Logo Przewdonik Katolicki

Kiepskie straszenie piekłem

Wiesław Kot
Kadr z filmu "Kod da Vinci" / fot. materiały producenta

Twórcy nie próbują nawet pogłębić takich tematów, jak na przykład natura zła. Chętnie za to pokazują go w klimacie grozy. Z miernym skutkiem.

Na ekrany kin wejdzie niebawem film Sługi boże i to jest żadna informacja. To tuzinkowy film kryminalny (reż. Mariusz Gawryś). Dziewczęta, członkinie chóru kościelnego, popełniają samobójstwa, rzucając się z wieży wrocławskiego kościoła św. Marii Magdaleny. Ma to związek z tajemniczymi sprawami, które rozgrywają się – rzekomo – w lokalnym Kościele. Watykan jest nimi zaniepokojony do tego stopnia, iż przysyła swego specjalnego wysłannika. A miejscowa organizacja kościelna to struktura zamknięta, tajemnicza, uwikłana w sprawy niejasne i – najwyraźniej – mocno naganne. I to jest ważna informacja. Jak zawsze gdy film próbuje podnieść swoją atrakcyjność, posługując się insynuacją – w tym religijną – zamiast mówić o faktach. Są obrazy  wobec Kościoła krytyczne, ale rzeczowe i nakręcone bez antyklerykalnego zacietrzewienia. Ale to jedno. A co innego filmy, które dla zdobycia publiczności wykorzystują religię i Kościół w sposób instrumentalny. Bo w fabule przydałoby się coś tajemniczego, mrocznego i nagannego. Kościół pasuje im do tej roli w sam raz.
Na „kościelne” podpórki fabularne można by machnąć ręką, ale nie zawsze warto i nie zawsze należy. Bo film jest sztuką sugestii, wmówienia, iluzji. Często podświadomej, podprogowej, działającej zwłaszcza na umysły młode: chłonne i nieodporne. Nie ma wielkiej przesady w stwierdzeniu, że kilka filmów hollywoodzkich, które podważają tę czy inną prawdę wiary to akcja ateizacyjna równie silna jak te przeprowadzane w Związku Radzieckim czy w Korei Północnej. Choć nikt tu nie stosuje przemocy, nikt nikogo do kina nie pędzi. Zanim młody widz się połapie, że kino go nabiera, że działa nieuczciwie, już jest po drugiej stronie barykady.
Dla was diabeł, dla was raj
Melanż kościelnego obrzędu, nimbu tajemniczości, odwiecznych „sekretów” tej instytucji z sensacją świetnie się sprzedaje na rynku popkulturalnym. I to nie dziwi, może najwyżej smucić. A powinno dodatkowo wprawiać w stan zażenowania, gdy artysta chwyta się tematyki kościelnej jak tonący chwyta się brzytwy. Przykład bodaj najbardziej widowiskowy i najbardziej zawstydzający pochodzi z roku 2006, kiedy to na ekrany wszedł Kod da Vinci, sfilmowany bestseller Dana Browna (przetłumaczony z miejsca na 44 języki). Film głosił, że Jezus nie był Bogiem, żył z Marią Magdaleną i miał z nią dzieci. Chrześcijaństwo to jedno wielkie kłamstwo, na straży którego stoi kościelna mafia – Opus Dei. Te rewelacje obejrzało na całym świecie nie mniej niż miliard widzów. Watykan przeciw filmowi wytoczył najcięższe działa. „Judasz sprzedał Jezusa za trzydzieści srebrników, tu sprzedaje się najzwyklejsze kłamstwo o Jego życiu za czterdzieści milionów dolarów. Hańba” – tak podsumował całą sprawę kard. Tarcisio Bertone, były przewodniczący Kongregacji Nauki Wiary. O zbojkotowanie filmu apelował do wiernych przewodniczący Opus Dei bp Javier Echevarria. Pomogło to niewiele, bo ileż to filmów miało kosmiczną frekwencję tylko dlatego, że nieprzychylnie wypowiedziała się o nich Stolica Apostolska! Niektórzy twórcy korzystali z tego bezczelnie. Na przykład Roger Vadim, który dość miernej aktorce nazwiskiem Brigitte Bardot kazał się rozbierać do rosołu na planie filmu I Bóg stworzył kobietę (1957). A kiedy Kościół odradzał wiernym pójście do kina, sprytny Vadim umieścił w Rzymie portret roznegliżowanej BB na plakacie o wysokości trzech pięter z krzyczącym napisem: „Zobacz film, którego zakazał Watykan!”. Jednak w przypadku Kodu da Vinci to nie Kościół wpłynął na uszczuplenie widowni, lecz sam film: był najzwyczajniej w świecie nudny.
No i przykład z wczoraj i z naszych okolic. Na ekrany wszedł niedawno film słowacki Czerwony kapitan w reżyserii Michala Kollara z młodym Stuhrem. Kino gatunkowe, kryminał, na podstawie tamtejszego bestsellera (pół miliona sprzedanych egzemplarzy). Rzecz rozgrywa się ćwierć wieku temu, tuż po transformacji ustrojowej. Swoje wpływy usiłują zachować byli dygnitarze partyjni i ubecy, walczą z nimi dzielni policjanci. Aby jednak fabułę dosmaczyć, autorzy wprowadzają księży, a nawet biskupów, których udało się władzy komunistycznej swego czasu złamać, zaszantażować, zmusić do współpracy. W porządku – pewnie trafiali się i tacy. Ale i tego twórcom mało! Wprowadzają jeszcze wątek skarbu Templariuszy. Obszernie wywodzi się, jak to zakon był niesprawiedliwie tępiony przez papiestwo chciwe jego bogactw. A te mityczne bogactwa znajdują się ni mniej ni więcej tylko – na Słowacji! Cóż, czymś trzeba ludzi ściągnąć do kin. Większość widowni takich filmów lubi, gdy jest dziwacznie, głupio, „kościelnie” i tajemniczo jednocześnie.

Diabelska alternatywa
Kino z tematem „kościelnym” ma swoje stare, sprawdzone sposoby pozyskania widowni. Choć bardziej niż Kościół tematem w nich jest Szatan, w popkulturze często przyjmujący niechlubną rolę gwiazdy, której „supermoce” są podziwiane. Przykładów aż nadto. Reżyser William Friedkin w roku 1973 zajął się, dość odkrywczym wówczas, tematem opętania – zły duch wstępuje w ciało małej dziewczynki, ksiądz katolicki próbuje go odegnać – i nakręcił Egzorcystę. Teologii było tam oczywiście mniej niż atrakcji wizualnych. Ot, biedna dziewczynka pluje efektowną zieloną flegmą, jej umęczona główka kręci się na szyi jak globus, a z ust wydobywają się ryki, które nagrano w rzeźniach Chicago podczas szlachtowania świń. Efekt był tym większy, iż twórcy nie grali fair: w taśmę filmową wklejono pojedyncze klatki z ohydną diabelską mordą, co widz rejestrował podprogowo. Takie rzeczy jeszcze wtedy uchodziły. W dodatku na film pracowała czarna legenda – w czasie jego produkcji zmarło aż osiem osób, w tym dwoje aktorów. Dekoracje strawił pożar. Montaż i udźwiękowienie ciągnęły się w nieskończoność. Może dlatego, że reżyser prowadził je przy nowojorskiej Fifth Avenue w budynku o numerze 666. Gazetki okołofilmowe kochają takie detale. Faktyczną „rewelacją” było jednak to, iż Egzorcysta (dwa Oscary, choć w podrzędnych kategoriach) szybko doczekał się aż czterech sequeli, w których nie chodzi już kompletnie o nic poza tym, by nastraszyć widza o minimalnych wymaganiach. I to się ciągnie. Jak publiczność wyraziła niejakie zainteresowanie kolejnym opętanym dzieckiem – Omen (1976, Gregory Peck w roli ojca) – to film szybko doczekał się aż czterech dokrętek: jedna głupsza od drugiej.

Diabeł nie śpi
W zalewie tych opłakanych „ciągów dalszych” gubią się filmy, w których artysta próbuje powiedzieć coś istotnego. Zdarzało się to i u nas. Jerzy Kawalerowicz wzniósł na wysypisku miejskim pod Łodzią karczmę i klasztor, w którym siedem demonów wzięło w posiadanie przełożoną zakonną (Lucyna Winnicka), co było polską wersją słynnego zbiorowego opętania (histerii?) we francuskim Loudun z roku 1634. Matka Joanna od Aniołów (1961) – o miłości egzorcysty i opętanej – przyjechała z Cannes z zasłużoną Srebrną Palmą. Historia powtórzyłaby się może w 1972 r., kiedy to Wojciech Pszoniak grał Nieznajomego w Diable Andrzeja Żuławskiego. Ale reżyser nie zdążył rozwinąć tematu, bo w jego filmie polscy patrioci zamiast w obliczu rozbiorów biec z kosą pod Racławice chlastali się brzytwami… Gierkowi się nie spodobało, zdjęcia przerwano. Wart odnotowania jest też Gustaw Holoubek jako Woland w telewizyjnej adaptacji Mistrza i Małgorzaty (1988), który być może najlepiej pokazał przewrotność Szatana, któremu wydaje się, że czyni dobro. No i jeszcze Polański, który zainstalował diabła na Manhattanie (Rosemary’s Baby, 1968) i wskazał, że Zło może mieć oddanych wyznawców także wśród osób wykształconych, bywałych, bogatych… Film bywał żywo dyskutowany, a melodia Krzysztofa Komedy była utworem najczęściej odtwarzanym z amerykańskich szaf grających. I znowu historia zawiązała tu makabryczną pętelkę: w bramie domu „Dakota” na Manhattanie, gdzie kręcono zdjęcia, dwanaście lat później jakiś wariat zastrzeli Johna Lennona.
W kinie światowym twarzy Kusicielowi użyczali najwięksi. Robert De Niro w filmie Harry Angel (1987) kazał podrzędnemu prywatnemu detektywowi tropić siebie samego z przeszłości, co ostatecznie przywodzi biedaka do śmierci. Al Pacino (Adwokat diabła, 1997) oferuje całkiem współczesne pokusy: karierę na skróty, niezasłużone bogactwo, blichtr towarzyski… A Jack Nicholson (Czarownice z Eastweek, 1987) zwodzi samotne kobiety spragnione uwagi i czułości. Przeciwnik Pana Boga ma w filmie stały angaż, bo film kocha czarne charaktery. Nic w tym dziwnego dopóki figuruje on w dziełach poważnych. Gorzej, gdy pojawia się wyłącznie jako głupawy straszak na sobotni wieczór. Szatan i zło są częścią naszego świata, ale trzeba pamiętać, kto na końcu zawsze wygrywa.

Apage!
Podobnie rzecz się ma z najnowszą modą filmową – z egzorcyzmami. Kino lat ostatnich notuje wysyp filmów na temat opętań. I znowu: gorszy pieniądz wypiera lepszy. Ten „lepszy” to może Egzorcyzmy Emily Rose (2005), który to film przypomina, iż „demony istnieją, niezależnie od tego, czy w nie wierzymy. Ale takie filmy to wyjątek. Zazwyczaj filmowa demonologia służy do celów przyziemnych. Ot, biedna irlandzka wioska zgodnie twierdzi, że miejscową dziewczynę opętał diabeł (Egzorcyzmy Doroty Mills, 2008). Dopiero z czasem dowiadujemy się, że wcześniej dziewczynę zgwałciło kilku miejscowych byczków, a jej traumatyczne reakcje tłumaczą bezwstydnie wpływami diabła. Tylko jakoś niezręcznie o tym mówić – nawet proboszczowi – bo to strasznie porządna katolicka parafia. W farsowym filmie Rogi (2013) szatan wziął w posiadanie Daniela Radcliffe’a (dobrze znany jako Harry Potter, teraz trochę starszy). Ten opętany wyzwala jednak w swoim otoczeniu dość pozytywne odruchy: ludzie nie mogą się powstrzymać przed powiedzeniem tego, co naprawdę myślą. Choćby lekarza, który nie cierpi swoich pacjentów i najchętniej wciągnąłby wziąłby ścieżkę białego proszku. Taka szczerość czasem przynosi oczyszczenie, a czasem sprowadza katastrofę. Niekiedy po filmie ze znaczącym udziałem diabła wiele się spodziewamy, ale reżyser rezygnuje i od połowy idzie na łatwiznę. Jak Mikael Håfström, który przymierzył się do tematu filmem Rytuał (2011). Watykan odnotowuje co roku pół miliona opętań, więc tworzy specjalną szkołę dla egzorcystów. Jej liderem jest doświadczony ojciec Lucas (Anthony Hopkins), a zdolnym choć sceptycznie nastawionym adeptem zostaje pewien kleryk (Colin O'Donoghue). Rysuje się szansa, na pogłębione wejście w temat, ale nic z tego. Jak bywa najczęściej – film zamiast tłumaczyć, wyjaśniać, co się pozwala wyjaśnić – straszy. I to w sposób głupawy. Ale co się ludziska napatrzą, to się napatrzą…

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki