Logo Przewdonik Katolicki

Mieszko I – polityczny geniusz i wizjoner – cz. 2

Katarzyna Jarzembowska

Rozmowa z prof. Aleksandrem Jankowskim, pracownikiem Katedry Historii Kultury przy Instytucie Historii i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, o znaczeniu chrztu Polski w aspektach politycznym, społecznym i religijnym.

Jaka jest świadomość chrztu Polski wśród naszych rodaków?
– Data tego wydarzenia jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych w historii Polski. Natomiast wiedza o samym wydarzeniu jest słaba; nieco lepsza – choć zmitologizowana – w pokoleniach starszych oraz niedostateczna wśród młodzieży.  
 
Jakimi motywami doprowadzającymi do chrztu kierował się Mieszko I?
– Możemy tylko spekulować. Ważne, by pamiętać, że chrzest Mieszka był także celem uniwersalistycznej polityki cesarstwa, dążącego do rozszerzania granic chrześcijaństwa nie tyle poprzez bezpośrednią krucjatę zbrojną, ile w ramach systemu lennego, tj. poprzez zhołdowanie „barbarzyńskich” (bo pogańskich) władców terenów ościennych. Relacje lenne możliwe były tylko między chrześcijanami, a więc chrzest przywódcy pozostawał warunkiem sine qua non. Później ochrzczony wódz sam zapewniał chrystianizację terenów swojej jurysdykcji, zyskując wsparcie cesarstwa. Istnieją pośrednie podstawy źródłowe wskazujące na polityczne, wyprzedzające zaangażowanie cesarstwa w organizację chrztu Mieszka, począwszy od uzgodnienia warunków małżeństwa z Dobrawą, po przyzwolenie na powołanie biskupstwa misyjnego (biskupa Jordana). Przypomnijmy, że w tym czasie niekwestionowanym suwerenem, także w sprawach organizacji chrześcijaństwa łacińskiego, był cesarz, Czechy podlegały biskupstwu ratyzbońskiemu, a książę Bolesław był trybutariuszem Ottona I. Niezależnie jednak od ówczesnych uwarunkowań geopolitycznych i strategii cesarstwa, Mieszko I okazał się politycznym geniuszem i wizjonerem. Rozumiał i umiejętnie diagnozował realia „świata zewnętrznego”, podejmując decyzje z pełną świadomością konsekwencji. Dziś wiemy, że przyjęcie chrztu i chrystianizacyjna „rewolucja” kulturowa dały początek feudalnemu państwu, które w następnym pokoleniu stanie się europejską monarchią, z bezpieczną ciągłością zsakralizowanej władzy. Czy takie były motywy Mieszka I? Dynamika i sukces dokonanej przez niego „rewolucji” skłania do odpowiedzi twierdzącej: celem Mieszka I było europejskie państwo feudalne! Jaka była alternatywa? Chyba tylko los Słowian połabskich. 
 
Co wydarzyło się po 966 r., kiedy Polska związała się z zachodnim kręgiem kultury chrześcijańskiej?
– Chrześcijański władca Mieszko I sprawnie (choć z pewnością nie bezboleśnie) przeorganizował tereny swojej jurysdykcji w nowy, jednolity organizm zintegrowany nowym rodzajem więzów społecznych ogniskowanych nową koncepcją władzy, sprawowanej z woli jedynego Boga. Siłę tej władzy wyrażał przeobrażający się krajobraz kulturowy z nieznanymi wcześniej akcentami – warownymi budowlami murowanymi: świątyniami i palatiami. Status chrześcijańskiego księcia, lennika cesarza, otwierał jednocześnie europejskie dwory i horyzonty politycznego działania. Po śmierci księżnej Dobrawy (w 977 r.) Mieszko poprzez kolejne małżeństwo – z Odą, córką margrabiego Dytryka – związał się z saską elitą, która za jakiś czas tworzyć będzie trzon tzw. książąt Rzeszy (Reichsfürsten). Zyskując bezpieczną swobodę działania, systematycznie powiększał terytorialny obszar swojej władzy, także kosztem Czech. W roku 990 władał państwem, zwanym gnieźnieńskim (Schinesghe - Schigesgne), z dostępem do Bałtyku, z granicą wzdłuż Odry, obejmującym dawne ziemie Wiślan (Małopolskę z Krakowem) oraz Śląsk. Było to państwo porównywalne kształtem do współczesnej Rzeczypospolitej,  bez części północno-wschodniej. Odzwierciedla je dokument znany pod nazwą „Dagome iudex” (od rozpoczynającej go sekwencji: Dagome iudex et Ote senatrix…), wystawiony w roku 991/992 tuż przed śmiercią Mieszka, polecający „państwo gnieźnieńskie” opiece św. Piotra (papieża). Dokument, znany z zachowanego regestru z około 1080 r., jest wyjątkowy, m.in. ze względu na to, że jego wystawcą jest nie tylko sam władca (co było normą), lecz także księżna (Oda) oraz dwaj synowie Mieszka z małżeństwa z Odą – Mieszko i Lambert. Abstrahując od powodów nieobecności trzeciego syna pary książęcej – Świętopełka, wielką zagadką dokumentu (intencji Mieszka) pozostaje brak wśród wymienionych sygnatariuszy Bolesława Chrobrego. Nie wdając się w ciągle nierozstrzygnięte spekulacje na ten temat, dodajmy, że ostatecznie dokument nie zabezpieczył praw rodziny Mieszka I z drugiego małżeństwa do „państwa gnieźnieńskiego”. Całkowicie przejął je po śmierci ojca Bolesław Chrobry. 
 
Gdybyśmy mieli chrzest Polski rozpatrywać w trzech aspektach: politycznym, społecznym i religijnym, co w każdym z nich wysunęłoby się na pierwszy plan?
– W każdym z tych aspektów chrystianizacja przynosiła „rewolucję”. Jednostkowa decyzja panującego  narzucała nowy rodzaj więzi o charakterze religijnym, zogniskowanej na ekspozycji nowej koncepcji zsakralizowanej władzy sprawowanej w imię Boga i ku Jego chwale oraz dla dobra ogółu (w jego ziemskiej drodze ku paruzji). W szerszej i dłuższej perspektywie młode, chrześcijańskie państwo, zestrojone z kulturowymi procesami chrześcijaństwa łacińskiego i strukturami Kościoła, zapewni poczucie wspólnotowości o charakterze narodowej tożsamości. Musimy jednak pamiętać, że proces kształtowania się więzi narodowych nie będzie płynny. Przerwą go m.in. wydarzenia lat 30. XI w. i najazd Brzetysława czeskiego. Spustoszenie Wielkopolski sprawi, że nigdy nie wróci już ona do dawnej roli państwowotwórczej. Restytucja dokona się z pozycji wzgórza wawelskiego, co rozpocznie proces kształtowania się „stołecznego” statusu Krakowa.
 
Jak postrzega Pan Profesor znaczenie chrześcijaństwa jako fundamentu kultury europejskiej?
Chrystianizm jest bezsprzecznym źródłem poantycznej kultury i tożsamości europejskiej. Oczywiście, mam na myśli chrystianizm już zinstytucjonalizowany, tzn. ukształtowany w duchu Kościoła soborowego, ujednolicony i uporządkowany akceptowanymi przez całą społeczność teologicznymi normami i dogmatami. Chrześcijaństwo jako religia zinstytucjonalizowana w pojęciu „Kościoła soborowego” stanie się – decyzją Teodozjusza Wielkiego – oficjalną religią Cesarstwa Rzymskiego. Gdy upadnie Cesarstwo Zachodniorzymskie, na jego obszarze zinstytucjonalizowany chrystianizm przetrwa i to Kościół będzie cywilizował w procesie ewangelizacji zdobywców łacińskiej Europy – barbarzyńców germańskich (Franków, Wizygotów, Ostrogotów, Anglów, Sasów). Wraz ze chrztem pogańskiego króla Franków Salickich – Chlodwiga (w 496 r.), chrystianizm stanie się w zasadzie jedynym ogniwem zapewniającym ciągłość procesów dziejowych. Cywilizując  barbarzyńców germańskich, stworzy „pomost” między nowo powstającą kulturą zdobywców świata łacińskiego a dawną kulturę antyczną, której będzie jedynym reprezentantem. Owoce tej symbiozy zyskają charakterystyczną jakość, odmienną od kultury starożytnego Rzymu. Tę nową kulturę nazwiemy „wczesnośredniowieczną”. Ujednolici ją, rozwinie i skodyfikuje najpierw tzw. renesans karoliński, a później – także na terenach bezpośrednio związanych z Polską – „renesans ottoński” oraz uniwersalistyczna kultura dojrzałego i późnego średniowiecza, z teokratycznym Rzymem (począwszy od pontyfikatu Grzegorza VII), a więc Stolicą Apostolską całej chrześcijańskiej Europy łacińskiej.
Już z pozycji historyka sztuki, nie sposób nie zwrócić uwagi na jeszcze jedno fundamentalne znaczenie chrystianizmu dla europejskiej kultury. Otóż cywilizująca barbarzyńców germańskich ewangelizacja  przez długi czas w nauczaniu podstawowych prawd wiary musiała odwoływać się do przejętych z antyku ikonicznych, antropomorficznych nośników treści religijnych. W rezultacie chrystianizm przesiąkł charakterystyczną tradycją obrazowo-symboliczną, która stała się źródłem wielkiego rozkwitu sztuki sakralnej i sepulkralnej. Potrzeba zmysłowego kontaktu z sacrum zrodziła nieprzebraną ilość dzieł sztuki.  To one właśnie są fundamentalną cechą europejskiej kultury. Można nawet powiedzieć, że historia kultury europejskiej to przede wszystkim wspaniała historia sztuki sakralnej.      
 
Skąd zatem tyle negacji oraz ataków na chrześcijaństwo?
– Żyjemy dziś w medialnej, globalnej wiosce. A niestety większość mediów egzystuje z lansowania sytuacji i incydentów ponadnormatywnych, wyjątkowych, aspołecznych. Szczególną pożywkę stanowią dla nich sytuacje „nietypowe” dla środowisk i instytucji zorganizowanych zasadami etyki i wartości. Sytuacji takich media poszukują, a jak znajdą, to eksploatują, nierzadko z uporem maniaka i bez końca. To stwarza czasami wrażenie bezceremonialnych ataków bądź jest uwłaczającym i deprecjonującym  osądem. Ale jest to też najczęściej wyraz skrajnej, łatwo czytelnej ignorancji, czyli po prostu braku podstawowej wiedzy, który jest rekompensowany negatywnymi emocjami. W swych dziejach chrześcijaństwo przetrwało wiele ataków i prób dyskredytacji jego wartości, by wspomnieć choćby libertynów doby oświecenia czy totalitaryzm stalinowski. Te doświadczenia każą przyjmować bez obaw i z dystansem medialne pseudosensacje. Poza tym modne ideologie dające receptę na łatwe i przyjemne życie równie szybko rodzą się i umierają. Innym i rzeczywistym problemem są niebezpiecznie nasilające się prześladowania chrześcijan poza Europą.
 
Przed nami obchody 1050. rocznicy chrztu Polski, które odbędą się przede wszystkim w Gnieźnie oraz Poznaniu. To szansa, byśmy sobie uświadomili wagę wydarzeń sprzed ponad dziesięciu wieków? Szansa na co?
– Rzeczywiście, to wyjątkowa szansa na przyspieszoną lekcję o chrześcijańskich źródłach tożsamości kulturowej Europy; na refleksję o korzeniach polskiej państwowości. Ale też – zważywszy na stan badań i luki w wiedzy podstawowej o „państwie gnieźnieńskim” – rocznica 1050-lecia chrztu powinna stać się impulsem do reaktywacji państwowego protektoratu badań początków państwa polskiego. Warto przypomnieć, że przy okazji rocznicy milenijnej władza PRL-u, zdecydowanie mniej przychylna chrześcijaństwu, niż można by się tego dzisiaj spodziewać, nie skąpiła funduszy na prace naukowe. To właśnie badania podejmowane w latach 50.–70. XX w. stały się – jak to określił prof. Aleksander Gieysztor – „detonatorem” procesów poznawczych.
 
 
 
 
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki