Logo Przewdonik Katolicki

Trzeba być natrętnym i prosić!

Małgorzata Szewczyk

Rozmowa z s. Małgorzatą Krupecką, urszulanką Serca Jezusa Konającego.


Jesteśmy w domu przy ul. Wiślanej w Warszawie. Szary Dom powstał z inicjatywy św. Urszuli Ledóchowskiej na początku lat 30. XX wieku z przeznaczeniem dla studentek. Okazało się, że była to dalekowzroczna decyzja.
− Św. Urszula doglądała planów budowy i starała się o pieniądze. Decyzja o powstaniu domu na warszawskim Powiślu – i w ogóle nowatorski wówczas pomysł otwierania internatów dla studentek w urszulańskich domach usytuowanych w miastach uniwersyteckich – był to wyraz jej troski o formację chrześcijańskiej elity wśród kobiet, bardzo potrzebnej, gdy Polska w dwudziestoleciu międzywojennym podnosiła się ze zniszczeń materialnych i moralnych, spowodowanych zaborami. Już w 1906 r. przy krakowskim klasztorze ss. Urszulanek otworzyła pierwszy na ziemiach polskich akademik dla studentek. W jej wizji chodziło nie tylko o dawanie dachu nad głową studentkom, ale była to też prekursorska forma duszpasterstwa akademickiego – z pogadankami, dyskusjami, dobrze przemyślanym programem rozwoju duchowego. Była charyzmatyczną wychowawczynią i nauczycielką, fascynującą osobowością. Potwierdzają to wspomnienia jej wychowanek.
 
Dziś powiedzielibyśmy, że reprezentuje chrześcijański feminizm.
− Św. Urszula pasuje do tego określenia, wprowadzonego do naszego języka przez św. Jana Pawła II. Była kobietą mądrą, dynamiczną, otwartą w myśleniu, gotową do współdziałania z różnymi – różnie myślącymi ludźmi. W jednoczeniu ludzi wokół dobrej sprawy była rzeczywiście mistrzynią. Ale jednocześnie miała bardzo mocny kręgosłup katolicki. Nie będę tu już wspominała o jej zasługach dla odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. W dwudziestoleciu międzywojennym była kobietą aktywnie obecną w życiu publicznym, dobrze postrzeganą przez media. Zabierała głos podczas rozmaitych kongresów, także międzynarodowych, występowała w radiu, interesowała się nią prasa. „Przewodnik Katolicki” pisał o niej jako o jednej z najważniejszych kobiet w Polsce. Swoim stylem postrzegania problemów i wynajdywania środków zaradczych dobrze wpisuje się w nasze czasy.
 
Dowodzi tego również bardzo nowocześnie zaprojektowany dom w Warszawie.
− Kiedy powstawał, okazało się, że zapotrzebowanie na tego typu placówkę było ogromne. Do nieukończonego jeszcze gmachu wprowadziło się około 200 studentek, którym domową opiekę zapewniała nieliczna wspólnota szarych urszulanek. A wszystkiego doglądała czujnym okiem św. Urszula, choć nie mieszkała w Warszawie na stałe. Była ciągle w podróży. Takich miejsc w Polsce, we Włoszech i we Francji, których musiała równocześnie doglądać, było wtedy trzydzieści kilka.
 
Był to również warszawski dom Karola Wojtyły.
− Rzeczywiście, ilekroć przyjeżdżał do Warszawy od połowy lat 50., zawsze się tu zatrzymywał. Spędził tu również ostatnią noc przed wyjazdem na konklawe w październiku 1978 r. Pokój, w którym zawsze mieszkał, był przed wojną pokojem św. Urszuli.
 
Mamy więc tu „kumulację świętości”. Czy do urszulanek w Warszawie trafiają prośby ludzi o modlitwę?
− Tak. Najważniejszym ośrodkiem kultu św. Urszuli jest sanktuarium w Pniewach, ale ludzie, którzy potrzebują, żeby św. Urszula wyprosiła im jakieś łaski, trafiają do naszych różnych wspólnot, których mamy teraz kilkadziesiąt w 14 krajach. W naszych kaplicach są cząstki relikwii św. Urszuli, odbywa się nieustająca nowenna w zgłaszanych nam intencjach. Ludzie dzwonią, piszą listy, maile, składają intencje na karteczkach… Bardzo nas zawsze cieszy – i umacnia w wierze – komunikat zwrotny o wysłuchanych modlitwach, spełnionych prośbach. Jest tego naprawdę sporo. Szkoda by było nie zapisywać tych historii.
 
Dlatego Siostra opracowała nowe wydanie Cudów św. Urszuli Ledóchowskiej?
− Jest w nim ponad czterysta świadectw. Oprócz znanych już relacji znalazło się w nim kilkadziesiąt najnowszych historii, dłuższych i krótszych, z ostatnich lat. Nie tylko z Polski, ale i z zagranicy, np. z Filipin czy Ameryki Południowej. Zrozumiałe, że tam, gdzie są nasze siostry, niejako naturalnie dociera kult Świętej, ale szerzy się też drogami, które nas zaskakują.
 
Co Siostrę najbardziej poruszyło przy opracowywaniu tych historii?
− Są to piękne, wzruszające relacje, dotykające najrozmaitszych sytuacji życiowych. Czasem znamy więcej szczegółów, gdy „obdarowany” je opisze, a czasem mniej, ale zawsze chwytają za serce i prowokują do modlitwy. Najwcześniejsze podziękowania są z lat wojny, dotyczą między innymi wybawienia z łapanek czy uwięzienia. Te późniejsze to uzdrowienia, zdane egzaminy, rozwiązane kłopoty mieszkaniowe czy pomoc w znalezieniu pracy. Są w książce, oczywiście, opisy trzech cudów przebadanych i zatwierdzonych przez Kościół przed beatyfikacją i przed kanonizacją Urszuli. Jeden z nich miał miejsce w Wielkopolsce – w szpitalu we Wrześni. Ostatnio najwięcej się mówiło o cudownym uratowaniu 14-letniego Daniela od śmierci w wyniku porażenia prądem w 1996 r. w Ożarowie Mazowieckim. A pierwsza z tych trzech cudownych interwencji św. Urszuli miała miejsce w Zakopanem.
 
Czytając książkę, można zauważyć, że bliskie sercu św. Urszuli są problemy rodzinne.
− Tak, jedna z historii opisanych w książce została przez Krzysztofa Tadeja udokumentowana niedawno w filmie „Życie po cudzie”. Jest to historia prof. Bogumiły Jędrzejewskiej – biologa z Białowieży. Po trzech latach małżeństwa okazało się, że kobieta jest w ciąży. W siódmym miesiącu nastąpiły komplikacje − objawy zatrucia ciążowego. Kobieta znalazła się na skraju życia i śmierci. Dziecku nie dawano szans na przeżycie. Młoda matka powierzyła je jednak matce Urszuli. Lekarze przeprowadzili operację cesarskiego cięcia i mimo że łożysko było martwe, a u matki dodatkowo wykryli wrodzoną wadę anatomiczną uniemożliwiającą donoszenie ciąży, Helena Maria urodziła się i rozwijała się prawidłowo.
Opowiem też jedną z najnowszych historii. Było to przed świętami Bożego Narodzenia. Pewne małżeństwo wybrało się do centrum Warszawy na zakupy. Na skrzyżowaniu ulic Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej mieli stłuczkę z samochodem prowadzonym przez… urszulanki z Ożarowa. Pan Artur przyjechał z siostrami do naszego domu, żeby spisać oświadczenie dotyczące wypadku. W czasie rozmowy zwierzył się, że od wielu lat wraz z żoną starają się o dziecko, jednak pani Aldona, zdaniem lekarzy, na naturalną ciążę nie ma szans. Otrzymali propozycję skorzystania z metody in vitro, ale ją − ze względu na wiarę − odrzucili. Siostry ze wspólnoty ożarowskiej zapewniły, że otoczą modlitwą małżeństwo poznane w tak niecodziennych okolicznościach. I jeszcze tego samego dnia rozpoczęły w ich intencji nowennę do św. Urszuli. Po miesiącu okazało się, że kobieta jest w ciąży. Pierwszy urodził się Bruno, a po trzech latach małżeństwo doczekało się drugiego synka, Tymona. Rodzina zaprzyjaźniła się ze wspólnotą ożarowską i do dziś odwiedza „Ciocię Ulę”, jak dzieci mówią o św. Urszuli.
 
Czyli jej wstawiennictwo jest bardzo skuteczne.
− Św. Urszula mawiała, że jeżeli święci nam nie pomagają, to dlatego, że ich o to nie prosimy. A więc trzeba być natrętnym i prosić!

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki