Logo Przewdonik Katolicki

O in vitro trzeba inaczej

Monika Przybysz
Fot. Blanche-Fotolia

Przekonywanie nadal bazuje na słowie, ale trzeba je podać w atrakcyjny sposób. Mówić językiem ewangelicznym, odwołując się do życia codziennego, to wyzwanie dla Kościoła.

Pewnego dnia na placu targowym, pośród tłumu ludzi, siedział niewidomy mężczyzna z kapeluszem na datki i kartonikiem z napisem: „Jestem ślepy, proszę o pomoc”. Przechodzień, który spacerował ulicą obok niego zauważył, że kapelusz ślepca jest prawie pusty – leżało w nim zaledwie kilka groszy. Wrzucił mu parę monet, po czym bez pytania niewidomego o zgodę wziął kartonik, odwrócił na drugą stronę i coś napisał. Tego samego popołudnia znowu przechodził obok niewidomego i zauważył, że tym razem jego kapelusz jest pełen monet. Niewidomy rozpoznał kroki człowieka i zapytał go, czy to on odwrócił kartonik i co na nim napisał. Mężczyzna odpowiedział: „Nic, co nie byłoby prawdą. Przepisałem Twoje zdanie tylko trochę inaczej”. Uśmiechnął się i oddalił. Na kartoniku ślepca widniał napis: „Dziś wszędzie dookoła jest wiosna. A ja nie mogę jej zobaczyć”.
 
Rola wyobraźni
Niewidomy miał tę samą kartkę, to samo ubranie, siedział w tym samym miejscu.
A jednak słowo otworzyło serce ludzi, dało nową perspektywę, odwołało się do wyobraźni, stworzyło przyjemny obraz w głowie odbiorcy. Tę samą rzeczywistość można zakomunikować w nowy, bardziej atrakcyjny sposób.
W edukacji społeczeństwa ogromną rolę odgrywają tzw. kampanie społeczne. Reklama społeczna musi poruszyć, przebić się z przekazem pośród profesjonalnych spotów i plakatów reklamowych, na których stworzenie przeznaczane są gigantyczne budżety. Społeczne reklamy muszą być niezwykle sugestywne, czasem wstrząsające, a nawet szokujące, aby poruszać wyobraźnię i zmienić nastawienie społeczne. Obecnie ważniejsze wydaje się wypromowanie naprotechnologii jako skutecznej metody leczenia bezpłodności niż walczenie z refundowanym przez państwo in vitro. Szczególnie, że o tej pierwszej metodzie prawdziwego leczenia bezpłodności wiedza w społeczeństwie jest niewielka. W większości polskich mediów świeckich promowane jest bowiem jedynie in vitro, ale ograniczanie się do walki z tą metodą nie jest najlepszym pomysłem.
 
In vitro w reklamie Kościoła
Nie było na świecie zbyt wielu kampanii prowadzonych przez Kościół katolicki przeciwko in vitro. W Kostaryce Kościół uruchomił kampanię przeciwko in vitro na antenie Radia Fides, używając prostych przekazów, w tym głosu małej dziewczynki: „Cześć. Jestem Sofi, trzecia z kilkorga braci i sióstr. Chociaż moi rodzice kochają mnie całym sercem, wiem, że abym mogła się pojawić na świecie, siedmioro z mojego rodzeństwa zmarło w laboratorium”. Głos dziecka zastąpił następnie głos kobiety, ostrzegając słuchaczy o zagrożeniach związanych z zapłodnieniem in vitro. Reklama kończyła się słowami: „Kto ma prawo do decydowania o życiu innych? Zapłodnienie in vitro jest niebezpieczne dla życia”.
Inna reklama w Radiu Fides pytała głosem innej młodej dziewczyny: „Urodziłam się. Dlaczego nie moi bracia i siostry?”. Dzień później tamtejszy urząd kontroli propagandy zarządził usunięcie reklam z fal radiowych. Dyrektor urzędu podkreślał w uzasadnieniu, że w reklamie wystąpiła zbyt mała dziewczynka, aby powiedzieć, że jej rodzeństwo zginęło w laboratorium, a reklama dyskryminuje ludzi, którzy rzeczywiście są urodzeni z zapłodnienia in vitro.
Te krótkie reklamy były jednak skuteczną próbą zmiany mentalności w społeczeństwie i dużym echem rozeszły się w internecie na zasadzie marketingu wirusowego. Dlatego przekaz ten musi być niezwykle wyrazisty i oddziaływać  na wyobraźnię. Należy go przede wszystkim publikować w dostępnych darmowych kanałach.
 
Trudne słowo tylko pozytywnie
Dla wielu zdesperowanych małżeństw, pragnących własnego dziecka i mających ogromne problemy z jego poczęciem, ta sztuczna metoda jawi się jako jedyna nadzieja. I wielu jej uwierzyło. Cieszą się szczęściem posiadania dziecka, z sumienia wyrzucając w niepamięć świadomość posiadania kolejnych dzieci w stanie zamrożonym.
Media nie pokazują tych rodziców, którzy przez całość procedury in vitro przeszli, jednak wciąż dziecka nie mają, a rany na psychice i duszy pozostały niezabliźnione. Media świeckie ani słowem nie tłumaczą, czym jest naprotechnologia, nie zachęcają do poznawania tej metody jako pierwszej do leczenia niepłodności, nie wskazują na naprotechnologię jako na prawdziwą i realną metodę diagnozowania przyczyn niepłodności, nie tłumaczą, czym jest, nie prezentują alternatywy w postaci adopcji tysięcy głodnych miłości dzieci w domach dziecka.
Naprotechnologię można i trzeba reklamować pozytywnie, działając na emocjach i potrzebie posiadania dziecka, pokazując ją jako jedyną, jak dotąd, skuteczną metodę leczącą problem niepłodności. Towarzyszyć jej powinno dużo rodzinnego ciepła, a informacje wskazywałyby, gdzie konkretnie mogą się małżonkowie leczyć. Ważny jest pozytywny przekaz.
 
Trudne sprawy
Nie jest łatwo przekonać Polaków do korzystania z naprotechnologii. Już samo słowo jest trudne i niewielu odbiorcom mediów chce się dowiedzieć, co ono oznacza. Największe media w Polsce od wielu miesięcy nieustannie „trąbią”, jakim to „zbawiennym darem” dla małżeństw pragnących mieć dzieci i pozbawionych tej szansy jest in vitro. Pokazują obrazy uśmiechniętych dzieci poczętych tą metodą, szczęśliwych rodziców, którzy wreszcie mogą się cieszyć potomstwem – wszystko to jest niezwykle przekonujące. I w podobny sposób trzeba promować naprotechnologię.
Nie ma większego daru niż rodzina, nie ma nic bardziej cennego niż dar dzieci – co do tego zgadzają się wszyscy niezależnie od poglądów, wyznania, rasy czy przekonań. Przeciwstawianie działań przeciwników in vitro wobec pozytywnych i pięknych obrazów rodziny i szczęścia rysowanych przez zwolenników tej metody od początku było bez szans. My, ludzie Kościoła, powinniśmy wszyscy uderzyć się w piersi – już wiele miesięcy temu należało uruchomić kampanię społeczną w mediach elektronicznych ukazującą wartość naprotechnologii w przystępny sposób, a nie tylko skupiając się na listach i apelach przeciwko in vitro. Na pozycji wygranej w przekazie medialnym były piękne i uśmiechnięte twarze szczęśliwych rodziców cieszących się z posiadania dziecka z in vitro wobec przestróg mówionych trudnym językiem specjalistów oraz hierarchów.
 
Działania do podjęcia
Zaangażowanie wielu osób i instytucji w ochronę życia poczętego przez ponad 25 lat w Polsce w skuteczny sposób zmieniło mentalność wielu ludzi odnośnie do aborcji. Wiele osób zrozumiało, że życie człowieka nie zaczyna się po narodzinach, ani w połowie ciąży, ale od poczęcia. W tej dyskusji toczącej się od wielu lat w mediach Kościół brał czynny udział.
To, czego brakuje w sprawach ochrony życia, to współpraca wielu środowisk i instytucji kościelnych. Jest wiele fundacji działających w tej sferze, lecz nie prowadzą niemal żadnych wspólnych działań. A przecież Kościół, jak żadna inna instytucja czy firma, posiada ogromną powierzchnię reklamową w przestrzeni miejskiej na płotach ogrodzeń kościołów i kaplic – jest ona po prostu imponująca. Jeden wspólny i ten sam plakat czy banner widoczny dla przechodniów na tysiącach płotów – byłby nie tylko przykładem współpracy całego Kościoła w Polsce, ale także miałby niezwykle dużą siłę oddziaływania i „rażenia” przekazem. Wartościowy viral w internecie mógłby wiele i skutecznie zmienić. Prowadzone w sieci działania edukacyjne i perswazyjne mogłyby pomóc w zmianie nastawienia i postawy Polaków.
Pozytywna informacja dotycząca naprotechnologii, tłumacząca w prosty i przystępny sposób, na czym ona polega – to duże wyzwanie dla Kościoła w Polsce. Tego nie udźwignie żadna pojedyncza fundacja, zwykle działająca lokalnie. Bazowanie na emocjach ludzi poprzez zainteresowanie ich naprotechnologią, a także adopcją maluchów z domów dziecka, zrobienie pozytywnego szumu wokół tych kwestii i podjęcie działań lobbingowych na rzecz wsparcia dla rodzin chcących adoptować dzieci z domów dziecka – oto zadanie dla Kościoła w Polsce na najbliższe lata.
Przekaz reklamowy musi trafić do odbiorców – trzeba ich poznać, zrozumieć, zagrać na ich uczuciach i wyobraźni. Nade wszystko stawiając na media społecznościowe – tam bowiem jest kilkanaście milionów użytkowników. O taką kampanię edukacyjno-perswazyjną można i trzeba apelować do wyobraźni liderów Kościoła w Polsce. Budujący i bardzo pozytywny przekaz w kwestii naprotechnologii? Tak – to jest możliwe!
 



Dr hab. Monika Przybysz specjalista ds. public relations, zarządzania kryzysowego, reklamy i marketingu medialnego, medioznawca, teolog. Wykładowca w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKW w Warszawie. Redaktor kwartalnika naukowego „Kultura Media Teologia”, współorganizator corocznych warsztatów dla rzeczników prasowych zakonnych i diecezjalnych. Rzecznik prasowy i członek Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji Konferencji Episkopatu Polski.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Julian
    10.12.2017 r., godz. 16:34

    W przypadku in vitro z pomocą przychodzi nam internet, by wielu do cna ogłupić. Oto dwa przykłady: w ekskluzywnym hotelu spotyka się kobieta z mężczyzną w celu dokonania in vitro. Nikt nie pyta się tutaj czy masz męża, czy jesteś wolny, czy w wolnym związku. Tylko pan prosi panią o pieniądze za usługę, tylko pytanie jaką?... Tu podobno nie mówi się o prostytucji, tylko o szlachetnej męskiej postawie!!! Dalej patrzę: ogłoszenie in vitro w internecie. Multum mężczyzn prosi się o kontakt z kobietą - ale jaki?... Prawiczek prosi o anonimowość, by mamusia nie dowiedziała się o stracie cnoty w takich okolicznościach; pan profesor ma dosyć swojej żony i pragnie odskoczni; pijaczyna bełkocze, że chce się kochać; wielu myślało, że załatwią sprawę jak w agencji towarzyskiej... Niezłe numery są z tym in vitro! Niezły jest ten katolicyzm w Polsce. Szkoda gadać!!!

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki