły, że czas zbudować sobie kaplicę. Miejscowy biskup uznał, że powinna ona być wiernym odbiciem Sainte-Chapelle, pałacowej kaplicy w Paryżu: tej samej, którą święty król Ludwik kazał zbudować dla przechowywania korony cierniowej i innych relikwii Męki Pańskiej, przywiezionych z wyprawy krzyżowej.
Do budowy zatrudniono architekta Paula Mouly’ego. Ten przygotował projekt kaplicy, stosunkowo niewielkiej, akurat na potrzeby sióstr: długiej na 22 metry i na 7 metrów szerokiej. Dla mniszek, które nie powinny modlić się z ludem, zaprojektował chór.
 
Siostry na drabinie
Budowa kaplicy trwała pięć lat. Ściągano na nią specjalny piaskowiec na ściany i kamień wulkaniczny na stropy. Ozdobne witraże sprowadzono żaglowcem, a później pociągiem z samego Paryża.
Projektujący kaplicę architekt zmarł przed jej oddaniem. I dopiero gdy biskup przyjechał ją poświęcić, okazało się, że w przepięknej kaplicy siostry nie mają jak dostać się na swój chór! Albo architekt, albo wykonawcy zapomnieli wybudować schody, które połączyły kaplicę z chórem. Długo łamano sobie głowy, co zrobić, ale wszyscy specjaliści mówili jedno: tego naprawić się nie da. Kaplica była zbyt mała, by budować w niej schody. Ostatecznie biednym siostrom ustawiono wysoką na kilka metrów drabinę i po niej kazano wspinać się na każdą modlitwę.
Siostry – trudno się im dziwić! – nie były tym rozwiązaniem usatysfakcjonowane. Same jednak nie mogły zrobić nic więcej. Postanowiły zacząć się modlić o pomoc, choć po ludzku nikt nie umiał sobie wyobrazić, jak mogłaby ona wyglądać. Rozpoczęły nowennę do św. Józefa, uznając, że kto jak kto, ale cieśla na pewno coś wymyśli.
 
Staruszek z młotkiem
Kiedy do drzwi klasztoru zapukał krążący po okolicy staruszek na osiołku, siostry zupełnie nie skojarzyły go ze swoją modlitwą. Mówił, że słyszał o ich kłopocie i że może im pomóc. Nie uwierzyły – bo cóż mógł zrobić staruszek z kilkoma narzędziami tam, gdzie architekci stawali bezradni? Wpuściły go jednak do kaplicy i pozwoliły pracować, uznając zapewne, że zepsuć i tak nic nie zepsuje, a one nie wyjdą na nieuprzejme. On zaś postawił dwa warunki: nie chciał nikogo do pomocy i nie chciał, żeby ktokolwiek przyglądał się jego pracy. Drzwi do kaplicy zamknął na klucz.
Staruszek z osiołkiem miał ze sobą niewiele narzędzi: młotek, piłę, kątownicę. Przez kilka miesięcy kręcił się po kaplicy i klasztornych zabudowaniach, na zmianę piłując i mocząc drewno. Wreszcie skończył. Po trzech miesiącach schody były gotowe. I wtedy się okazało, że nie są to takie zupełnie normalne schody… Miały 33 stopnie, tyle, ile lat żył Jezus. Wiły się spiralnie w górę bez żadnej podpory. Nie miały ani jednego gwoździa. Na dodatek nie miały poręczy: przerażone siostry nie wyglądały na nich nic godniej niż poprzednio na drabinie, bo wchodziły na nie i schodziły na czworakach. Nikt nie potrafił zrozumieć, jakim cudem to się trzyma? Trzymało się jednak i siostrom służyło.
 
Wszystko jest tajemnicą
Wdzięczna matka Magdalena, przełożona wspólnoty, chciała zapłacić dziwnemu staruszkowi, a nawet na jego cześć wydać przyjęcie, ale nigdzie nie mogła go znaleźć. Okazało się, że cieśla zniknął. Zaczęła więc rozpytywać o niego w miasteczku, licząc na to, że nie mógł mieszkać daleko. Staruszka z osiołkiem jednak nie tylko nikt nie znał, ale nawet nigdy nie widział. Siostra przyjęła zatem inny trop. Wymyśliła, że skoro staruszek zbudował wysokie schody, to musiał kupować gdzieś drewno. Zaczęła rozpytywać o niego w okolicznych tartakach. Tu jednak również nikt nie słyszał o staruszku z osiołkiem. Nikt nie kupował takiej ilości drewna. Co więcej: drewna, użytego do budowy dziwnych schodów, w ogóle w okolicy nie było, mimo że siostry próbowały je znaleźć. Ten gatunek świerku najbliżej rósł – na Alasce, prawie 6 tysięcy kilometrów dalej. Nawet w XXI w. transport drewna na taką odległość byłby mało racjonalny, a dla dziewiętnastowiecznego staruszka z osiołkiem był wręcz niewykonalny. Nawet wyznaczenie nagrody za odnalezienie staruszka nie pomogło: przepadł jak kamień w wodę.
Siostrom pozostało tylko jedno: uznać, że to sam św. Józef wysłuchał ich próśb i osobiście przyszedł rozwiązać ich problem.
 
Interweniuje
Wielu architektów i wykonawców twierdzi, że konstrukcja z Santa Fe powinna się złamać tuż po wykonaniu, zamiast stać ponad sto lat. Są i tacy, którzy zagadkę schodów próbują rozwiązać, tłumacząc je konstrukcją, działającą na zasadzie dźwigni. Nawet gdyby tak było, nadal cudowna pozostawałaby interwencja Józefa, który siostrom przysłał genialnego architekta, który sam i prostymi narzędziami potrafił zbudować tak skomplikowaną konstrukcję. Dziś potrzeba by było do tego przynajmniej kilku dobrych fachowców, precyzyjnych aparatów mierniczych i specjalistycznych narzędzi.
Dziś do kaplicy w Santa Fe pielgrzymuje nawet 250 tys. pielgrzymów rocznie. Po schodach wejść nie mogą – można je tylko obejrzeć przez chroniącą je barierkę. Czy rzeczywiście zbudował je św. Józef? Czy znalazł człowieka, który jako jedyny podołał trudnemu wyzwaniu? Jedno jest pewne: jeśli Józef zabiera się za pomoc człowiekowi, robi to prawdziwie po męsku: szybko i konkretnie.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Przepisz poniższe liczby:
 Security code
----

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki