Logo Przewdonik Katolicki

Sprzedam UE

Monika Przybysz
Fot.

Miasta w dniach poprzedzających referendum unijne pełne są barw, uśmiechów i znanych osobistości życia publicznego. Na ulicach zawisły plakaty z twarzami popularnych aktorów, sportowców i ludzi z tzw. elity. Wzbogacone o slogany reklamowe "Tak, jestem Europejczykiem (Europejką)", mają nam pomóc podjąć ostateczną decyzję. Znani i lubiani ludzie z pierwszych stron gazet zostali zwerbowani...

Miasta w dniach poprzedzających referendum unijne pełne są barw, uśmiechów i znanych osobistości życia publicznego. Na ulicach zawisły plakaty z twarzami popularnych aktorów, sportowców i ludzi z tzw. elity. Wzbogacone o slogany reklamowe "Tak, jestem Europejczykiem (Europejką)", mają nam pomóc podjąć ostateczną decyzję. Znani i lubiani ludzie z pierwszych stron gazet zostali zwerbowani do kampanii agitacyjnej, aby podbić nasze serca. Do tego grona dołączył nawet Aleksander Kwaśniewski z żoną. Prezydent Polski ma już pewne doświadczenie w sprzedawaniu siebie w reklamie. Parę lat temu przekonywał przecież swoim autorytetem do kupowania mebli określonej marki...


Wiele z działań, które poprzedziły referendum z 7 i 8 czerwca br. przypomina cyrk. Barwny, idealny świat, pełen ciepłych kolorów i radości z powodu możliwości wstąpienia do struktur UE, eksponowany na ekranie telewizora przez klika miesięcy niemal każdego dnia... Twórcy kampanii propagandowej mamili nas emocjami, zachwycali obietnicami, czarowali sztuczkami socjotechniki i manipulacji, a czasem również okłamywali, podając półprawdy o warunkach akcesji. Pseudowiedza o UE, którą zdobywaliśmy w trakcie agitacji medialnej, polegała tak naprawdę na "kupowaniu" emocjonalnego wizerunku ludzi znanych oraz serii ich prywatnych poglądów. Wykorzystano chwyt przerzucania autorytetu tych osób z ich specjalistycznych dziedzin, na "eksperckie" porady w kwestiach UE. Bazując na popularności Adama Małysza, Krzysztofa Hołowczyca, Anny Przybylskiej, Michała Żebrowskiego czy Jolanty Kwaśniewskiej, twórcy kampanii wpływają na decyzje społeczeństwa. Zdesperowana wynikami sondaży elita rządząca podpierała się w końcowym etapie agitacji nawet wizerunkiem prezydenta państwa, który sprzedał swoją twarz na ulicę.

Smutna prawda


Całość kosztów kampanii propagandowej dla skarbu państwa to miliardy złotych, a wszystko to pochodzi z naszych podatków, lekką ręką rozrzuconych po ulicach w postaci ulotek pseudoinformacyjnych, porozklejanych w formie plakatów, rozdysponowanych na drogie wielomilionowe wydawnictwa, czy też wyemitowanych w telewizji w czasie największej oglądalności...
Koszt jednokrotnej emisji spotu reklamowego w godzinach pomiędzy 18 a 22, to często kwota rzędu nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych, czyli równowartość średniej klasy samochodu... Te barwne działania nie dostarczyły nam jednak rzetelnej wiedzy o zyskach i stratach płynących z przystąpienia do UE, ale mamiły ułudą i niepełnymi prawdami. Podobnie dzieje się w reklamach zwykłych produktów. Polityczna agitacja pełna była pobożnych życzeń i chwytów retorycznych, a zabrakło w niej konkretnych faktów i przydatnych informacji. Nie dowiedzieliśmy się przed referendum z oficjalnych broszur choćby prostej informacji, jak dobrze napisać wniosek o obiecywane z Unii dotacje, albo jakie warunki trzeba spełnić, aby je uzyskać (warunkiem jest posiadanie odpowiedniego kapitału wkładowego).

Marketing polityczny


Nie tak dawno, bo podczas pierwszych wolnych wyborów w roku 1989, Polacy głosowali na wartości, idee, dobro, prawdę... Kandydaci ówczesnej "Solidarności" chodzili w swetrach, czasem nieogoleni, albo z łupieżem na marynarce. Mało estetyczny wygląd podkreślał nawet męstwo polityka i jego poświęcenie w trosce o dobro Ojczyzny, bowiem Polacy rozumieli, iż człowiek czynu nie siedzi przed lustrem. Dbano o słowo, o treść komunikatu, o odwołania do symboliki chrześcijańskiej... Już wówczas jednak postkomuniści zaczęli inwestować w marketing polityczny. Powoli, wytrwale i skutecznie korzystali z fachowych porad zawodowców z Zachodu, kreujących z dużym doświadczeniem wizerunek nowoczesnego polityka. Zmiany społeczno-kulturowe w naszym kraju w ciągu ostatnich lat doprowadziły do przekształceń także i w percepcji rzeczywistości politycznej. Polacy zaakceptowali fakt, iż osoba publiczna musi być "medialna", aby mogła być wiarygodna, aby jej przesłanie było akceptowane. Dziś na ludzi ze sfery rządzącej patrzymy przez pryzmat prezencji, nierzadko zapamiętując z krótkiej relacji telewizyjnej jedynie oryginalny kolor krawata, albo wzór na koszuli.

"Sława"


Pierwszą profesjonalną i uwieńczoną sukcesem strategię marketingu politycznego mogliśmy obserwować w 1995 roku. Jacques Seguela, od lat pracujący dla François Mitterranda, zajął się wówczas image'em startującego w wyborach prezydenckich Aleksandra Kwaśniewskiego. Polacy oglądali gwałtownie odchudzającego się polityka, podbijającego kobiece serca błękitem oczu, wspaniałą opalenizną i stoickim spokojem, a wszystko to okraszone ujmującym uśmiechem. No i oczywiście słynne już błękitne koszule. Kwaśniewski był "profesjonalistą" pod względem zdobycia wyborców za pomocą autowizerunku. Okazało się, że merytoryczne racje Lecha Wałęsy przegrały z otoczką medialną jego głównego rywala. Nikt już nie pamięta, jaką ofertę dla Polski miał obecny prezydent przed rozpoczęciem pierwszej kadencji urzędowania. Wielu telewidzów nie zapomniało natomiast nieprzyjemnego odgrażania się Lecha Wałęsy, że może swojemu przeciwnikowi podać tylko nogę na powitanie. Po wyborach, jak grzyby po deszczu, rodzili się więc krajowi eksperci od marketingu politycznego i public relations.

Ideał

Obecnie większość polityków korzysta z jakiejś formy socjotechniki, aby wykreować swój wizerunek medialny. Ponieważ myślimy około cztery razy szybciej niż mówimy i tylko mniej więcej jedna czwarta odebranego komunikatu to słowo (resztę stanowi warstwa pozawerbalna - tzw. mowa ciała i kontekst), preferuje się więc polityków, którzy mówią ładnie, krótko (nawet o niczym) oraz dużo się uśmiechają. Ryszard Kapuściński określił ich mianem "gładkich". Zadbani, uprzejmi, zręczni, mili, dbający, aby "wszyscy mnie lubili" - to ideał człowieka, którego wyborcy poprą bez chwili zastanowienia. Treść programu wyborczego stała się sprawą drugorzędną. Wyborcy nie chcą kandydatów sprawiających trudności, krzyczących, odgrażających się, ponurych. Wolą raczej piękne opakowanie - całkiem jak z produktem spożywczym - nawet kosztem jego miernej zawartości. W kampanii prounijnej unika się więc trudnych tematów i merytorycznych dyskusji, szerząc uśmiech "wszem i wobec". Obietnice krążą wokół chwytliwych haseł o byciu Europejczykiem, bazując na kompleksach ludzi, którzy się nim nie czują.

Pozory


W referendum unijnym wybieramy tak naprawdę konkretnych ludzi, to na nich oddajemy swój głos i poparcie. Przy kształtowaniu naszej decyzji o głosowaniu za lub przeciw przystąpieniu do UE kierujemy się "wizerunkiem" ludzi ze świata polityki, kultury, sztuki i wszelkiej maści autorytetów, którzy pobierają za udział w kampanii sowite wynagrodzenia. Siła przekonywania Polaków do głosowania na "tak" jest generowana przy użyciu telewizji, która w praktyce znajduje się w rękach obecnej elity rządzącej, bowiem 98 procent czasu przeznaczanego w Telewizji Polskiej na programy związane z tematyką Unii Europejskiej, to czas dla euroentuzjastów. Tylko 2 procent czasu oddano sceptykom. O sile zaś, z jaką działa i nakłania telewizja, nie trzeba obecnie nikogo przekonywać. Niemożność zweryfikowania oferty prezentowanej w reklamach przedwyborczych oraz ich emocjonalność, "fundowane" przed wyborami sprawiają, że stajemy się racjonalnie bezsilni wobec takiej perswazji. W stosunku do nakłaniających nas przekazów politycznych wykazujemy o wiele mniejszy sceptycyzm, niż wobec reklam twarożku czy odkurzacza, które mają krótszy czas weryfikacji przydatności do użytku. W trakcie kampanii prounijnej nie da się zweryfikować prawdziwości zgrabnych sloganów, które zawisają na plakatach ulicznych przed rozwiązaniem wyborczego młyna. Jeśli słowa te okażą się puste i bez pokrycia, to i tak będzie za późno. Reklamacji w tym przypadku nie uwzględnia się - przynajmniej przez następne kilkanaście lat od chwili odejścia od urny.

Targowisko


W średniowieczu reklama polegała na przekrzykiwaniu się przekupek na miejskim targowisku. Dziś targowiskiem obietnic stały się wybory, przed którymi nikt nie sprawdza deklaracji z czasów kampanii. Wszystkie warte są tyle samo - czyli nic - dopóki nie zostaną spełnione. Tak naprawdę Unię Europejską wybieramy niczym kota w worku. Co dostaniemy z tych naszych nieudanych negocjacji? Okaże się po dłuższym czasie. Czy po odwinięciu kuszącego opakowania "produkt" będzie wyglądał równie atrakcyjnie? Dowiemy się już niedługo. Czy będzie nam smakowało? Na sprawdzenie tego mamy całe lata.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki